Niedziela, 2 sierpnia

SPLOT, czyli o krainie mojego dzieciństwa

Nie miałam czasu, żeby napisać o tym wcześniej, ale nadrabiam tę zaległość tak szybko, jak mogę. Mija miesiąc od zakończenia pierwszego trzydniowego święta – festiwalu w moim cudnym, ukochanym miasteczku na Dolnym Śląsku – Lubaniu. Nadano mu nazwę SPLOT i wierzę że wpisze się na stałe do kalendarza miasta, będzie trwało i rozwijało się. Dlaczego właśnie Splot? Zaraz wyjaśnię. Ale zanim do tego przejdę, pozwolę sobie na kilka osobistych wspomnień, bo Lubań dla mnie nigdy nie był tylko punktem na mapie. Był miejscem, które przez lata próbowałam od siebie oddalić, a które, jak się okazało, cały czas nosiłam w sobie.

Nie urodziłam się w Lubaniu. Przyjechałam tam jako dziecko, ba! jako niemowlę i wychowałam się pod czułym, uważnym okiem moich Dziadków oraz mojej wiecznie zapracowanej Mamy. To oni byli moim pierwszym domem, pierwszym poczuciem bezpieczeństwa i pierwszą lekcją tego, czym jest przywiązanie do miejsca. Ale jako nastolatka zupełnie tego nie rozumiałam.

Nie lubiłam Lubania. Wydawał mi się za mały, zbyt spokojny, zbyt przewidywalny. Marzyłam o wielkim świecie, o miastach, w których nikt mnie nie zna, gdzie można rozpocząć życie od nowa. Małe miasteczko, trochę zaniedbane, pełne wszechobecnych plotek, wydawało mi się przeciwieństwem wolności. Wiedziałam też, że każdy mój krok jest obserwowany, komentowany i zapamiętywany. Dość powiedzieć, że zanim doszłam na stary cmentarz, żeby całować się z K., moja Mama już wiedziała, gdzie byłam i z kim. Wtedy uważałam to za dowód prowincjonalności Lubania. Dzisiaj myślę o tym z uśmiechem – może nie było to tylko plotkowanie, ale także pewna forma troski, charakterystyczna dla miejsc, gdzie ludzie naprawdę się znają. Kiedy dostałam się na studia, obiecałam sobie, że do Lubania nigdy nie wrócę. How little did I know… – jak mówią Amerykanie. Jak niewiele wtedy wiedziałam o sobie i o tym, jak skomplikowane bywają nasze związki z miejscami, z których próbujemy uciec.

Los rzeczywiście spłatał mi figla. Zaczęłam to rozumieć dopiero wtedy, gdy po raz pierwszy po wyjeździe z Polski przyleciałam do kraju z Kanady, wiosną 1994 roku, aby dokończyć i obronić pracę magisterską. Wtedy zobaczyłam Lubań innymi oczami. Nie oczami zbuntowanej nastolatki, ale osoby, która poznała już smak oddalenia, tęsknoty i życia pomiędzy dwoma światami. Od tamtej pory coraz częściej wracała do mnie myśl o powrocie. Bo może domem nie zawsze jest miejsce, które wybieramy. Czasem domem staje się miejsce, które wybiera nas.

Lubań ma wyjątkowe położenie. Leży w południowo-zachodnim zakątku Polski, na styku historii, kultur i dawnych szlaków. Kiedy opowiadam o nim znajomym, zawsze zaczynam od geografii – bo jest to jeden z tych niewielkich punktów na mapie, które okazują się niezwykle blisko wielkiego świata. Do Wrocławia można dziś dojechać wygodnie w około półtorej godziny. Praga, Berlin, Drezno, nawet Wiedeń – miasta należące do europejskiego kręgu kultury i historii – są niemal na wyciągnięcie ręki. Szklarska Poręba i Karpacz znajdują się tuż obok. Kilka lat temu z córką dotarłyśmy samochodem do Werony w osiem godzin. Z Lubania naprawdę wszędzie jest blisko. A w pogodny dzień z Kamiennej Góry widać łańcuch Sudetów.

Lubań sam w sobie nigdy nie był tylko przystankiem po drodze. To miasto ma własną opowieść, historię zapisaną w murach, ulicach i ludzkiej pamięci. Kiedy przypadkowy przybysz po raz pierwszy spaceruje po Rynku, spogląda na Wieżę Bracką, średniowieczne mury czy stare kamienice, poczuje, jeśli tylko zechce, obecność tych wszystkich ludzi, którzy byli tu przed nami: kupców, rzemieślników, tkaczy, żołnierzy, rodzin, które rodziły się tutaj, żyły, radowały się, cierpiały i odchodziły.

Historia Lubania rozpoczęła się w pierwszej połowie XIII wieku, na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych prowadzących ze Śląska do Saksonii i Czech. To położenie było błogosławieństwem, ale czasem także przekleństwem. Przez miasto przechodziły towary, idee i ludzie, ale przechodziły też – w tę i z powrotem – całe armie.

Największym bogactwem Lubania przez wieki nie było jednak złoto ani kosztowności. Był nim len i ludzkie ręce. Przez setki lat miasto żyło rytmem pracy tkaczy. W domach od świtu rozbrzmiewał stukot krosien. Pokolenia mieszkańców cierpliwie zamieniały cienkie włókna lnu w płótna, które później trafiały daleko poza granice miasta. Każda nić była efektem ludzkiej pracy, cierpliwości i umiejętności.

Los i historia nie oszczędzały Lubania. Miasto przeżywało wojny, pożary i epidemie. Za każdym razem mieszkańcy musieli zaczynać od nowa. Najbardziej dramatycznym momentem była końcówka II wojny światowej. Bitwa o Lubań, trwająca od 16 lutego do 8 marca 1945 roku, była jedną z ostatnich większych operacji zakończonych taktycznym sukcesem Wehrmachtu. Niemcy odzyskali miasto po kontrataku przeciwko Armii Czerwonej, ale nie mogło to już zmienić losów wojny. Cena była ogromna – około 60 procent zabudowy Lubania zostało zniszczone.

A potem przyszli nowi mieszkańcy. Ludzie, którzy sami stracili swoje domy, swoje miasta i swoje dawne życie. Przywieźli ze sobą walizki i skrzynie, a w nich pierzyny, święte obrazki, kilka garnków, rodzinne fotografie, wspomnienia i nadzieję. Wśród nich byli moi Dziadkowie, którzy jesienią 1945 roku przybyli tutaj w bydlęcym wagonie z ukochanego Wołynia.

Za mająteczek zostawiony na Wschodzie dostali połówkę niewielkiego domu u podnóża Kamiennej Góry – wzgórza wchodzącego w skład Wzgórz Zalipańskich, zbudowanego głównie z bazaltu, który przypomina o odległej przeszłości geologicznej tego miejsca i czasach, gdy działały tu wulkany.

Ten dom stał się naszym rodzinnym SPLOTEM – miejscem, gdzie połączyły się historie ludzi wysiedlonych ze Wschodu i miasta opuszczonego przez dawnych mieszkańców…

W XIX wieku do dawnej tradycji tkackiej Lubania dołączył kolejny rozdział – epoka przemysłu. Miasto, które przez stulecia żyło z pracy rąk pojedynczych rzemieślników, zaczęło zmieniać swoje oblicze. Obok małych warsztatów pojawiły się większe zakłady, przędzalnie i tkalnie, a rytm miasta zaczął wyznaczać nie tylko stukot domowych krosien, ale także odgłosy fabrycznych maszyn.

Kominy zakładów przemysłowych na dziesięciolecia wpisały się w panoramę Lubania. Dawały ludziom pracę, poczucie stabilizacji i dumę z tego, że ich miasto ma znaczenie. Wyroby z lubańskich krosien trafiały na rynki całych Niemiec i Europy. Do dziś zachowało się powiedzenie, że Lubań “wycierał nosy całej Europie” – bo jednym z ważnych produktów były bawełniane chusteczki do nosa.

To zdanie, pozornie żartobliwe, kryje w sobie coś ważnego. Przypomina, że historia małych miast często jest historią rzeczy codziennych. Nie wielkich bitew i nazwisk zapisanych w podręcznikach, ale zwykłej pracy tysięcy ludzi. Ludzi, którzy każdego dnia wstawali rano, szli do fabryk i warsztatów, aby tworzyć coś, co później trafiało w świat. Dzisiaj po wielu dawnych zakładach pozostały już tylko nieliczne budynki, wspomnienia i fotografie. Ale te miejsca wciąż przypominają, że Lubań nie był nigdy jedynie małym prowincjonalnym miasteczkiem. Był ważnym ośrodkiem rzemiosła i przemysłu Dolnych Łużyc, miejscem, gdzie praca ludzkich rąk miała swoją wartość i godność.

Także mój rodzinny dom jest częścią tej historii. Budynek, który w 1945 roku zajęli moi Dziadkowie, powstał w okresie niemieckiego boomu gospodarczego lat trzydziestych XX wieku. Jest jednym z dwunastu bliźniaczych domów położonych nad wąwozem, przez który przebiega linia kolejowa. Był to kompleks budowany z myślą o kolejarzach – praktyczny, prosty, tworzony bardziej z potrzeby chwili i z energii Hitlera budującego popularność, niż z myślą o architektonicznej elegancji.

Drzwi drugiej części domu były zaryglowane i wisiała na nich kartka: „Tu mieszka szewc”. Szewc jednak nigdy się nie pojawił. Być może znalazł inne miejsce, być może los zdecydował inaczej. Więc Dziadek zdjął krzywo zapisaną kartkę i zgłosił w PUR – Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym, że syn, Władysław, mój przyszły wuj, wraca z wojny i jako żołnierz II Armii Wojska Polskiego, będzie musiał gdzieś zamieszkać. PUR nie zgłaszał sprzeciwu. Dom, jak wiele budynków z tamtych czasów, miał swoje niedoskonałości: krzywe ściany, które były prawdziwym przekleństwem, kiedy modne stały się tapety, niewielką namiastkę łazienki z kotłem do gotowania bielizny i żeliwną wanną, brak bieżącej ciepłej wody, piec w kuchni, w którym trzeba było palić węglem, aby ugotować obiad i ogrzać wszystkie pomieszczenia.

A jednak był domem.

To właśnie w nim odbywały się rodzinne rozmowy, święta, toczyły się zwyczajne dni i niezwyczajne chwile. To w nim moi Dziadkowie zaczynali nowe życie po utracie Wołynia. To w jego ścianach splatały się dwie historie – historia ludzi wysiedlonych ze Wschodu i historia miasta, które samo musiało odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Dom, podpiwniczony i ze sporym strychem miał też swoje tajemnice: poutykane w zakamarkach niemieckie magazyny filmowe, porzucone w piwnicy pudło z pięknym rosenthalem, a podczas remontu, który w latach sześćdziesiątych przeprowadziła Mama, robotnicy znaleźli dwa granaty – świadectwo wojny, która zostawiła swoje ślady niemal wszędzie.

Dzisiaj powoli remontuję dom na nowo. Ma już nowy dach, nowoczesne ogrzewanie i normalną łazienkę, choć ta ostatnia znowu zaczyna domagać się remontu. Dom zmienia się razem ze mną. Powoli przygotowuję go na mój powrót. Może właśnie dlatego tak trudno mi dziś powiedzieć, że kiedyś chciałam z Lubania uciec. Bo miejsce, przed którym uciekamy, czasem okazuje się miejscem, do którego najbardziej chcemy wrócić.

Spacerując ulicami Lubania widzę nie tylko relikty przeszłości. Widzę ludzi. Widzę tych, którzy przez wieki budowali to miasto, tych, którzy podnosili je z ruin po kolejnych tragediach, tych, którzy po 1945 roku przyjechali tutaj z różnych stron Polski i próbowali stworzyć nowe życie.

Wieża Bracka, Dom Solny, stare kamienice i fragmenty murów miejskich to nie tylko lokalne ciekawostki. To świadkowie, milczące kroniki zapisane w kamieniu. Na jednej z zabytkowych budowli można dostrzec tajemniczy napis MDCCLXXI – rok 1771 zapisany cyframi rzymskimi. Drobny szczegół, który dla przechodnia może być niezauważalny, ale dla uważnego obserwatora staje się zaproszeniem do rozmowy z przeszłością. Każde stare miasto ma swoje ukryte historie. Trzeba tylko nauczyć się słuchać.

Na lubańskim Rynku znajdują się tablice upamiętniające postaci, które na chwilę zatrzymały się w dziejach miasta. Był tu Napoleon, uciekający przed wojskami księcia Michaiła Kutuzowa. Był car Aleksander I. Był również Joseph Goebbels – ale historii nie trzeba zawsze honorować. Czasem wystarczy ją pamiętać.

Swoje miejsce w pamięci Lubania zdecydowanie zasługują natomiast ludzie kultury. Tak jak aktor Włodzimierz Boruński, który zaraz po wojnie stworzył tutaj teatr Siódme Niebo” czy Feliks Netz – poeta, prozaik i krytyk literacki, który spędził w Lubaniu dziesięć lat swojego życia.

Miast nie tworzą tylko budynki. Tworzą je ludzie, którzy zostawiają w nich cząstkę siebie.

Zanim pojawił się SPLOT, Lubań miał już swoją muzyczną tradycję. Przez lata ważnym elementem życia miasta była LAWA – Muzyczne Dni Lubania, wydarzenie, które na wiele lat wpisało się w kalendarz mieszkańców. To właśnie takie imprezy sprawiają, że miasto przestaje być tylko zbiorem ulic, domów i zabytków, a zaczyna być miejscem wspólnych przeżyć.

Pamiętam, że dla wielu mieszkańców LAWA była czymś więcej niż tylko serią koncertów. Była letnim świętem, momentem, kiedy miasto ożywało, kiedy ludzie wychodzili z domów, spotykali znajomych, słuchali muzyki i na chwilę odkładali codzienne troski. W małym mieście takie wydarzenia mają szczególną moc – nie chodzi tylko o nazwiska artystów na scenie, ale o poczucie, że wszyscy jesteśmy częścią czegoś wspólnego.

Muzyka ma niezwykłą zdolność łączenia ludzi ponad pokoleniami. Ci, którzy pamiętali dawne koncerty, spotykali się z młodszymi mieszkańcami, dla których scena w Rynku była symbolem współczesnego Lubania. Wspomnienia mieszały się z nowymi doświadczeniami – tak jak w prawdziwym splocie, gdzie każda nić pozostaje sobą, ale dopiero razem tworzą całość. LAWA była więc jednym z tych miejsc, gdzie można było zobaczyć, że Lubań nie jest miastem zatrzymanym w przeszłości. Że oprócz historii zapisanej w murach, starych fabrykach i rodzinnych opowieściach istnieje także teraźniejszość – głośna, kolorowa i pełna energii.

Dlatego SPLOT wydaje się naturalnym kolejnym rozdziałem tej historii. Nie zastępuje tego, co było wcześniej, lecz splata wcześniejsze doświadczenia z nowymi pomysłami. Tak jak dawne krosna nie przestały być symbolem Lubania, tak i muzyczne tradycje miasta pozostają częścią jego tożsamości.

LAWA była jedną z nici. SPLOT zebrał ich jeszcze więcej.

Ale wróćmy do SPLOTU.

Trudno byłoby znaleźć nazwę lepiej pasującą do Lubania. Splot – w najprostszym znaczeniu – to sposób, w jaki nitki osnowy i wątku przeplatają się ze sobą, tworząc tkaninę. Pojedyncza nić jest delikatna, łatwa do zerwania. Dopiero połączone razem tworzą coś trwałego, coś, co może przetrwać lata. Czyż nie tak właśnie powstają miasta? Nie z samych murów, ulic i budynków, ale z ludzkich historii. Z tysięcy pojedynczych losów, które czasem biegną równolegle, czasem się krzyżują, a czasem zupełnie niespodziewanie splatają.

Lubań jest właśnie takim splotem. To splot dawnych mieszkańców i nowych osadników: splot historii niemieckiej, polskiej, łużyckiej i kresowej. Splot ludzi, którzy urodzili się tutaj, i tych, którzy – jak moi Dziadkowie – przybyli z daleka, niosąc ze sobą pamięć utraconych domów.

To splot przeszłości i przyszłości – średniowiecznych murów i nowoczesnego miasta, dawnych krosien tkackich i dzisiejszej sceny koncertowej, wspomnień starszych mieszkańców i marzeń młodego pokolenia.

Moja własna historia także jest częścią tego splotu.

Przez wiele lat myślałam, że Lubań jest miejscem, z którego trzeba wyjechać, aby zobaczyć świat. Dzisiaj wiem, że czasem trzeba wyjechać bardzo daleko, żeby naprawdę zobaczyć miejsce, z którego się pochodzi.

Moje życie również utkało się z wielu nici. Z dzieciństwa spędzonego w Lubaniu, z polskiej kultury i języka, z lat spędzonych w Kanadzie, z nowego życia w Ameryce, z ludzi, których spotkałam po drodze, z miejsc, które mnie ukształtowały. Ale jedna z tych nici zawsze prowadziła z powrotem tutaj – do Lubania.

Dlatego tak bardzo ucieszyła mnie nazwa SPLOT. Jest w niej coś więcej niż tylko pomysł na wydarzenie kulturalne. Jest w niej zrozumienie tego, czym naprawdę jest miasto. Miasto to nie muzeum. To nie tylko zbiór zabytków i dat zapisanych w kronikach. Miasto żyje wtedy, kiedy ludzie czują, że jest ich wspólnym miejscem, kiedy wychodzą z domów, spotykają się, rozmawiają, śmieją się, słuchają muzyki i razem tworzą nowe wspomnienia.

I właśnie to zobaczyłam na zdjęciach z pierwszego SPLOTU – roześmianych ludzie spacerujących po Rynku, rodziny uczestniczące w warsztatach, mieszkańców spotykających się nie tylko jako sąsiedzi, ale jako wspólnota. Tu było wszystko, czego potrzeba ludziom: muzyka, rozmowy, dziecięcy gwar i ta niezwykła energia, która pojawia się wtedy, gdy miasto na chwilę przestaje być tylko miejscem zamieszkania, a staje się domem.

Żałuję, że mnie tam nie było.

Ale może tak miało być. Może potrzebowałam zobaczyć to z pewnego oddalenia – tak jak kiedyś potrzebowałam wyjechać z Lubania, aby móc do niego wrócić.

Może za rok będę tam już osobiście.

Nie: może. Na pewno.

Bo domy, podobnie jak ludzie, czasem długo czekają na powrót.

Trzydniowa impreza, która połączyła mieszkańców i przyciągnęła gości z innych miejscowości, jest dowodem na to, że Lubań żyje. Że miasto, które tyle razy musiało zaczynać od nowa, nadal ma w sobie energię, pomysłowość i siłę. To ogromna zasługa wielu osób – organizatorów, pracowników instytucji kultury, artystów, wolontariuszy i mieszkańców, którzy zechcieli być częścią tego wydarzenia. Każdy z nich dołożył swoją nić. I właśnie z tych nici powstał SPLOT.

SPLOT, czyli święto miasta, ludzi, pamięci i przyszłości.

Bo Lubań, podobnie jak każda dobra tkanina, nie składa się z jednej nici. Jest piękny dlatego, że jest utkany z wielu.


ŁUŻYCKIEMU CENTRUM ROZWOJU I PANU TOMASZOWI BERNACKIEMU DZIEKUJĘ ZA POZWOLENIE NA UŻYCIE ZDJĘĆ. ORGANIZATOROM WYDARZENIA SKŁADAM Z ODDALI WIELKIE GRATULACJE.

8 thoughts on “Niedziela, 2 sierpnia

  1. Bardzo pięknie to napisałas, Izuniu, dziękuję!

    “Dom nad porami rokudom dzieci zwierząt i jabłekkwadrat pustej przestrzenipod nieobecną gwiazdą

    dom był lunetą dzieciństwadom był skórą wzruszeniapoliczkiem bratagałęzią drzewa..”

    Like

    1. Dom nad porami roku
      dom dzieci zwierząt i jabłek
      kwadrat pustej przestrzeni
      pod nieobecną gwiazdą

      dom był lunetą dzieciństwa
      dom był skórą wzruszenia
      policzkiem brata
      gałęzią drzewa/../

      dom jest sześcianem dzieciństwa
      dom jest kostką wzruszenia..

      Like

  2. Bardzo pięknie napisałaś, Izuniu, dzięki jak stąd do wieczności! Skomentowałam na Twoim blogu, ale bardzo dziwnie zapisało mi fragment wiersza Herberta – w ‘brudnopisie’ wyglądało jak trzeba, ale w procesie tzw. publikacji komentarza podział na słowa i wersy gdzieś się zagubił..Sorki.

    Najczulej, H.

    Like

  3. Kwestie: “Skąd pochodzimy” i “Gdzie nasz dom” nurtują nasze społeczeństwa zdemolowane wojnami i zaborami. Przez wiele dekad wydawało się, że nasza rodzina od niepamiętnych lat pochodzi z Łodzi, bo tutaj prapradziadkowie urodzili się i budowali swoje domy. Gdy jednak pojawiła się możliwość genetycznego budowania genealogicznego drzewa to okazało się, że rodzinne domy mieliśmy także w Krakowie i Lwowie. Dalsza rodzina mieszkała w Warszawie i Wilnie. Znałem domy moich dziadków, i jednego pradziadka, ale “kraina mojego dzieciństwa” rozciągała się pomiędzy domem rodzinnym i domem dziadka ze strony mamy. Niestety, poza Lwowem, żadne z domów rodzinnych nie ostały się, ostatnie “poszły” pod nowe PRL-owskie budownictwo. Pozdrawiam

    Liked by 1 person

    1. Dziękuję za przeczytanie. Ja wychowałam się w kulcie Wołynia i Krzemieńca. Domy rodzinne też we Lwowie i pod Lwowem. No i ojciec z Tarnopola. Ludzi stamtąd niosła tęsknota, którą przekazywali następnym pokoleniom…

      Like

      1. Pamiętam, że kiedyś w gronie rodzinnym ktoś zapytał babcię Lwowiankę o zbrodnię Wołyńską, ale odpowiedzi nie było, atmosfera rozmów rodzinnych przeszła na tematy ogólne. Babcia chętnie opowiadała o Kresach, ale przy Wołyniu zawsze się “zawieszała”.

        Like

Leave a comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.