4 stycznia 2025

Książę. Czytajmy o Boyu. Czytajmy Boya.

Dziś skończyłam czytać jedną z najlepszych książek, które przeczytałam w 2024. Mowa tu o najnowszej książce Moniki Śliwińskiej, zatytułowanej “Książę. Biografia Tadeusza Boya -Żelenskiego”.  Ponad sześćset stron tej znakomicie napisanej opowieści okazało się wspaniałym przeżyciem i poznawczym, i emocjonalnym. Już samo otwarcie – mocne, wstrząsające – uświadamia tym, którzy tego nie wiedzieli czy nie pamiętali, że życie bohatera tej książki nie skończy się łagodną starością i powolnym znikaniem, że śmierć – zawsze tragiczna i zawsze abstrakcyjna dla najbliższych – tu miała wymiar trudny do określenia – wymiar nie straty jednostkowej lecz była kolejnym kresem świata polskiej kultury i nauki i zapowiedzią nadchodzącego jej zniszczenia.

Z Boyem byłam zaznajomiona od dzieciństwa – szukając czegoś „do czytania” znalazłam w bogatej domowej bibliotece „Słówka” i „Dziewice konsystorskie”. Niczego niemal nie rozumiejąc przeczytałam obie książki od deski do deski. Bawiły mnie „wierszyki”, „Dziewice” miały smak zakazanego owocu. Jakiś czas potem zmarła wieloletnia, jeszcze wołyńska przyjaciółka Babci i pozostała po niej biblioteka przeszła w nasze posiadanie. Nagle w domu pojawiło się (między innymi) dwadzieścia jeden tomów „Pism zebranych” Boya… Z ciekawosci zaczęłam je poczytywać, a czytało się je świetnie, kiedy więc w liceum przyszła pora na omawianie Młodej Polski i dwudziestolecia międzywojennego byłam au courant bardziej niż można oczekiwać od szesnastoletniej uczennicy liceum. Nie pamiętam, czy w programie języka polskiego mówiliśmy o Boyu Żeleńskim jakoś konkretniej, natomiast z całą pewnością na lekcjach fizyki czytaliśmy głośno „Słówka”. Dlaczego? Cóż, niech to pozostanie tajemnicą, znaną tylko moim kolegom i koleżankom z lubańskiego „Adasia”.

Wydawać by się mogło, że Boy, stale pojawiający się w moim i mojego otoczenia życiu,  bo ciągle przydarzała się i przydarza okazja, żeby go cytować, powoływać się na niego, przypominać bon moty, które stały się społecznymi diagnozami, jest już tak dobrze znany, że nie ma potrzeby czytać o nim.  Przecież wciąż powtarzamy sobie –  albo dla zabawy, albo dla refleksji, że „Oto jak nas, biednych ludzi / Rzeczywistość ze snu budzi”. Albo że „Z tym największy jest ambaras / Żeby dwoje chciało na raz”. Albo to: “Domorosły katolicyzm polski ma tę właściwość, że jest – dosłownie, nie w przenośni – bardziej katolicki od papieża”. I na koniec żartujemy: “Józio się ząb za ząb kłóci / Że świat cały powstał z chuci”. Takich cytatów, doskonale opisujących rzeczywistość sprzed stu lat, pasujących do dzisiejszego świata, można przywołać dziesiątki, jeśli nie setki. Bo tak naprawdę nic się nie zmieniło i dzisiejsze spory i dzisiejsze piekła są takie same jak za czasów Boya, a to, co napisał w “Naszych okupantach”: I tak sobie wszystko załatwili; kilku panów w sile wieku rozstrzygnęło o losach milionów kobiet i poszli, zadowoleni z siebie, na kolację – to fotografia współczesności.

Trzy epoki i trzy główne miejsca, w których toczy się życie Tadeusza Żeleńskiego to Polska wymazana z mapy i Kraków, Polska odrodzona, wciąż Kraków, a potem Warszawa i Polska znów zniewolona przez podwójnego okupanta i tym razem to Lwów. I jeszcze w tle Paryż, gdzie młody doktor medycyny szukał uspokojenia i swoje egzystencjalne bóle leczył literaturą – książkami kupowanymi u bukinistów. I może trochę Zakopane – mekka artystycznej bohemy międzywojnia.

Dzięki książce Śliwińskiej podróżujemy z Boyem-Żeleńskim przez epoki i miejsca, jesteśmy świadkami wydarzeń historycznych, które nigdy przedtem w historii nie miały takiej gęstości i nie uderzały  z takim impetem w zwykłych ludzi.  Widzimy młodego człowieka, piszącego zabawne utwory i świetnie bawiącego się w kabarecie, studiującego nauki medyczne z nie do końca wielkim przekonaniem, społecznika walczącego o „kroplę mleka” dla ubogich kobiet i ich dzieci, ale także lekarza próbującego szerzyć wiedzę o świadomym macierzyństwie, wreszcie literata. Literata o niejednej twarzy – poety, recenzenta teatralnego, publicysty, tłumacza. 

Tej części książki, która opowiada o pracy translatorskiej, byłam ogromnie ciekawa – Boy nie studiował filologii francuskiej, nie uczył się przekładu, chyba niewiele wiedział o teorii tłumaczenia, która przecież dopiero w latach 50. ubiegłego wieku rozwinęła się jako osobna dyscyplina. A przecież, jak pisał w 1958 roku Jan Błoński: „Był Boy, mówiąc żartem, jakimś Szekspirem przekladu i nie wyobrażam sobie, aby można go bylo zdetronizować z miejsca, jakie dzięki swym tlumaczeniom zajął w naszej literaturze.” Wypracował sobie własną metodę, którą oczywiście krytykowano, zarzucając mu, na przykład, opuszczanie sporych partii tłumaczonego tekstu, jak to miało miejsce w przypadku “Niebezpiecznych związków” de Laclosa. Jeśli spojrzy się na dorobek translatorski Boya Żeleńskiego, ma się nieodparte wrażenie, że tłumaczył przede wszystkim to, co mu się podobało, co kochał: Moliera, Balzaka, Monteskiusza, Stendhala, Villona, Gide’a, Kartezjusza, France’a, Flauberta, wreszcie – Prousta, pięć z siedmiu tomów, ale nawet i to było pracą tytaniczną. Jest tu proza, poezja, są dramaty i pisma filozoficzne. My wszyscy, którzy nie znamy francuskiego, ale którzy poznawaliśmy francuską literaturę w jego przekładach, jesteśmy na zawsze jego dłużnikami.  Żeleński stworzył nowatorski projekt wydawniczy – “Bibliotekę Boya”. Tam ukazywały się kolejne tłumaczone przez niego książki Wymagało to nie tylko talentu tłumacza, ale i zdolności marketingowych. I na tym polu okazał się Żeleński niezwykle pomysłowym i przedsięborczym człowiekiem – zabiegał o czytelników, subskrybentów, nawiązywał współpracę z domami wydawniczymi, wymyślał nowe sposoby reklamy. Przetłumaczone przez siebie dzieło Kartezjusza opatrzył opaską z napisem “Tylko dla dorosłych”. Książka rozeszła się jak ciepłe bułeczki. Ale przede wszystkim pracował nad kolejnymi przekładami. Był tytanem pracy, niewypuszczającym z ręki pióra, niemarnującym ani chwili. Wziąwszy pod uwagę, że życie towarzyskie wyglądało zupełnie inaczej niż dziś, zadajemy sobie pytanie – jak on to robił? Jak znajdował czas na pisanie, tłumaczenie, załatwianie spraw, wreszcie – na romanse, podczas których w tamtych czasach pisało się do ukochanej kobiety długie listy. Jaką trzeba było mieć siłę woli i pracowitość połączoną z miłościa słowa?

W pisarskich projektach pomagała mu żona, Zofia z Pareńskich, którą poślubił, kiedy była osiemnastoletnią dziewczyną. Żeleńscy wypracowali sobie swoisty i bardzo nowoczesny jak na owe lata model małżeństwa: Zofia przyjęła do wiadomości, że jej wrażliwy i uczuciowy mąż nie tylko niewinnie flirtuje, ale także ma całkiem poważne romanse i że co chwilę zakochuje się w innej kobiecie. Tym samym dała i sobie prawo do pozamałżeńskich związków. Nigdy się jednak nie rozeszli, stanowili znakomity tandem – to dzięki posagowi Zofii „Biblioteka Boya” rozpoczęła swoją egzystencję.  Była korektorką, redaktorką, a często i współautorką przekładów. Nigdy jednak nie zgodziła się, by jej nazwisko pojawiło się w druku. Irena Krzywicka, ostatnia partnerka Boya, pisała w jakimś momencie, że Żelenskich łączyła nie tylko zwykła małżeńska lojalność. Była między nimi mocna więź przyjaźni oparta na wspólnej pracy, trosce o jedynego syna, wreszcie na podobnych poglądach. Tam, gdzie Boy walczył o prawa kobiet, o ograniczenie roli Kościoła w życiu społecznym czy generalnie o przywrócenie zdrowego rozsądku w myśleniu, tam zawsze stała przy nim Zofia. Narażał się bezustannie konserwatystom, nacjonalistom, duchowieństwu, arystokracji, starym ciotkom dewotkom. Obelgi, listy z pogróżkami, donosy były jego codziennością. Pisał o projekcie ustawy małżeńskiej, uwzględniającej ślub cywilny, o prawie kobiety do aborcji, o rozwodach, o nierównościach społecznych widocznych nawet w idei świadomego macierzyństwa, wreszcie o narodowych świętościach, które w jego felietonach spadały z piedestałów. Wszystko to pisał pisał z werwą, polemicznie, bez oszczędzania ideologicznch przeciwników. Atmosfera nieustannego zagrożenia stała się jego codziennością. Monika Śliwińska przytacza anegdotę o Zofii śpiącej w przedpokoju i zaopatrzonej w broń, na wypadek gdyby ktoś chciał spełnić pogróżki i Boya zaatakować.

Kiedy Niemcy zaatakowały Polskę, Boyowie nie zastanawiali się długo i postanowili opuścić Warszawę. Rozdzieleni na czas podróży, umówili się na spotkanie w Dubnie, by potem wspólnie dotrzeć do Lwowa, gdzie mieszkała siostra Zofii, Maryna Grekowa. Już nigdy się nie spotkali. Żelenski ostatecznie zamieszkał w domu szwagierki, Zofia wróciła do Warszawy. Boy próbował jakoś żyć w ukraińskim Lwowie, próbował pisać i tłumaczyć, zachowując dystans wobec sowieckiej władzy. O tym okresie w podły sposób pisał potem Jacek Trzandel, oskarżając pisarza o współpracę z Sowietami. Po wybuchu wojny we Lwowie znalazła się spora grupa polskich pisarzy. Część z nich publikowała w Czerwonym Sztandarze, dzienniku wychodzącym po polsku, a będącym organem Lwowskiego Komitetu Obwodowego i Miejskiego Komunistycznej Partii Ukrainy. Jak pisze Barbara Winklowa Boy miał powiedzieć komuś: „Nie zgodzę się na żaden rodzaj współpracy politycznej ani pisarskiej. Mogę objąć najwyżej katedrę romanistyki”. I rzeczywiście, po kilkumiesięcznym okresie, kiedy znalazł pracę w klinice i powrócił do dawno porzuconego zawodu lekarza, w końcu zatrudniono go na uniwersytecie, który już nie był Uniwersytetem Jana Kazimierza, a stał się Uniwersytetem Iwana Franki. Kiedy w czerwcu 1941 roku Rosjanie w pośpiechu opuszczali Lwów, spodziewając w każdej chwili wejścia Niemców, Żeleński odmówił dołączenia do nich.
Relacje tych, którzy go wtedy znali są jednoznaczne – Boy marniał, gasł, pochylał się coraz bardziej i coraz bardziej zapadał w milczenie… Śliwińska, która zbierając materiały do swojej świetnej książki, pojechała do Lwowa, dotarła do personalnej teczki pisarza, przechowywanej w archiwum uniwersytetu.

Chciałam tę fascynująca książkę skończyć przed nadejściem nowego roku, zamknąć długą listę tytułów z 2024. Kiedy dotarłam do czerwca 1941 roku, zwyczajnie przerwałam czytanie. Bałam się końca tej opowieści, scen, które musiały nastąpić – walenie w drzwi, żołnierze Einsatzkommando zur besonderen Verwendung pod dowództwem Karla Eberharda Schöngartha wpadający do mieszkania przy Romanowicza 7 (dziś to ulica Boya Żeleńskiego), aresztujący Marynę Pareńską, jej męża, profesora Jana Greka i wreszcie samego pisarza. Ich kaźń i pozostałych 34 osób na Wzgórzach Wileńskich rankiem 4 lipca miała świadków, którzy ze sporej odległości widzieli prowadzonych na śmierć i rozstrzeliwanych profesorów, ich żony, nierzadko dorosłych synów. Groza tych scen i suche fakty, doskonale udokumentowane odbierają mowę. Epilog, w którym Autorka opisuje odkopywanie grobów, które nastąpiło dwa lata później i palenie szczątków jest niemal nie do zniesienia. Prochy pomordowanych zawisły nad Lwowem i opadły na bruk miasta…

Monika Śliwińska jest mistrzynią biografii, gatunku niełatwego, wymagającego benedyktyńskiej pracy. Podziwiałam umiejętność dotarcia do listów, dokumentów, świadectw epoki, misterność w uporządkowaniu tego ogromu materiałów i narrację, która nie przygniata czytelnika, ale wciąga i zapada w pamięć.

Śliwińska, Monika. Książę. Biografia Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Wydawnictwo Literackie, 2024

Zawsze pamięć, ciągle pamięć. “Powrót” Adama Zagajewskiego

Poeta wraca do Miasta. Po miesiącach, latach. Po wieczności. Gazety rozpisują się o powrocie, ukazują się wywiady i wszyscy zadają pytanie “dlaczego?” Potem ukazuje się tomik poezji, nazwany skromnie i cicho: ‘Powrót”.

Dwadzieścia dziewięć nowych wierszy Adama Zagajewskiego, wydanych przez “Znak”, to osobisty dziennik poety, to wyznanie uczynione przede wszystkim samemu sobie. Także zapis intymnej rozmowy z własnym “ja”, rozmowy pełnej gorzkich żalów, wspomnień i rozważań i postawionych pytań, na które niekoniecznie trzeba dawać odpowiedź.

Continue reading “Zawsze pamięć, ciągle pamięć. “Powrót” Adama Zagajewskiego”

Janusz Głowacki: Z głowy

Poniższa recenzja ukazała się w Przeglądzie Polskim jakoś latem 2004. Trafiłam na nią, przeszukując stare płyty CD, które włożone do specjalnego “odczytywacza” – bo nowe komputery już nie mają napędu – trzeszczały i kręciły się w kółko, w końcu wypluwając stare teksty sprzed 16-18 lat.

Przeczytałam recenzję napisaną tyle lat temu i zapragnęłam natychmiast znów przeczytać “Z głowy”, żeby nacieszyć się bezczelną arogancją autora tej książki, jego nieskazitelną polszczyzną i dystansem do siebie i rzeczywistości, na który stać naprawdę tylko wielkich pisarzy. PS. Mój recenzencki egzemplarz gdzieś zaginął, pewnie go komuś pożyczyłam, na wieczne nieoddanie. “Z głowy” w e-booku można kupić w Empiku, za 26 złotych. Jeden klik i poczujecie się znacznie lepiej…

Właściwie trudno wyobrazić sobie bardziej wymagające od napisania autobiografii zadanie, szczególnie jeśli dzieje się to w czasach, kiedy wszyscy ważni i znani (oraz ważne i znane) swoje własne życiorysy już opublikowali. Ilość wspomnień, pamiętników, alfabetów i abecadeł przekroczyła rozsądne granice przyswajalności tego rodzaju literatury, a tu nagle pojawia się następna książka, anonsowana jako życiowa spowiedź sławnego człowieka. I od razu na wstępie trzeba powiedzieć, że dobrze, że się pojawia, bo takiej jeszcze nie było.

Continue reading “Janusz Głowacki: Z głowy”