Niedziela, 26 września 2021

Landscape and memory

I.

Minęły wakacje. Jeszcze w dzień dopada nas upał, ciężki, oblepiający potem. Temperatury zwodniczo przekonują, że wciąż mamy lato, ale ranki i wieczory już spowija podszewka chłodu. Wchodzimy w jesień z ociąganiem, udajemy, że jej nie ma, że nie nadeszła. Wszystko to dlatego, że nie przeżyliśmy, jak należy, lata. Porządek rzeczy został zakłócony, wywrócony, zlekceważony. To już drugi rok, kiedy wszystko staje na głowie. Trudno nam znieść to, że straciliśmy panowanie nad własnym losem, który zupełnie nie liczy się z naszymi przyzwyczajeniami, rzuca pod nogi kłody, utrudnia normalne życie.

W zeszłym roku nie było nas w tych wszystkich miejscach, które najpierw pojawiają się w wakacyjnych planach, a potem dyskutowane po wielokroć, obejrzane na zdjęciach turystycznych folderów, wreszcie ocenione z ekonomicznego punktu widzenia stają się realnym celem naszych podróży. Nie było nas też w miejscach wymyślonych przez nas samych, wyszukanych gdzieś w zakątkach globu, do których mieliśmy dotrzeć pierwsi, odkryć je dla świata i zdecydować, czy wiedzą o nich podzielimy się z innymi, czy zachowamy ją tylko dla siebie. Samoloty latały puste albo nie latały wcale. My marzyliśmy o wyjeździe i jednego dnia optymistycznie robiliśmy plany na przyszłość, by następnego popadać w czarną rozpacz, nie wierząc, że cokolwiek się zmieni.

W tym roku jest inaczej. Lotniska pękają w szwach, wyprzedane do ostatniego miejsca w samolotach wypełniają tłumy spragnionych widoku bliskich, spragnionych wakacji, spragnionych innego powietrza. Podróżujemy ze szkaplerzem covidowego zaświadczenia o szczepieniu i z przyłbicą maski N-95. Są tacy, którzy panicznie się boją i siedząc w niewygodnym lotniczym fotelu kurczą się w sobie wierząc, że zapadną się, przepadną i, niewidoczni dla innych, dotrwają bezpiecznie do końca podróży. Ale są tacy, którzy buńczucznie zsuwają maskę poniżej nosa i rozglądając się, czy nie nadchodzi stewardessa, ignorują złowrogie, potępiające spojrzenia współpasażerów.

Jeśli jednak nigdzie nie lecimy, przeglądamy – częściej niż kiedykolwiek przedtem – zdjęcia z wakacji, które minęły, dawno rozpłynęły się w mgłę przyjemnych wspomnień, zatracając swoje kontury. Pocieszamy się obrazkami odwiedzonych w przeszłości miejsc. Byliśmy tam – na hiszpańskich plażach, przy grobach Atrydów, na zarośniętych ścieżkach Angkor Wat. Byliśmy, mamy to utrwalone, zapamiętane. Nikt nam tego nie odbierze.

Czytaj dalej „Niedziela, 26 września 2021”

Niedziela, 5 września 2021

Ida

Skończyłam właśnie dyżur ze studentami i powoli zamykałam komputer. Zza okna dochodziły odgłosy gęstego deszczu, bębnienie o skrzynkę klimatyzacji nie ustawało.  Spodziewaliśmy się tego deszczu. NYT podawał już kilka dni temu, że zahaczy o nas Ida, a od kilkunastu godzin pojawiały się ostrzeżenia, że będzie padało i to mocno. Jak mocno? Mieszkając w Nowym Jorku jest się przyzwyczajonym do silnych opadów, do rwących potoczków wzdłuż krawężników, zaparowanych szyb w samochodach i kalekich, porzuconych parasolek. Chyba dlatego nie przejęłam się ostrzeżeniami, choć – rzeczywiście – z pracy wyszłam wcześniej, obawiając się korków i bezczynnego sterczenia na drodze. Ale już od czterech godzin siedziałam spokojnie w domu, zajęta pracą nie zwracałam uwagi na to, co się działo na zewnątrz. Nagle zadzwonił telefon. 

– Jestem na stacji w Glenwood – powiedział Michael. – Pociąg dalej nie pojedzie, zalało tory. 

I dodał, że jest przemoczony do suchej nitki i że trzęsie się z zimna. Telefon brzęknął. Mogłam od razu obejrzeć przez jaki deszcz musiał się przedzierać w drodze do stacji Metro North.

– Zaraz po ciebie przyjadę – zawołałam przejęta. – Marzę o tym, żeby rozprostować nogi. 

– Ależ nie, nie przyjeżdżaj, wezmę taksówkę – zaprotestował mój mąż. – Ty naprawdę nie wiesz, co się dzieje. Absolutnie nie wychodź z domu. 

Czytaj dalej „Niedziela, 5 września 2021”

Wtorek, 6 lipca 2021

Ateński ptaszek

Do Aten jechała wezwana telegramem z organizacji „Lideryka”. Tam złożyli podanie o emigrację, stamtąd otrzymali dokumenty zezwalające na pobyt w Grecji (ale nie na pracę!), tak zwane adia paramoni; stamtąd wreszcie przyszło wezwane na rozmowę w ambasadzie kanadyjskiej, kwalifikującą do wyjazdu. Rozmowę mieli już za sobą, takoż szczegółowe badania lekarskie, kiedy w skrzynce pocztowej w ich kalamatiańskim mieszkaniu znalazł się nagle telegram, wzywający do przyjazdu do Aten. Wzywano tylko ją. Powodu nie podano, telefon w „Lideryce” był bezustannie zajęty, musiała jechać. Tym razem, ze względu na powagę sytuacji, odżałowała pięćset drachm i zdecydowała się na podróż autobusem – droższym niż pociąg, ale wygodniejszym i znacznie szybszym. Pociągiem bowiem jechało się z Kalamaty do Aten około dwunastu godzin, autobusem tylko pięć. 

Czytaj dalej „Wtorek, 6 lipca 2021”

Poeta na emigracji

Rozmowa z Wasylem Machną

Przedwczoraj, 12 maja, ukazała się w Polsce nakładem PIW książka nowojorskiego poety, Wasyla Machny „Kalendarz wieczności”, w przekładzie Bohdana Zadury. Zanim przeczytam tę wspaniale zapowiadającą się powieść, prawdziwy fresk historyczny, rozciągający się od XVII wieku po czasy współczesne, przypomnę bardzo dawny wywiad z poetą. Mówi on o ważnych rzeczach, o tożsamości artysty, o rozdarciu, o związkach z językiem i o twórczej samotności.

https://piw.pl/pl/kalendarz-wiecznosci

Nie dalej jak dwa tygodnie temu oboje uczestniczyliśmy w pewnym wieczorze literackim. W trakcie rozmowy padło pytanie skierowane do bohaterki wieczoru, znanej pisarki: czy uważa się za pisarkę emigracyjną. To samo pytanie chciałabym dziś zadać Tobie: Czy jesteś poetą emigracyjnym?

To jest bardzo ważne i ciekawe pytanie. Mam wiele przemyśleń na ten temat i kiedy to pytanie pada w wywiadach, a pada w miarę często, to odpowiadam jednoznacznie: nie, nie jestem poetą emigracyjnym. 

Uważam, że bycie twórcą emigracyjnym straciło rację bytu po upadku komunizmu w naszym regionie geograficznym, w Ukrainie czy w Polsce. Formuła pisarza emigracyjnego zamykała się przede wszystkim w fakcie publikowania poza granicami swojego kraju i w braku możliwości powrotu do ojczyzny, przy czym chodzi tu o powrót zarówno fizyczny, jak i metaforyczny. Dziś taka sytuacja nie ma miejsca. Moje książki wychodzą w Ukrainie, w każdej chwili mogę tam pojechać, na krócej, na dłużej. Emigracja została zastąpiona globalizacją: człowiek wybiera, gdzie chce mieszkać i jak długo chce tam mieszkać. Wiem, że dla Polaków tradycja emigracji ma większą wartość gatunkową niż dla Ukraińców. Jeśli chodzi o mnie, to oczywiście mój wyjazd nieco zmienił moje spojrzenie na literaturę ukraińską i zacząłem zauważać obecność pewnych rzeczy, które dzielą tych, którzy tam zostali i tych, którzy wyjechali. Nie chcę jednak postrzegać ich jako elementów istotnych, znaczących czy też przejmować się nimi. Pisarz, który wyjechał i zamieszkał gdziekolwiek, jak długo uprawia swój zawód w ojczystym języku i jak długo ma czytelników, którzy mieszkają w jego ojczystym kraju, tak długo jest częścią kultury tego kraju, a nie kraju, w którym zamieszkał, czy też częścią tworu zwanego emigracją. 

Czytaj dalej „Poeta na emigracji”

Zawsze pamięć, ciągle pamięć. „Powrót” Adama Zagajewskiego

Poeta wraca do Miasta. Po miesiącach, latach. Po wieczności. Gazety rozpisują się o powrocie, ukazują się wywiady i wszyscy zadają pytanie „dlaczego?” Potem ukazuje się tomik poezji, nazwany skromnie i cicho: ‚Powrót”.

Dwadzieścia dziewięć nowych wierszy Adama Zagajewskiego, wydanych przez „Znak”, to osobisty dziennik poety, to wyznanie uczynione przede wszystkim samemu sobie. Także zapis intymnej rozmowy z własnym „ja”, rozmowy pełnej gorzkich żalów, wspomnień i rozważań i postawionych pytań, na które niekoniecznie trzeba dawać odpowiedź.

Czytaj dalej „Zawsze pamięć, ciągle pamięć. „Powrót” Adama Zagajewskiego”

Pomiędzy szamaństwem a racjonalnością

Dawna rozmowa z Adamem Zagajewskim

W zimny listopadowy wieczór 2007 wysiadłam z metra na Union Square i pobiegłam do budynku New School. Sala była wypełniona po brzegi, a na scenie odbywało się poetyckie misterium i jakkolwiek patetycznie to brzmi, tak właśnie było. Tego wieczoru Ameryka otrzymała tłumaczenie niemal całej twórczości Zbigniewa Herberta. Nie oznaczało to, oczywiście, że Ameryka nie znała Herberta przedtem. Czytywała go przecież od niemal czterdziestu laty, bo był tu chyba jednym z najbardziej popularnych europejskich poetów. W samym New Yorkerze ukazało się około trzydziestu pojedynczych przekładów wierszy poety, głównie w tłumaczeniu Bogdany i Johna Carpenterów z Ann Arbor, którzy przez ponad trzydzieści lat niestrudzenie zajmowali się udostępnianiem Herberta anglojęzycznemu czytelnikowi.

Czytaj dalej „Pomiędzy szamaństwem a racjonalnością”

Z warszawskiej ulicy Gęsiej na nowojorską Upper West Side

O życiu Suli Benet, polsko-amerykańskiej antropolożki

Urodziła się w samym sercu żydowskiej przedwojennej Warszawy, na ulicy Gęsiej, jako Sula Epstein czy też Epsztajn. Niewiele wiadomo o jej polskim życiu, poza tym,  że  w latach dwudziestych wyszła za mąż  za niejakiego Samuela Beneta, by wkrótce potem zostać wdową. Była studentką jednej z najbardziej szanowanych i niezależnych polskich instytucji edukacyjnych – Wolnej Wszechnicy Polskiej.  Studiowała pod kierunkiem profesora Stanisława Poniatowskiego, etnografa i antropologa i także pod jego kierunkiem obroniła pracę magisterską, która przyniosła jej rozgłos i zaproszenie na stypendium do Nowego Jorku w 1936 roku.

Ul. Gęsia
Czytaj dalej „Z warszawskiej ulicy Gęsiej na nowojorską Upper West Side”

Poniedziałek, 21 grudnia 2020

Włoskie orzechy

Ostra feta z koziego mleka, dziwaczne w smaku wino, pite pół na pół z Coca colą, mętniejąca po dodaniu wody anyżowa wódka, błotnista, gotowana w briki, miedzianym naczyniu z długą rączką kawa, wijące się na talerzu odnóża kalmarów i ośmiornic, zjadane w całości smażone w oliwie szprotki i wreszcie sama oliwa – ciężka, zielonkawa tłusta ciecz, pozostawiająca w gardle uczucie pieczenia. I jeszcze inne dziwaczności – makaron jedzony z bułką, gęsty, niesłodki jogurt, ciastka kąpiące się w miodzie, gotowane w wodzie z oliwą zielsko, zbierane na zboczu gór.  Niełatwo było Polakowi z biednego zimnego kraju, w którym prawdziwą atrakcją stały się sine, wychudzone kurczaki i kawałek tłustej kiełbasy, wyżyć w kraju położonym nad Morzem Śródziemnym…

Świeża χόρτα na targu w Kalamacie
Czytaj dalej „Poniedziałek, 21 grudnia 2020”

Ludwik Flaszen (1930-2020)

24 października umarł w Paryżu Ludwik Flaszen – krytyk literacki, pisarz, eseista, współpracownik Jerzego Grotowskiego. 11 lat temu przyjechał do Nowego Jorku na zaproszenie organizatorów międzynarodowego roku Grotowskiego. Było to w innych czasach, w innej rzeczywistości, w świecie, w którym polska kultura była zauważana, pamiętana i celebrowana. 

Spotkaliśmy się w lobby legendarnego Gramercy Park Hotel. Szłam na wywiad zdenerwowana – oto miałam rozmawiać z najbliższym towarzyszem Jerzego Grotowskiego, autorem książek, które zadawano mi do przeczytania na studiach. Przyglądał mi się dobrotliwie, rozmawiał ze mną z chęcią i z energią i mimo smutku chyba był mi wdzięczny za to, że przyniosłam mu wiadomość o śmierci Jana Błońskiego, który umarł poprzedniego dnia.

Zaglądam czasem do jednej z jego pierwszych książek – do „Cyrografu” – zbioru esejów o literaturze i o czasach, w których dorastałam. Pisane z pasją, z ogniem – nie na darmo ukazywały się w Odrze w cyklu „Popołudnia pieniacza” – wciąż są powodem do rozmyślań. 

RIP

Czytaj dalej „Ludwik Flaszen (1930-2020)”

Sobota, 3 października 2020

O książkach

Każda spalona książka oświeca świat – Ralph Waldo Emerson

Miałam może siedem lat, od co najmniej roku samodzielnie czytałam. Zbliżało się Boże Narodzenie i Mama zapytała, czy mam jakieś specjalne życzenia, które chciałabym, by Ona przekazała Aniołkowi. „Książeczki poproszę!” – wykrzyknęłam. Ten wykrzyknik wszedł do domowego słownika na stałe i nawet kiedy byłam już dorosłą panienką, wołałam: „Książeczki poproszę!”. Zatem „książeczki” zwykle znajdowały się pod drzewkiem, obok praktycznych prezentów, takich jak rękawiczki, piżamki i domowe kapcie z futerkiem. Tym razem z szarego papieru (mówimy o czasach, w których nie było błyszczących papierów do pakowania prezentów) wynurzyła się biała lśniąca okładka legendy o Warsie i Sawie.  Następnego dnia rano jechałyśmy do Wrocławia, do Dziadków. Na drogę, do pociągu, wzięłam swój prezent i kiedy wysiadałyśmy na Dworcu Świebodzkim, już dobrze znałam treść książki.

Czytaj dalej „Sobota, 3 października 2020”