Sobota, 19 września

Minęło lato, książki pozostaną…

Od dawna interesuje mnie nie tylko to, co ludzie czytają, lecz także sam widok człowieka pogrążonego w lekturze. Dlatego fotografuję czytających nowojorczyków – czasem ukradkiem, czasem po uzyskaniu ich zgody. Najczęściej spotykam ich w metrze, gdzie książka staje się prywatną przestrzenią, małym schronieniem pośród tłoku, hałasu i pośpiechu. Na Facebooku prowadzę poświęcony tym fotografiom dział zatytułowany Books of New York i kiedy tylko rozgryzę jak działa Instagram 😉 przeniosę tam te zdjęcia. Robię je z fascynacji tym szczególnym momentem, kiedy człowiek, choć otoczony setkami innych ludzi, przestaje zauważać świat i przenosi się gdzieś zupełnie indziej.

Od dawna interesuje mnie jednak nie tylko, co ludzie czytają, ale również dlaczego właśnie ta, a nie inna książka trafia do nich w określonym momencie życia. Lektury wybieramy przecież z wielu powodów: z ciekawości, potrzeby zrozumienia świata, pragnienia ucieczki od codzienności, a czasem po prostu dlatego, że ktoś, komu ufamy, powiedział – musisz to przeczytać i podpowiedział nam tytuł. Bywa, że książka długo czeka na półce, zanim nadejdzie jej czas. Bywa też, że sięgamy po nią przypadkiem, a ona niespodziewanie zostaje z nami na długo. Bywa, że książki długo czekają na swoją kolej i chyba każdy ma przy łóżku swoją “kupkę wstydu”.

Postanowiłam więc zapytać przyjaciół i znajomych, co ostatnio przeczytali i która z książek okazała się dla nich ważna, poruszająca, zabawna, niepokojąca albo po prostu godna zapamiętania. Niektórych właściwie nie trzeba było nawet prosić – natychmiast dzielili się tytułami, wrażeniami i całymi historiami związanymi z lekturą. Inni bronili się przed odpowiedzią tak, jakbym pytała nie o przeczytaną książkę, lecz domagała się ujawnienia zeznania podatkowego albo jakiegoś starannie skrywanego sekretu alkowy 😉 Ta nieoczekiwana powściągliwość także wydała mi się interesująca. Najwyraźniej pytanie o książki bywa bardziej osobiste, niż mogłoby się wydawać.

Interesowały mnie bowiem nie tyle same tytuły i nazwiska autorów, ile osobiste spotkania z książkami: zachwyty, rozczarowania, odkrycia i myśli, które nie znikają po zamknięciu ostatniej strony.

Zebrane odpowiedzi tworzą coś więcej niż listę polecanych lektur. Są małym zbiorowym portretem ludzi, których znam i cenię – ich wrażliwości, zainteresowań, lęków, poczucia humoru i sposobów patrzenia na świat. Bo kiedy opowiadamy o książkach, które naprawdę nas poruszyły, niemal zawsze opowiadamy również o sobie. Kolejność prezentowanych wypowiedzi nie została podporządkowana żadnemu szczególnemu kluczowi. Sięgałam po nie po prostu kolejno, w miarę jak do mnie napływały i układały się w tę opowieść o książkach oraz ich czytelnikach. Tylko ostatnie miejsce zachowałam świadomie dla siebie – skoro zapytałam innych o ich lektury, wypada przecież, żebym na zakończenie sama odpowiedziała na własne pytanie.
Wszystkim serdecznie dziękuję za udział — i przepraszam za moje uporczywe nagabywanie. Mam nadzieję, że efekt był tego wart!

Radka Franczak

Ewa Wieżniawiec “O wilku mówiono w izbie” (KE, 2025) – dawno nie czytałam tak świetnie napisanej książki, chwyciła za gardło, trzymała do samego końca, sprawiła, że zniknęłam na cały dzień dla wszystkich. Ryna, główna bohaterka wraca z prac w Niemczech do miejsca swojego pochodzenia – położonej koło bagien białoruskiej fikcyjnej wsi Nauhalne.


Elisabeth Asbrink “Moja wielka piękna nienawiść” (Wielka Litera, 2025) – biografia Victoii Benedictsson, znacznie więcej niż biografia pisarki, tło społeczne zilustrowane pod kątem statusu kobiet w tym świecie, świetnie sportretowane, świat artystyczny, zasady które nim rządziły, zarys historyczny – cały świat wokół z taką właśnie koncentracją na kobietach. i oczywście postać pisarki. Bardzo inspirująca, dla mnie książka która naświetla wciąż ciemne miejsca w literaturze i historii.


Iwa Kołodziejska “Podolskie zielniki. Praktykowanie wiedzy o roślinach na Podolu Wschodnim (Ukraina)” (
Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, 2023) – świetna, niesamowita. Opis relacji łączących ludzi i rośliny na podstawie badań prowadzonych przez autorkę w latach 2009-2018. Bardzo czekam na kontynuację (jeśli będzie).


“Maria Lubomirska. W słowach i obrazach” (Ośrodek KARTA, 2023), to książka którą przeglądałam całe lato. Fotografie Marii Lubomirskiej, polskiej fotografki, jej zapiski, fragmenty listów – chciałabym więcej.

Wspaniałe zdjęcia, zapis czasu 1904-1918r.


Kamel Daoud “Huryska”, (ArtRage, 2025) – bardzo ważna książka, wydana w serii wydawniczej Rahla, która z miejsca stała się moją ulubioną serią. Oran, Algieria, bohaterką jest kobieta, której głos czytamy przez cały czas. Wstrząsający opis jej punktu widzenia, doświadczeń związanych z wojną domową w latach 90tych, która uderzyła najbardziej właśnie w prawa kobiet. Wojna domowa w Algierii – jedno z tych historycznych wydarzeń o którym wciąż mówi się za mało i konsekwencjach.


Jokha Alharthi “Ciała niebieskie”(ArtARage, 2024) – kolejna książka z serii Rahla, autorka omańska pisarka dostała za książkę nagrodę Bookera. Bardzo książka dla mnie – poetycka, jednocześnie osadzona w realiach, które są misternie zarysowane – i głos bohaterki i wszystkie postacie i zdarzenia w tle.
Między snem a jawą, i podskórnie też cały czas czuję tu temat życia kobiet.

W ramach serii czytam też ” Idąc na rzeź” Mahmud Doulatabadi


Werner Herzog “Przyszłość prawdy”, (Obroty, 2024) – Herzog napisał książkę w 2024, czytałam ją w momencie kiedy zupełnie nie miałam czasu na czytanie – i mimo, że tak dużo jeszcze wydarzyło się w tym temacie “prawdy” od 2024 do dziś – miałam poczucie, że esej są aktualne, pozostało mi w głowie wiele pytań i inspiracji. Małe zdarzenia, które tworzą ostatecznie mapę powiązań.

Jacek Dehnel

Z wiekiem coraz rzadziej trafia się na arcydzieła – ale nie jest to niemożliwe. Dzięki tłumaczce Małgorzacie Gralińskiej pojawił się w polszczyźnie Walter Kempowski. „Wszystko na darmo” (ArtRage, 2023) – powieść, którą wydał na rok przed śmiercią, w 2006 roku – toczy się w początkach roku 1945 gdzieś w Prusach Wschodnich, w majątku państwa von Globigów, Georgenhofie; pan domu bawi jako oficer we Włoszech, pani snuje się po pokojach, ich synek unika spotkań Hitlerjugend, wymawiając się bólem gardła, a cały dom trzyma w ryzach cioteczka-rezydentka. Zachodzi tu co jakiś czas wścibski nazista Drygalski. Gdzieś tam jest front, propaganda pociesza. Pojawiają się pierwsi uchodźcy.

Kempowski – który latami budował wielką kronikę niemieckiego społeczeństwa w czasie wojny – to rewers Manna z „Buddenbrooków”: mistrzowsko pokazuje rozpad mitu niemieckiego mieszczaństwa i solidności; każdy z bohaterów jest tak czy inaczej uwikłany w nazizm, tak czy inaczej uwikłany w drobne nieuczciwości, ale i zdolny do nieoczekiwanych aktów przyzwoitości. Wspaniałe są tu dialogi – zdania twierdzące kończą się często nie kropką, a znakiem zapytania, jakby wszystko w tym skłamanym, rozpadającym się świecie było podsiąknięte niepewnością, wątpliwością.


Wielka opowieść o ucieczce i rozpadzie przywodzi na myśl genialną „Francuską suitę” Irène Némirovsky, (Albatros, 2006) – toczącą się przecież raptem parę lat wcześniej, kiedy to zwycięska armia niemiecka wkraczała we Francję jak w masło; te same drobne podłości, te same kompromisy (nie)moralne. Warto przeczytać te dwie wybitne powieści w parze.

Sylwia Chutnik

„Kameliowy Sklep Papierniczy” Ito Ogawy, (Tajfuny, 2023), to książka dla wszystkich, którzy wciąż wierzą, że papier ma swoją pamięć, a odręcznie napisany list potrafi powiedzieć o nas więcej niż dziesięć wiadomości wysłanych w pośpiechu. Bardzo bliska jest mi jej czułość wobec papieru, atramentu, pisma i całego rytuału pisania. Tego momentu, kiedy trzeba na chwilę zwolnić i naprawdę zastanowić się, co chcemy powiedzieć drugiemu
człowiekowi. Ogawa pokazuje też, że list jest często próbą nawiązania kontaktu, bywa też pożegnaniem, wyrażenia uczuć albo uporządkowania relacji, które nie zawsze dają się łatwo nazwać. Lubię tę książkę za jej niespieszność i przekonanie, że bliskość buduje się z drobnych gestów, uważności i czasu poświęconego drugiej osobie. To jedna z tych lektur, po których człowiek ma ochotę wyjąć papier z szuflady, znaleźć pióro i napisać do kogoś, z kim dawno nie rozmawiał. Oczywiście, praktykuję to, od kiedy nauczyłam się czytać i pisać, ale po lekturze tej powieści napisałam od razu pięć i pobiegłam do najbliższego papiernika na zakupy!

Jan Zieliński

„Józef Mackiewicz, Barbara Toporska, Roman Brykczyński, Listy.” (Kontra, Londyn 2026). Korespondencja z kuzynem Mackiewicza, wzbogacona przeciekawymi wypisami z rodzinnych kronik oraz wspomnień kilku matron, sięgających głęboko w wiek XIX.


Kinga Skwira, „Zacznijcie beze mnie”. Ilustrowała Basia Ślusarczyk. (Girls and Queers to the Front, Warszawa 2026).
Oryginalne. Ożywcze. Odlotowe. A przy tym ciepłe.

Hania Czernik

Lato skwierczało szczególnie tego roku nawet jak na Kolorado, zwykle i tak gorące i suche w lipcu i sierpniu – ‘słońce paliło, a ziemia szła w popiół prawie’. Chodziło mi nieustannie po głowie zdanie Sylvii Plath otwierające jej „Szklany klosz”: “It was a queer, sultry summer /…/and I didn’t know what I was doing in New York.” To było dziwne, duszne lato i ja też nie wiedziałam, co robię w Denver.. 🙂

Czytałam więc, książka dawała nie tylko psychiczne wytchnienie, pozwalała odpocząć od letniej kanikuły, ale i od opresyjnej atmosfery politycznej… Zbiegiem okoliczności gros lektur stanowiły powieści i opowiadania pisane przez kobiety. Najpierw to były Japonki: Asako Yuzuka, Yoka Ogawa i Sayaka Murata. Ich proza najczęściej zwięzła i oszczędna, jak ikebana czy minimalistyczne wnętrze japońskiego domu, w której słychać niemal spadające płatki kwiatów wiśni, a czasem szokująca w koncepcji i obrazach, zmuszała do postawienia sobie zaskakujących pytań… We wszystkich tych książkach metafizyczne sugestie okazywały się tak różne od europejskiej grecko- judeo- chrześcijańskiej tradycji, którą u nas wszystko przesiąknięte…

Szczególne wrażenie wywarła na mnie jednak krótka powieść Duriana Sukegawy „Sweet Bean Paste”, wydana w Polsce pod tytułem „Kwiat wiśni i czerwona fasola” (WUJ, 2018). To poruszająca proza, która w ciepły i subtelny sposób opowiada o odkupieniu win i krzywd, o samotności i znalezieniu sensu życia.

Fabuła skupia się wokół Sentaro, mężczyzny z trudną, bliżej nie zdefiniowaną przeszłością, prowadzącego mały sklepik z dorayaki – tradycyjnymi japońskimi naleśnikami przekładanymi słodką pastą z czerwonej fasoli. Jego monotonne życie zmienia się diametralnie, gdy zatrudnia on ekscentryczną staruszkę o imieniu Tokue, posiadającą sekretny przepis na idealne nadzienie i niezwykły dar jego przyrządzania przeistaczający zwykły proces gotowania w prawdziwe misterium..

Książka, z pozoru pełna opisów kulinarnych i miłości do natury, dotyka niepowierzchownie tematu wykluczenia społecznego oraz udowadnia, że wartość ludzkiego życia nie zależy od jego produktywności i w żadnym wypadku od jego statusu. To pełna empatii, słodko-gorzka historia o tym, jak niespodziewana przyjaźń potrafi uleczyć dawne rany, także te zadawane przez państwo japońskie ofiarom trądu, zwanego chorobą Hansena – aż do 1996 roku zamykanym przymusowo w obozach, skazywanym na izolację od rodzin, od społeczeństwa, choć leki na trąd, wcale nie taki zakaźny jak wieść gminna niosła, znane były od lat 40 dwudziestego wieku..


O ile w japońskiej prozie dominuje cisza i samotność, o tyle zupełnie inną atmosferę niesie ze sobą powieść „Cesarzowa Piotra” (Wyd. Literackie, 2025) poczytnej litewskiej pisarki Kristiny Sabaliauskaitė znanej polskiemu czytelnikowi z wcześniejszej wielotomowej powieści „Silva Rerum”.

„Cesarzowa Piotra” dudni wprost od przemarszu wojsk i dworskich intryg, wypełniają ją gwałty i rzezie, tłumne pijatyki rosyjskiego dworu, a klamrę narracyjną stanowi zbliżająca się śmierć wspominającej swoje burzliwe i brutalne życie Katarzyny I – pierwszej cesarzowej Rosji, która przyszła na świat jako Marta Helena Skowrońska, uboga sierota o litewsko-polskich korzeniach. Z pozycji niewolnicy i praczki, dzięki sprytowi, inteligencji emocjonalnej oraz trójkątowi miłosnemu z udziałem Aleksandra Mienszykowa i cara Piotra I Wielkiego, trafia na sam szczyt władzy imperium. 

Książka Litwinki jest niezwykle poruszająca i niestety zdumiewająco aktualna.. Rosja Piotra zwanego Wielkim nie różni się się w swojej istocie tak bardzo od Rosji Putina, przerażającej i mimo pozorów ucywilizowania wciąż barbarzyńskiej…

Michał Nogaś

Wakacje to czas nadrabiania zaległości, oczekiwania na nowości, a także — to mój przypadek — czytania, na potrzeby wywiadów i spotkań, książek, które za chwilę się ukażą. Przeczytałem więc kilkanaście, a może i więcej pozycji, z których kilka na długo zapadły mi w pamięć. Co chciałbym polecić innym?

Z pewnością do tego grona należy nowa książka Agnieszki Daukszy, profesorki Uniwersytetu Jagiellońskiego, laureatki przyznawanego w Rybniku „Juliusza” (konkurs na najlepszą biografię) i finalistki „Nike” — za „Jaremiankę”. Niedaleko pada granat od jabłoni”, (Karakter, 2026) to rzecz znakomita, napisana językiem nie do podrobienia, wyczulonym na najważniejsze słowa, szepty, na niedopowiedzenia i gesty, których czasem nie da się jednoznacznie opisać.

W formie nie do końca możliwej do nazwania — gdy wciąż słychać o potrzebie szufladkowania, przypisywania do gatunków — autorka opowiada o skomplikowanym, filmowym wręcz życiu „nieznacznej” — jak sama ją nazywa (co stanowi nawiązanie do tytułu poprzedniej książki Daukszy) — Liny z Sambora, Żydówki, która — prowadzona na śmierć — najpierw, za namową siostry, wyrzuciła w krzaki swoją maleńką córeczkę, a następnie sama salwowała się ucieczką.

Gdy, cudem ocalona, wróciła na miejsce porzucenia dziecka, okazało się, że Ewy nie ma. Tak zaczęła się historia poszukiwań, w wyniku których los Liny przeciął się z losem małżeństwa Tuwimów, pewnej dziewczyny ze Związku Radzieckiego i wielu innych. Dauksza pisze o macierzyństwie, tożsamości, kłamstwie, niepewności, bazuje na wspomnieniach głównej bohaterki, rozmowach z jej bliskimi — odtwarza świat wymarły,wypalony i tworzy literaturę najwyższej próby.


Wspaniała i wciągająca jest nowa powieść Macieja Płazy, zdobywcy „Angelusa” za „Robinsona w Bolechowie”, Nagrody Literackiej Gdynia i Nagrody im. Kościelskich za „Skorunia”, dwukrotnie nominowanego do „Nike”. Jego “Kasperl i Margit”, (Wydawnictwo Literackie, 2026) powieść poznańsko-berlińska, to połączenie historii łotrzykowskiej z arystokratyczną, hymn na cześć stolicy Wielkopolski oraz rzecz o międzywojennym Berlinie, widzianym z zupełnie innej niż w kultowym filmie Fosse’a, perspektywy.

Bohaterowie Płazy — syn prostytutki z Chwaliszewa oraz córka hrabiego patrioty – poznają się stosunkowo późno. Wcześniej pisarz kreśli ich losy osobno, naprzemiennie. On z podwórkowego chłystka i zawadiaki przemienia się w powstańca, by następnie – w Berlinie – zwrócić się ku sztuce dalekiej od salonów. Ona dobrze i bezpiecznie wychodzi za mąż, ale jej wybranek, lekarz, traci rozum i siebie na froncie I wojny światowej, więc po rozpadzie małżeństwa kobieta przenosi się do niemieckiej stolicy i staje się gwiazdą jednej z najważniejszych scen.

W potężnej, kilkusetstronicowej powieści Płaza znakomicie operuje różnymi rejestrami języka, odtwarza słownik gwary poznańskiej, gra z historią XX wieku — efekt może wbić czytelnika w fotel, ostrzegam!


I jeszcze jeden tytuł, najnowsza reporterska książka Katarzyny Surmiak-Domańskiej „Świat przed nami nie istniał. Jak wojna została w naszych domach” (Agora, 2026), w której pojawia się także opowieść autorki tego bloga. To opowieść o traumach, z którymi mierzyć muszą się dzieci czy wnuki ocalałych z II wojny światowej, wszyscy ci — nasi rodzice, dziadkowie, kuzyni — których faszerowano martyrologią, zaciągano na siłę do izb pamięci, wysyłano na wycieczki do byłych nazistowskich obozów koncentracyjnych, opowiadano w czasie rodzinnych obiadów o rzezi
wołyńskiej czy gwałtach na Zieleniaku.

To — z wielu powodów — książka misyjna, powinien ją przeczytać każdy, kto próbuje zrozumieć, skąd w Polakach tyle złości, niechęci wobec drugiego, gniewu, wściekłości, ale też lęku, strachu, powinna trafić w ręce każdego, kogo dziwi, że 18 proc. obywateli III RP cierpi na PTSD. W zbiorze historii zebranych przez Surmiak-Domańską, w opowieściach bohaterów odnajdzie się większość z nas, bo wojna — choć zdaje się odległa — wciąż burzy spokój, prześladuje, nie daje spokojnie żyć. Czy to fenomen? A może zaniedbanie systemowe i brak zgody na jasne powiedzenie sobie, że o zdrowie psychiczne należy dbać na równi z tym fizycznym? „Świat przed nami nie istniał” to powinna być lektura obowiązkowa każdego, kto nad Wisłą wkracza w dorosłość — by nie popełniał błędów własnych przodków.

Ewa Maliga

Ostatnimi czasy zapadłam w czarną dziurę albo – jak kto woli – króliczą norę (rabbit hole). Nazywa się Empik Go. Mam subskrypcję od kilku lat i bardzo sobie ją chwalę, choć niestety spowodowała w ostatnich miesiącach rozluźnienie moich dotąd twardo egzekwowanych zwyczajów, czyli stosowania płodozmianu – jedna książka po polsku, jedna po angielsku… Aplikacja – jak to zwykle bywa – po lekturze poleca mi kolejne, więc podążam jak w owczym pędzie i moja lista polskich lektur odłożona na wirtualną półkę wydłuża się w zastraszającym tempie. A jeszcze należy dodać, że zasadniczo czytam uszami, czyli jestem wielką fanką audiobooków – mam swoich ulubionych lektorów (Filip Kosior anyone?:)) i cenię sobie, że mogę słuchać, równocześnie wykonując inne, często nudne czynności życia codziennego!

Ale do brzegu: polecam dwie moje ostatnie lektury z zasobów Empiku.
Pierwsza pozycja to „SPATIF. Upajający pozór wolności” Aleksandry Szarłat (Wydawnictwo Czarne, 2023). Historia legendarnego warszawskiego Klubu Aktora Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu, znakomicie udokumentowana przez autorkę, to zbiór anegdot i portretów najważniejszych postaci kultury powojennej Polski.

Szarłat przez kilka lat przepytywała bywalców klubu, by stworzyć obraz tego
niesamowitego miejsca, gdzie czołowe postaci warszawskiego środowiska
artystycznego toczyły dysputy o życiu, suto zakrapiane alkoholem i w towarzystwie ponurych panów z bezpieki, siedzących przy sąsiednich stolikach. Wśród nazwisk: Stanisław Dygat, Kalina Jędrusik, Agnieszka Osiecka, Marek Hłasko, Leopold Tyrmand, Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, Janusz Minkiewicz, Jerzy Andrzejewski, Tadeusz Konwicki, Joanna Rawik, Ireneusz Iredyński i Janina Staniszkis, by wymienić tylko najbardziej znanych… SPATIF był bardzo ważnym miejscem aż do stanu wojennego,
potem wszystko się zmieniło i choć lokal nadal działa, to już niestety nie odgrywa takiej roli jak dawniej. Jako dziecię wychowane i wykształcone w PRL-u pochłonęłam 16 godzin słuchania w 3 dni!


„SPATIF” doprowadził mnie do kolejnej lektury – „Radykalna. Wszystkie sprzeczności Jadwigi Staniszkis” Krzysztofa Katkowskiego (Wydawnictwo Otwarte, 2026) Staniszkis – zmarła w 2024 pierwsza dama polskiej socjologii – radykalna, idąca pod prąd, wymykająca się schematom, ze skomplikowanym życiem prywatnym, często kontrowersyjna w poglądach (zwłaszcza pod koniec życia) zawsze mnie fascynowała, choć niejednokrotnie ze zdumieniem słuchałam jej wywodów. I ta jej czerwona szminka!

Cytuję za Empikiem: „Autor prowadzi nas przez naukowe idee Staniszkis, jej medialne starcia, skomplikowane relacje i przyjaźnie – w szczególności tę z Jarosławem Kaczyńskim. Rozmawia z Piotrem Glińskim, Mateuszem Morawieckim, Leszkiem Balcerowiczem, Ryszardem Bugajem czy Aleksandrą Jasińską-Kanią i tworzy portret osoby, której nie da się zaszufladkować. Kobiety, która zamiast uprawomocniać stabilizację, wolała stabilnie… destabilizować. […] Staniszkis była pierwszą w Polsce badaczką, która udowodniła, że socjologia bywa sportem ekstremalnym”. Nic dodać, nic ująć… Jako wielbicielka biografii wszelakich nie mogłam się oderwać.

Cezary Łazarewicz

To ja polecam trzy książki. Według kolejności ich ukazywania się.

Pierwsza to Marka Węcowskiego „Homer na nasze czasy” (Znak Literanova, 2026). Bo to była lektura obowiązkowa przed filmem Nolana „Odyseja”. Węcowski pokazuje, że Homer, to znaczy jego dzieła, nie jest jakąś ramotą sprzed tysięcy lat, ale że może posłużyć do odczytania współczesności. No, a oprócz tego to bardzo ciekawa historia pisarza, który nie wiadomo, czy istniał, ale wiadomo, że wciąż budzi zainteresowanie świata. A Marek świetnie pisze i jest erudytą, znawcą i badaczem starożytności, znany z prac naukowych, ale słabiej z popularnonaukowych. Jego pierwsza książka „Tu jest Grecja. Antyk na nasze czasy”, Iskry, 2023 też była świetna.


Druga książka to naszego znajomego Alka Koraba – „Chory kraj” (Znak, 2026). Jego fascynujące i odkrywcze (dla mnie) opowieści o Ameryce znalazły wreszcie miejsce w reportersko publicystycznej książce. Pochłonąłem ją za jednym kęsem i przeciertałem oczy ze zdumienia pytając się co kilka akapitów: czy to ta Ameryka, która była naszym marzeniem?

Książka Alka wyjdzie dopiero pod koniec września. 


I trzecie. „Klub książki CIA. Najpilniej strzeżona tajemnica zimnej wojny” Charliego Englisha (Prószyński i S-ka, 2026) To książka o podziemnym ruchu wydawniczym w Polsce. Z jednej strony opisuje jak ten ruch był tworzony i funkcjonował w Polsce, z drugiej o akcjach CIA, które wspierały niezależny w Polsce. O ile pierwsza część jest mi dość dobrze znana, to druga część raczej słabo. Jest to chyba jedyna taka książka na rynku polskim, która szczegółowo opisuje sposób finansowania ruchu wydawniczego w Polsce. No i zawsze to miło, gdy obcokrajowiec, w tym wypadku Brytyjczyk, pisze o nas dobrze, a nawet się nami zachwyca. English stawia w swojej książce karkołomną teze, że komunizm upadł dzięki książką. Ludzie je czytali i przejrzeli na oczy. Teza jest mocno naciągana, ale co tam, brzmi imponująco, że my Polacy, z których 2/3 według badań czytelnictwa nie bierze obecnie książki do ręki, byliśmy kiedyś tacy oczytani.

Małgorzata Majewska

Atakuje mnie od razu pierwszym zdaniem: „zaczęło się około drugiej w nocy od żałosnego skowytu psów”. A potem jest jeszcze gęściej. Ale to tylko opisy – myślę. Pozwalają mi pozostać w roli czytelniczki-obserwatorki. Nie angażują do trzeciej strony i zdania: „dzieliło ich pół godziny rejsu wodolotem – akurat tyle, żeby dodać smaku każdemu spotkaniu”. I już jest po mnie. Głosy z głębi Paolo Rumiza (Znak Literanova 2026) wciągają w otchłań własnych doświadczeń. Nie pozwalają po prostu czytać. Zmuszają do pytań, jak to u mnie i ze mną jest. Męczą spotkaniem z sobą samą. Ale potem dają poczucie odkrycia w sobie nowych obszarów: i to tych emocjonalnych, i dosłownych. Bo po tej książce żadna podróż już nie będzie taka sama.

Izabela Barry

Mam słabość do książek wspomnieniowych, pod warunkiem, że autor nie próbuje mi wmówić, iż jako siedmiolatek rozumiał geopolitykę, stalinizm i skomplikowane stosunki polsko-żydowskie. Maciej Hen na szczęście tego nie robi. W „Tratwie z pomarańczami” (Filtry, 2025) pozwala dziecku być dzieckiem, a potem nastolatkowi – nastolatkiem: ciekawym, zachłannym na świat, naiwnym, śmiesznym, czasem nieznośnym, stopniowo odkrywającym również własną seksualność.

Spotykamy się więc w powojennej Warszawie, w domu pisarza Józefa Hena. Są rodzice, szkoła, podwórko, książki, muzyka, pierwsze fascynacje i cały katalog drobnych rzeczy, które po kilkudziesięciu latach trwają w pamięci wyraźniej od rzeczy rzekomo ważnych. Są także pierwsze erotyczne doświadczenia, opisane z dużą szczerością i bez szczególnej pruderii, w jakiś sposób rozczulające. Hen nie robi z młodzieńczego erotyzmu ani wielkiego dramatu, ani romantycznego wtajemniczenia. Jest ciekawość ciała, pożądanie, skrępowanie, nieporadność i trochę komizmu. Krótko mówiąc – dojrzewanie bez retuszu.

I właśnie to wydaje mi się w tej książce ważne. Hen nie konstruuje autobiografii wyłącznie z wydarzeń, które po latach uznano za historycznie istotne. Życie przecież nie wie, że właśnie uczestniczy w Historii. Człowiek zakochuje się, słucha muzyki, czyta książki, odkrywa seks, kłóci się z rodzicami i przeżywa własne małe katastrofy, podczas gdy gdzieś obok przygotowuje się katastrofa znacznie większa.

Bo Historia – jak to Historia – w końcu upomina się o swoje. Jest pamięć Zagłady, jest świadomość żydowskiego pochodzenia, jest antysemityzm i wreszcie Marzec ’68. To, co polityczne, coraz bardziej bezceremonialnie, by nie powiedzieć – po chamsku i bez skrupułów -wchodzi w przestrzeń prywatną.

Ale Maciej Hen nie oddaje Historii całego swojego dzieciństwa i młodości. I może właśnie dlatego tak dobrze działa tytułowa tratwa.

Tratwa to przecież szczególny środek transportu. Nie wybiera się jej wtedy, kiedy morze jest spokojne i można wygodnie podróżować statkiem. Tratwę skleca się z tego, co akurat jest pod ręką, kiedy trzeba utrzymać się na powierzchni. W świecie autora taką tratwą staje się rodzina, ale także język, książki, muzyka, poczucie humoru, erotyczne przebudzenie, ciekawość świata i pamięć najdrobniejszych szczegółów. Wszystko to, co wobec wielkiej Historii może wydawać się błahe, okazuje się materiałem ratunkowym.

A pomarańcze? Jestem przekonana, że są czymś więcej niż efektownym dodatkiem do tytułu. Przywołują kolor, smak, zapach, konkret zmysłowego doświadczenia. W szarości powojennej rzeczywistości pomarańcza była czymś szczególnym, niemal egzotycznym (ach, ja sama też to pamiętam!).  Pomarańcza, pachnąca, o niezwykłym, prawie niespotykanym w polskiej przyrodzie kolorze – świetnie pasuje do sposobu, w jaki działa pamięć Hena: nie przechowuje przeszłości w równych, ponumerowanych pudełkach. Zachowuje smak, piosenkę, twarz, dotyk, zdanie usłyszane przed kilkudziesięciu laty w czuły, liryczny i pieczołowity sposób.

Dlatego „tratwę” można (a może nawet należy) rozumieć również jako samą pamięć. Jest niedoskonała, sklecona z fragmentów, czasem czegoś na niej brakuje, czasem jakiś szczegół okazuje się podejrzanie wyraźny. Ale to ona przenosi nas przez czas. Hen nie rekonstruuje przeszłości jak historyk. Raczej wyławia z niej to, co jeszcze unosi się na powierzchni.

Bardzo podoba mi się ta niepozorność tytułowej metafory. To nie arka, która ma ocalić świat, nie okręt płynący ku wielkiemu przeznaczeniu, nawet nie porządna łódź. Tratwa – coś kruchego, prowizorycznego i trochę absurdalnego. Coś, co wbrew wszystkiemu – jednak płynie.

Może właśnie o tym jest ta książka. Nie o tym, jak pokonać Historię – bo pojedynczy człowiek raczej jej nie pokonuje – lecz jak nie pozwolić zagarnąć jej własnego życia. Jak ocalić prywatną pamięć przed oficjalną narracją… jak zachować smak, zapach, śmiech, pożądanie, muzykę i twarze bliskich, kiedy wokół szaleją ideologie i polityka.

Zazwyczaj nie zapraszają nas w podróż transatlantykiem. Zazwyczaj musimy płynąć na tym, co udaje się zachować w zakamarkach pamięci, a potem jakoś sklecić w całość, powiązać miłością patyki i deseczki wspomnień. Dobrze, jeśli na tej chybotliwej powierzchni zostanie kilka pomarańczy.

Niedziela, 2 sierpnia

SPLOT, czyli o krainie mojego dzieciństwa

Nie miałam czasu, żeby napisać o tym wcześniej, ale nadrabiam tę zaległość tak szybko, jak mogę. Mija miesiąc od zakończenia pierwszego trzydniowego święta – festiwalu w moim cudnym, ukochanym miasteczku na Dolnym Śląsku – Lubaniu. Nadano mu nazwę SPLOT i wierzę że wpisze się na stałe do kalendarza miasta, będzie trwało i rozwijało się. Dlaczego właśnie Splot? Zaraz wyjaśnię. Ale zanim do tego przejdę, pozwolę sobie na kilka osobistych wspomnień, bo Lubań dla mnie nigdy nie był tylko punktem na mapie. Był miejscem, które przez lata próbowałam od siebie oddalić, a które, jak się okazało, cały czas nosiłam w sobie.

Nie urodziłam się w Lubaniu. Przyjechałam tam jako dziecko, ba! jako niemowlę i wychowałam się pod czułym, uważnym okiem moich Dziadków oraz mojej wiecznie zapracowanej Mamy. To oni byli moim pierwszym domem, pierwszym poczuciem bezpieczeństwa i pierwszą lekcją tego, czym jest przywiązanie do miejsca. Ale jako nastolatka zupełnie tego nie rozumiałam.

Nie lubiłam Lubania. Wydawał mi się za mały, zbyt spokojny, zbyt przewidywalny. Marzyłam o wielkim świecie, o miastach, w których nikt mnie nie zna, gdzie można rozpocząć życie od nowa. Małe miasteczko, trochę zaniedbane, pełne wszechobecnych plotek, wydawało mi się przeciwieństwem wolności. Wiedziałam też, że każdy mój krok jest obserwowany, komentowany i zapamiętywany. Dość powiedzieć, że zanim doszłam na stary cmentarz, żeby całować się z K., moja Mama już wiedziała, gdzie byłam i z kim. Wtedy uważałam to za dowód prowincjonalności Lubania. Dzisiaj myślę o tym z uśmiechem – może nie było to tylko plotkowanie, ale także pewna forma troski, charakterystyczna dla miejsc, gdzie ludzie naprawdę się znają. Kiedy dostałam się na studia, obiecałam sobie, że do Lubania nigdy nie wrócę. How little did I know… – jak mówią Amerykanie. Jak niewiele wtedy wiedziałam o sobie i o tym, jak skomplikowane bywają nasze związki z miejscami, z których próbujemy uciec.

Los rzeczywiście spłatał mi figla. Zaczęłam to rozumieć dopiero wtedy, gdy po raz pierwszy po wyjeździe z Polski przyleciałam do kraju z Kanady, wiosną 1994 roku, aby dokończyć i obronić pracę magisterską. Wtedy zobaczyłam Lubań innymi oczami. Nie oczami zbuntowanej nastolatki, ale osoby, która poznała już smak oddalenia, tęsknoty i życia pomiędzy dwoma światami. Od tamtej pory coraz częściej wracała do mnie myśl o powrocie. Bo może domem nie zawsze jest miejsce, które wybieramy. Czasem domem staje się miejsce, które wybiera nas.

Lubań ma wyjątkowe położenie. Leży w południowo-zachodnim zakątku Polski, na styku historii, kultur i dawnych szlaków. Kiedy opowiadam o nim znajomym, zawsze zaczynam od geografii – bo jest to jeden z tych niewielkich punktów na mapie, które okazują się niezwykle blisko wielkiego świata. Do Wrocławia można dziś dojechać wygodnie w około półtorej godziny. Praga, Berlin, Drezno, nawet Wiedeń – miasta należące do europejskiego kręgu kultury i historii – są niemal na wyciągnięcie ręki. Szklarska Poręba i Karpacz znajdują się tuż obok. Kilka lat temu z córką dotarłyśmy samochodem do Werony w osiem godzin. Z Lubania naprawdę wszędzie jest blisko. A w pogodny dzień z Kamiennej Góry widać łańcuch Sudetów.

Lubań sam w sobie nigdy nie był tylko przystankiem po drodze. To miasto ma własną opowieść, historię zapisaną w murach, ulicach i ludzkiej pamięci. Kiedy przypadkowy przybysz po raz pierwszy spaceruje po Rynku, spogląda na Wieżę Bracką, średniowieczne mury czy stare kamienice, poczuje, jeśli tylko zechce, obecność tych wszystkich ludzi, którzy byli tu przed nami: kupców, rzemieślników, tkaczy, żołnierzy, rodzin, które rodziły się tutaj, żyły, radowały się, cierpiały i odchodziły.

Historia Lubania rozpoczęła się w pierwszej połowie XIII wieku, na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych prowadzących ze Śląska do Saksonii i Czech. To położenie było błogosławieństwem, ale czasem także przekleństwem. Przez miasto przechodziły towary, idee i ludzie, ale przechodziły też – w tę i z powrotem – całe armie.

Największym bogactwem Lubania przez wieki nie było jednak złoto ani kosztowności. Był nim len i ludzkie ręce. Przez setki lat miasto żyło rytmem pracy tkaczy. W domach od świtu rozbrzmiewał stukot krosien. Pokolenia mieszkańców cierpliwie zamieniały cienkie włókna lnu w płótna, które później trafiały daleko poza granice miasta. Każda nić była efektem ludzkiej pracy, cierpliwości i umiejętności.

Los i historia nie oszczędzały Lubania. Miasto przeżywało wojny, pożary i epidemie. Za każdym razem mieszkańcy musieli zaczynać od nowa. Najbardziej dramatycznym momentem była końcówka II wojny światowej. Bitwa o Lubań, trwająca od 16 lutego do 8 marca 1945 roku, była jedną z ostatnich większych operacji zakończonych taktycznym sukcesem Wehrmachtu. Niemcy odzyskali miasto po kontrataku przeciwko Armii Czerwonej, ale nie mogło to już zmienić losów wojny. Cena była ogromna – około 60 procent zabudowy Lubania zostało zniszczone.

A potem przyszli nowi mieszkańcy. Ludzie, którzy sami stracili swoje domy, swoje miasta i swoje dawne życie. Przywieźli ze sobą walizki i skrzynie, a w nich pierzyny, święte obrazki, kilka garnków, rodzinne fotografie, wspomnienia i nadzieję. Wśród nich byli moi Dziadkowie, którzy jesienią 1945 roku przybyli tutaj w bydlęcym wagonie z ukochanego Wołynia.

Za mająteczek zostawiony na Wschodzie dostali połówkę niewielkiego domu u podnóża Kamiennej Góry – wzgórza wchodzącego w skład Wzgórz Zalipańskich, zbudowanego głównie z bazaltu, który przypomina o odległej przeszłości geologicznej tego miejsca i czasach, gdy działały tu wulkany.

Ten dom stał się naszym rodzinnym SPLOTEM – miejscem, gdzie połączyły się historie ludzi wysiedlonych ze Wschodu i miasta opuszczonego przez dawnych mieszkańców…

W XIX wieku do dawnej tradycji tkackiej Lubania dołączył kolejny rozdział – epoka przemysłu. Miasto, które przez stulecia żyło z pracy rąk pojedynczych rzemieślników, zaczęło zmieniać swoje oblicze. Obok małych warsztatów pojawiły się większe zakłady, przędzalnie i tkalnie, a rytm miasta zaczął wyznaczać nie tylko stukot domowych krosien, ale także odgłosy fabrycznych maszyn.

Kominy zakładów przemysłowych na dziesięciolecia wpisały się w panoramę Lubania. Dawały ludziom pracę, poczucie stabilizacji i dumę z tego, że ich miasto ma znaczenie. Wyroby z lubańskich krosien trafiały na rynki całych Niemiec i Europy. Do dziś zachowało się powiedzenie, że Lubań “wycierał nosy całej Europie” – bo jednym z ważnych produktów były bawełniane chusteczki do nosa.

To zdanie, pozornie żartobliwe, kryje w sobie coś ważnego. Przypomina, że historia małych miast często jest historią rzeczy codziennych. Nie wielkich bitew i nazwisk zapisanych w podręcznikach, ale zwykłej pracy tysięcy ludzi. Ludzi, którzy każdego dnia wstawali rano, szli do fabryk i warsztatów, aby tworzyć coś, co później trafiało w świat. Dzisiaj po wielu dawnych zakładach pozostały już tylko nieliczne budynki, wspomnienia i fotografie. Ale te miejsca wciąż przypominają, że Lubań nie był nigdy jedynie małym prowincjonalnym miasteczkiem. Był ważnym ośrodkiem rzemiosła i przemysłu Dolnych Łużyc, miejscem, gdzie praca ludzkich rąk miała swoją wartość i godność.

Także mój rodzinny dom jest częścią tej historii. Budynek, który w 1945 roku zajęli moi Dziadkowie, powstał w okresie niemieckiego boomu gospodarczego lat trzydziestych XX wieku. Jest jednym z dwunastu bliźniaczych domów położonych nad wąwozem, przez który przebiega linia kolejowa. Był to kompleks budowany z myślą o kolejarzach – praktyczny, prosty, tworzony bardziej z potrzeby chwili i z energii Hitlera budującego popularność, niż z myślą o architektonicznej elegancji.

Drzwi drugiej części domu były zaryglowane i wisiała na nich kartka: „Tu mieszka szewc”. Szewc jednak nigdy się nie pojawił. Być może znalazł inne miejsce, być może los zdecydował inaczej. Więc Dziadek zdjął krzywo zapisaną kartkę i zgłosił w PUR – Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym, że syn, Władysław, mój przyszły wuj, wraca z wojny i jako żołnierz II Armii Wojska Polskiego, będzie musiał gdzieś zamieszkać. PUR nie zgłaszał sprzeciwu. Dom, jak wiele budynków z tamtych czasów, miał swoje niedoskonałości: krzywe ściany, które były prawdziwym przekleństwem, kiedy modne stały się tapety, niewielką namiastkę łazienki z kotłem do gotowania bielizny i żeliwną wanną, brak bieżącej ciepłej wody, piec w kuchni, w którym trzeba było palić węglem, aby ugotować obiad i ogrzać wszystkie pomieszczenia.

A jednak był domem.

To właśnie w nim odbywały się rodzinne rozmowy, święta, toczyły się zwyczajne dni i niezwyczajne chwile. To w nim moi Dziadkowie zaczynali nowe życie po utracie Wołynia. To w jego ścianach splatały się dwie historie – historia ludzi wysiedlonych ze Wschodu i historia miasta, które samo musiało odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Dom, podpiwniczony i ze sporym strychem miał też swoje tajemnice: poutykane w zakamarkach niemieckie magazyny filmowe, porzucone w piwnicy pudło z pięknym rosenthalem, a podczas remontu, który w latach sześćdziesiątych przeprowadziła Mama, robotnicy znaleźli dwa granaty – świadectwo wojny, która zostawiła swoje ślady niemal wszędzie.

Dzisiaj powoli remontuję dom na nowo. Ma już nowy dach, nowoczesne ogrzewanie i normalną łazienkę, choć ta ostatnia znowu zaczyna domagać się remontu. Dom zmienia się razem ze mną. Powoli przygotowuję go na mój powrót. Może właśnie dlatego tak trudno mi dziś powiedzieć, że kiedyś chciałam z Lubania uciec. Bo miejsce, przed którym uciekamy, czasem okazuje się miejscem, do którego najbardziej chcemy wrócić.

Spacerując ulicami Lubania widzę nie tylko relikty przeszłości. Widzę ludzi. Widzę tych, którzy przez wieki budowali to miasto, tych, którzy podnosili je z ruin po kolejnych tragediach, tych, którzy po 1945 roku przyjechali tutaj z różnych stron Polski i próbowali stworzyć nowe życie.

Wieża Bracka, Dom Solny, stare kamienice i fragmenty murów miejskich to nie tylko lokalne ciekawostki. To świadkowie, milczące kroniki zapisane w kamieniu. Na jednej z zabytkowych budowli można dostrzec tajemniczy napis MDCCLXXI – rok 1771 zapisany cyframi rzymskimi. Drobny szczegół, który dla przechodnia może być niezauważalny, ale dla uważnego obserwatora staje się zaproszeniem do rozmowy z przeszłością. Każde stare miasto ma swoje ukryte historie. Trzeba tylko nauczyć się słuchać.

Na lubańskim Rynku znajdują się tablice upamiętniające postaci, które na chwilę zatrzymały się w dziejach miasta. Był tu Napoleon, uciekający przed wojskami księcia Michaiła Kutuzowa. Był car Aleksander I. Był również Joseph Goebbels – ale historii nie trzeba zawsze honorować. Czasem wystarczy ją pamiętać.

Swoje miejsce w pamięci Lubania zdecydowanie zasługują natomiast ludzie kultury. Tak jak aktor Włodzimierz Boruński, który zaraz po wojnie stworzył tutaj teatr Siódme Niebo” czy Feliks Netz – poeta, prozaik i krytyk literacki, który spędził w Lubaniu dziesięć lat swojego życia.

Miast nie tworzą tylko budynki. Tworzą je ludzie, którzy zostawiają w nich cząstkę siebie.

Zanim pojawił się SPLOT, Lubań miał już swoją muzyczną tradycję. Przez lata ważnym elementem życia miasta była LAWA – Muzyczne Dni Lubania, wydarzenie, które na wiele lat wpisało się w kalendarz mieszkańców. To właśnie takie imprezy sprawiają, że miasto przestaje być tylko zbiorem ulic, domów i zabytków, a zaczyna być miejscem wspólnych przeżyć.

Pamiętam, że dla wielu mieszkańców LAWA była czymś więcej niż tylko serią koncertów. Była letnim świętem, momentem, kiedy miasto ożywało, kiedy ludzie wychodzili z domów, spotykali znajomych, słuchali muzyki i na chwilę odkładali codzienne troski. W małym mieście takie wydarzenia mają szczególną moc – nie chodzi tylko o nazwiska artystów na scenie, ale o poczucie, że wszyscy jesteśmy częścią czegoś wspólnego.

Muzyka ma niezwykłą zdolność łączenia ludzi ponad pokoleniami. Ci, którzy pamiętali dawne koncerty, spotykali się z młodszymi mieszkańcami, dla których scena w Rynku była symbolem współczesnego Lubania. Wspomnienia mieszały się z nowymi doświadczeniami – tak jak w prawdziwym splocie, gdzie każda nić pozostaje sobą, ale dopiero razem tworzą całość. LAWA była więc jednym z tych miejsc, gdzie można było zobaczyć, że Lubań nie jest miastem zatrzymanym w przeszłości. Że oprócz historii zapisanej w murach, starych fabrykach i rodzinnych opowieściach istnieje także teraźniejszość – głośna, kolorowa i pełna energii.

Dlatego SPLOT wydaje się naturalnym kolejnym rozdziałem tej historii. Nie zastępuje tego, co było wcześniej, lecz splata wcześniejsze doświadczenia z nowymi pomysłami. Tak jak dawne krosna nie przestały być symbolem Lubania, tak i muzyczne tradycje miasta pozostają częścią jego tożsamości.

LAWA była jedną z nici. SPLOT zebrał ich jeszcze więcej.

Ale wróćmy do SPLOTU.

Trudno byłoby znaleźć nazwę lepiej pasującą do Lubania. Splot – w najprostszym znaczeniu – to sposób, w jaki nitki osnowy i wątku przeplatają się ze sobą, tworząc tkaninę. Pojedyncza nić jest delikatna, łatwa do zerwania. Dopiero połączone razem tworzą coś trwałego, coś, co może przetrwać lata. Czyż nie tak właśnie powstają miasta? Nie z samych murów, ulic i budynków, ale z ludzkich historii. Z tysięcy pojedynczych losów, które czasem biegną równolegle, czasem się krzyżują, a czasem zupełnie niespodziewanie splatają.

Lubań jest właśnie takim splotem. To splot dawnych mieszkańców i nowych osadników: splot historii niemieckiej, polskiej, łużyckiej i kresowej. Splot ludzi, którzy urodzili się tutaj, i tych, którzy – jak moi Dziadkowie – przybyli z daleka, niosąc ze sobą pamięć utraconych domów.

To splot przeszłości i przyszłości – średniowiecznych murów i nowoczesnego miasta, dawnych krosien tkackich i dzisiejszej sceny koncertowej, wspomnień starszych mieszkańców i marzeń młodego pokolenia.

Moja własna historia także jest częścią tego splotu.

Przez wiele lat myślałam, że Lubań jest miejscem, z którego trzeba wyjechać, aby zobaczyć świat. Dzisiaj wiem, że czasem trzeba wyjechać bardzo daleko, żeby naprawdę zobaczyć miejsce, z którego się pochodzi.

Moje życie również utkało się z wielu nici. Z dzieciństwa spędzonego w Lubaniu, z polskiej kultury i języka, z lat spędzonych w Kanadzie, z nowego życia w Ameryce, z ludzi, których spotkałam po drodze, z miejsc, które mnie ukształtowały. Ale jedna z tych nici zawsze prowadziła z powrotem tutaj – do Lubania.

Dlatego tak bardzo ucieszyła mnie nazwa SPLOT. Jest w niej coś więcej niż tylko pomysł na wydarzenie kulturalne. Jest w niej zrozumienie tego, czym naprawdę jest miasto. Miasto to nie muzeum. To nie tylko zbiór zabytków i dat zapisanych w kronikach. Miasto żyje wtedy, kiedy ludzie czują, że jest ich wspólnym miejscem, kiedy wychodzą z domów, spotykają się, rozmawiają, śmieją się, słuchają muzyki i razem tworzą nowe wspomnienia.

I właśnie to zobaczyłam na zdjęciach z pierwszego SPLOTU – roześmianych ludzie spacerujących po Rynku, rodziny uczestniczące w warsztatach, mieszkańców spotykających się nie tylko jako sąsiedzi, ale jako wspólnota. Tu było wszystko, czego potrzeba ludziom: muzyka, rozmowy, dziecięcy gwar i ta niezwykła energia, która pojawia się wtedy, gdy miasto na chwilę przestaje być tylko miejscem zamieszkania, a staje się domem.

Żałuję, że mnie tam nie było.

Ale może tak miało być. Może potrzebowałam zobaczyć to z pewnego oddalenia – tak jak kiedyś potrzebowałam wyjechać z Lubania, aby móc do niego wrócić.

Może za rok będę tam już osobiście.

Nie: może. Na pewno.

Bo domy, podobnie jak ludzie, czasem długo czekają na powrót.

Trzydniowa impreza, która połączyła mieszkańców i przyciągnęła gości z innych miejscowości, jest dowodem na to, że Lubań żyje. Że miasto, które tyle razy musiało zaczynać od nowa, nadal ma w sobie energię, pomysłowość i siłę. To ogromna zasługa wielu osób – organizatorów, pracowników instytucji kultury, artystów, wolontariuszy i mieszkańców, którzy zechcieli być częścią tego wydarzenia. Każdy z nich dołożył swoją nić. I właśnie z tych nici powstał SPLOT.

SPLOT, czyli święto miasta, ludzi, pamięci i przyszłości.

Bo Lubań, podobnie jak każda dobra tkanina, nie składa się z jednej nici. Jest piękny dlatego, że jest utkany z wielu.


ŁUŻYCKIEMU CENTRUM ROZWOJU I PANU TOMASZOWI BERNACKIEMU DZIEKUJĘ ZA POZWOLENIE NA UŻYCIE ZDJĘĆ. ORGANIZATOROM WYDARZENIA SKŁADAM Z ODDALI WIELKIE GRATULACJE.

Poniedziałek, 17 listopada 2025

Rozmowa z Billem Johnstonem

Już za kilka dni w Center for Brooklyn History spotkamy się z Billem Johnstonem, jednym z głównych tłumaczy literatury polskiej na język angielski https://www.bklynlibrary.org/calendar/bill-johnston-and-will-center-for-brooklyn-20251120-0700pm. Rozmowa będzie dotyczyć powieści Wiesława Myśliwskiego “Ucho igielne”, która dosłownie kilka dni temu ukazała się w przekładzie na język angielski nakładem wydawnictwa Archipelago Books. To przypomniało mi to, że kilka lat temu przeprowadziłam z Billem rozmowę, która wówczas została opublikowana na łamach Nowego Dziennika. Przypominam ją tutaj po polsku i po angielsku, zachęcając jednocześnie do przyjścia na spotkanie z tłumaczem.

Wspomniał Pan, że w Archipelago ukaże się wkrótce nowa książka. Co to będzie?

Pracuję jednocześnie nad wieloma rzeczami, ale do wydania przygotowuję nową powieść Magdaleny Tulli „Skaza”. W Polsce została wydana w ubiegłym roku, a jeszcze w tym ukaże się jej angielski przekład.

Wspominał Pan ongiś także o Myśliwskim i Odojewskim. Czy tłumaczenie tych pisarzy także ma Pan w planach?

Bardzo cenię obu tych pisarzy i chętnie bym ich przyswoił językowi angielskiemu, ale jest ta trudność, że obydwaj piszą długie książki. Niestety, jest to poważne praktyczne ograniczenie, wpływające w Ameryce na decyzję o wydaniu takiego czy innego tytułu. Jest po prostu trudno wydać grubą książkę. Bardzo jednak chciałbym przetłumaczyć choćby „Kamień na kamieniu” Myśliwskiego i dalej o tym myślę.

Tłumaczy Pan i poezję i prozę. Mówi się, że dobry przekład poetycki może wyjść tylko spod pióra poety. Czy jest Pan poetą?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie (śmiech). Piszę wiersze, ale niespecjalnie publikuję, tak więc nie bardzo wiem, czy jestem poetą czy nie. Powiedzmy, że nim bywam (śmiech).

Patrząc na poezję Tadeusza Różewicza z filologicznego czy też translatorskiego punktu widzenia, wydaje się ona jednocześnie i łatwą i trudną jako przedmiot tłumaczenia. Jednocześnie trzeba chyba lubić to, co się tłumaczy. Co polubił Pan w poezji Różewicza?

Jestem filologiem, językoznawcą i szukając poezji do tłumaczenia, wybierając poezję, którą chciałbym tłumaczyć przede wszystkim zwracam uwagę na język. Język Różewicza zawsze był dla mnie czymś pięknym: jego prostota, klarowność są dla tłumacza wyzwaniem.

Jeśli ktoś przypadkowo spojrzy na te wiersze i przeczyta na przykład opis noża leżącego na stole, pomyśli, że nie ma nic prostszego do przetłumaczenia. Tak naprawdę to jest to szalenie trudne; trzeba właśnie tak samo czysto i klarownie przekazać tę prostotę jaka jest w oryginale. A to nie jest łatwe. Nawet bardzo proste zdania wymagają wiele pracy, by oddać prawdziwie ich sens. U Różewicza od początku to właśnie mnie fascynowało.

Pracując nad przekładem wierszy ostatnio wydanych czytałem równocześnie jego wcześniejsze wiersze i coraz bardziej odkrywałem szacunek dla prawdy, odwagę moralną, które tam są zawarte. Na niedawnym spotkaniu poświęconym poezji Różewicza, na którym był obecny między innymi Edward Hirsch, mówiliśmy o tym, że Różewicz deklarując się jako ateista, pisze bezustannie o Bogu, o Chrystusie, o wierze. To sprawia, że w jego wierszach jest niesamowity wymiar duchowy.

Dla mnie jest to poeta, który obejmuje życie w całości. Uważam, że człowiek piszący w ten sposób o wierze mówi niezwykle ważne rzeczy; wyraża absolutny szacunek dla człowieka i wszystkiego, co człowiek robi. Nie zgadzam się z tym, że Różewicz to poeta pesymistyczny. To jest poeta walczący ze złem, które dostrzega w świecie, ale jest też otwarty, chcący rozumieć, przyjmować to, co widzi. W trakcie mojej pracy nad książką odkrywałem w tej pozornie prostej poezji coraz więcej głębi i mądrości.

A jak praktycznie przebiegała Pańska praca nad poezją Różewicza? Czy konsultował się Pan z nim w jej trakcie? Jak w ogóle pracuje Pan z autorami tłumaczonych przez siebie tekstów?

Bywa bardzo różnie. Znam wielu tłumaczy, którzy bardzo współpracują ze swoimi autorami, czasem nawet pomieszkują z nimi, pracują razem nad każdym słowem. Ja jakoś nie mam takich doświadczeń.

Wydaje mi się, że generalnie tłumaczeni przeze mnie pisarze czy poeci mają do mnie zaufanie. Zwróciłem się do Różewicza z kilkoma pytaniami, ale właściwie nie konsultowałem z nim moich przekładów. Myślę, że dość dobrze znam i język i kulturę polską i potrafię rozpoznać moment, kiedy czegoś nie rozumiem i wtedy właśnie zadaję pytania.

Tłumaczenie polega na odtworzeniu tekstu w innym jezyku i to jest już moje zadanie. Czy się to uda czy nie, to też jest moja albo zasługa, albo wina. Nie widzę szczególnej potrzeby, by konsultować się stale z autorem dla samego konsultowania. Jest pewien wyjątek – Magdalena Tulli, z którą prowadziłem dość ożywioną korespondencję, która tłumaczyła mi różne rzeczy, co czasem pomagało, a czasem nie.

Tacy autorzy jak Pilch, czy Stasiuk niespecjalnie przejmują się tym, co tłumacz robi z ich książkami. Może inaczej wygląda to w trakcie współpracy z młodszymi poetami. Pracowałem ostatnio nad wyborem wierszy Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego i z nim muszę dokonać pewnych rozmów. Jego poezja zawiera wiele bardzo osobistych momentów, których nie jestem w stanie bez jego pomocy przełożyć.

Jak Pan sądzi, jaka będzie percepcja tomu Różewicza w Pańskim przekładzie tutaj w Ameryce?

To jest bardzo ważne pytanie dla mnie, bo gdy się wydaje książkę chciałoby się, by ludzie ją czytali i jakoś rozumieli. Różewicz jest bardzo niesłusznie pomijany tu w Ameryce. Jego ostatnia książka wyszła wiele lat temu. Ludzie oczywiście czytają Miłosza, ostatnio ukazał się piękny tom Herberta w nowym tłumaczeniu. Bardzo bym chciał jednak, by Różewicz był szerzej czytany i rozpoznawany, bo to jest jednak bardzo inny głos, odmienny niż głos Herberta czy Szymborskiej.

Jest bardzo wielu czytelników Różewicza, którzy uważają, że to niedobrze iż od dawna go nie wydawano tutaj. Edward Hirsch, którego już wspominałem jest tutaj dobrym przykładem, on uwielbia Różewicza i bardzo go promuje.

Powodzenie „New Poems” zależy w dużym stopniu od tego, czy będą recenzje. Niedługo ma się również ukazać wybór wierszy Różewicza w tłumaczeniu Joanny Trzeciak. Nie znam dokładnej daty, ale wydanie tej książki powinno także przyczynić się do odświeżenia wiedzy o poecie w Ameryce.

Dla mnie jest to pisarz, który pod każdym względem wniósł niezwykle wiele nowego do literatury światowej, nie tylko polskiej i warto byłoby jego pisarstwo wciąż promować, sprawić by czytelnik amerykański czytał go i polubił. Oczywiście, Różewicz będzie czytany tu na swój sposób, bo w w jego wierszach, zwłaszcza tych najnowszych jest wiele odniesień do polskiej rzeczywistości, które tutaj nie w pełni mogą być odebrane, ale to nie szkodzi. Amerykanin będzie inaczej czytał wiersze Różewicza, ale jego poezja jest tak bogata i wielostronna, że i czytelnik tutejszy znajdzie tam wiele dla siebie.

Wroćmy jeszcze do tej niezwykłej różnorodności epok widocznej w Pańskiej pracy translatorskiej. To musi być niezwykle trudne poruszać się pomiędzy wiekami i różnymi gatunkami polszczyzny. Czy najpierw dokonuje Pan przekładu filologicznego i stara się go Pan upoetycznić, czy też ma Pan zupełnie inną metodę pracy?

Najskrajniejszym chyba przykładem tego, o co pani pyta jest „Odprawa posłów greckich”, nad którą właśnie skończyłem pracować. Ukaże się ona w małym wydawnictwie w Polsce jeszcze w tym roku.

Kiedy pracuję nad tekstem szukam od razu właściwej wersji angielskiej. Nie wierzę – zwłaszcza w takich przypadkach – w istnienie tłumaczenia dosłownego czy filologicznego. Literatura istnieje w języku, to nie jest tylko seria wyrazów czy zdań, forma to jest to, czym jest literatura. Od razu szukam wersji, która – mam nadzieję – zaistnieje w języku angielskim jako poezja. Czy tłumaczenie się uda, czy się spodoba, zależy w moim pojęciu od tego, czy tłumaczony wiersz będzie wierszem po angielsku.

Oczywiście, to wymaga wiele pracy, bo pierwsza wersja jest ani dobra, ani zła, jest zazwyczaj niczym. Trzeba dopiero nad nią pracować, żeby stworzyć tę prawdziwą wersję, przepełnioną poezją.

Trzeba pamiętać też, że język angielski jest ogromnie bogaty. Kocham swój język bardzo, jego zasoby są znacznie szersze i głębsze i bogatsze niż się wydaje. Współczesna literatura amerykańska działa przeważnie w bardzo wąskiej sferze języka. Niewielu jest autorów, takich jak choćby Thomas Pynchon, którzy są w pełni świadomi całości zasobów angielskiego. Ja tłumaczę zawsze na język współczesny, staram się wykorzystywać jego wszystkie możliwości, sięgać do najbardziej ukrytych jego pokładów. Pracuję tutaj w Ameryce, ale pochodzę z Anglii i to daje mi jakby dwie osobne drogi do operowania językiem angielskim w mojej pracy translatorskiej.

Ale napotyka Pan na pewno na wiele pułapek filologicznych; jak choćby to, że poezja polska oparta jest na ilości sylab a angielska na metrze, czy to, że w poezji polskiej do Oświecenia nie było rymów męskich. Jak Pan rozwiązuje takie problemy – pomija je Pan? Stara się zanglicyzować formę? Czy też próbuje Pan w jakiś sposób dopasować tę polską specyficzną formę do wymogów angielskiej poetyki?

Myślę, że trochę i jedno i drugie. Na przykład „Balladyna” jest napisana w większości jedenastozgłoskowcem, czasami przechodzącym w trzynastozgłoskowiec. Język angielski nie ma takich możliwości, by to oddać. Próbowałem stworzyć coś, co oddałoby tę wersyfikację, ale nie był to udany zabieg i to jest z pewnością wadą mojego tłumaczenia, że wiersz nie jest aż tak zróżnicowany.

Jeśli chodzi o rymy żeńskie i męskie, to skoro to funkcjonuje zupełnie inaczej po polsku niż po angielsku, to nie ma sensu bawić się w to, by znajdować tylko rymy żeńskie. Czasami używam tego, co nazywa się off rhyme czy half rhyme. Proszę pamiętać, że tłumaczę dla współczesnego czytelnika, który ma inne podejście do formy.

Z drugiej strony uważam, że współczesne tłumaczenie dodaje znów coś nowego do tych zasobów języka, o których już mówiłem. W „Odprawie posłów greckich” jest słynny trzeci chór, który dla czytelników współczesnych Kochanowskiemu był czymś zupełnie nowym. Odtworzyłem go w angielskim używając tej samej struktury co poeta, używając jako podstawy greki. Czy jest to udane, oceni czytelnik, ale próbowałem wnieść coś nowego do angielszczyzny. Oczywiście uznaję w moich działaniach granicę, tego co jest możliwe.

Oprócz pracy translatorskiej jest pan dyrektorem Polish Studies Center w Uniwersytecie Indiany. Na czym polega owo centrum?

To jest ośrodek naukowy, który istnieje już 30 lat, stworzony wspólnie z Uniwersytetem Warszawskim na zasadzie wzajemności, bo tam powstał American Studies Center, zresztą świetnie do dziś działający. Naszym głównym zadaniem jest promowanie naukowego zainteresowania polską kulturą, społeczeństwem, historią. Zajmujemy się organizowaniem konferencji naukowych, ostatnia jest poświęcona powojennym stosunkom polsko-niemieckim z udziałem ambasadora Reitera, Adama Michnika, Przemysława Czaplińskiego i Marka Zalewskiego, żeby wspomnieć tylko kilka nazwisk.

Organizujemy też wykłady, sesje naukowe, imprezy kulturalne. Działamy też na poziomie towarzyskim, ale to naturalne tam, gdzie jest spore środowisko polskie. Głównie jednak zajmujemy się działalnością naukowo- kulturalną. Nie prowadzimy jednak działalności dydaktycznej.

Rozumiem, że intensywność pracy centrum zależy od budżetu…

Budżet mamy bardzo skromny, ale Indiana University ma wiele różnych możliwości ułatwiających naszą pracę. Działamy poprzez współpracę pomiędzy z różnymi ośrodkami i wydziałami w obrębie choćby tylko Indiana Uniwersity i to bardzo nam ułatwia nasze zadanie. Dostajemy też spore granty. Jesteśmy małym ośrodkiem, ja mam tylko dwóch asystentów, a mimo to robimy bardzo wiele, więcej niż powinniśmy móc, biorąc nasze rozmiary.

Rozmawiamy tu głównie o Pańskiej pracy translatorskiej i w Polish Studies Center, ale przecież Pana głównym zajęciem jest praca naukowa poświęcona teoretycznym zagadnieniom uczenia angielskiego jako drugiego języka. Co to jest „moral dimensions of language teaching”, bo tak brzmi temat Pańskich rozważań naukowych?

No tak, to już jest zupełnie z innej beczki (śmiech). Pracuję na dwóch wydziałach jednocześnie, na komparatystyce, gdzie zajmuję się przekładem literackim, ale też jestem w Second Language Studies. Edukacja jest dla mnie bardzo ważnym i złożonym zjawiskiem. Uważam, że nie polega ona jedynie na przekazywaniu informacji, ma ona także wymiar moralny. Chodzi tu o stosunek między nauczycielem a studentem, przekazywanie systemu wartości, wiary w to, że pewne rzeczy są ważne, że pewne działania czy pewne formy pracy są ważne i mają znaczenie moralne. Ja zajmuję się tym w sferze nauczania języków, bo taki jest mój zawód.

Dziękuję za rozmowę.

In just a few days at the Center for Brooklyn History, we will meet with Bill Johnston, one of the leading translators of Polish literature into English.
The conversation will focus on Wiesław Myśliwski’s novel Ucho igielne (The Eye of the Needle), which only a few days ago was published by Archipelago Books. This reminded me that several years ago I conducted an interview with Bill, which was then published in Nowy Dziennik. I am sharing it here again, in Polish and English, and I encourage you to attend the meeting with Bill.

We are meeting on the occasion of the publication by Archipelago Books of a volume titled New Poems, which contains the last three full poetry collections by Tadeusz Różewicz, published between 2001 and 2004. You came to New York for a promotional event held at Columbia University a few days ago. Archipelago Books has already published Gombrowicz in your translation. Is this the only publishing house you work with?

Oh no, certainly not the only one, but I’d say it’s the best among those I work with. They publish good books, and they publish them beautifully and very carefully. And what’s equally important—they promote them skillfully. The event you mentioned was organized by the publisher. Simply publishing a book is only half the battle; the crucial thing is to spark the reader’s interest.

Archipelago has so far published three books in my translation: Witold Gombrowicz’s Bacacay, and Magdalena Tulli’s Dreams and Stones and Moving Parts. Różewicz is the fourth, and I’m currently working on a fifth, which should also appear this year.

As for other publishers, I work with many. A few days ago, Harcourt published Andrzej Stasiuk’s novel Nine in my translation. Green Integer published Baczyński; Northwestern University Press—stories by Prus and Żeromski’s The Faithful River. Later this year, Central European University Press will publish Springtime (Przedwiośnie). And of course, there are several other projects submitted to other publishers.

It is an extraordinary effort, an enormous amount of work, and an unusually broad range of interests. Two years ago, in an interview for PP, you said you hoped to translate Słowacki’s Balladyna. Have you actually done it?

Yes, the work is finished, but Balladyna has not yet been published. Two years ago, at the English-language bookstore Massolit in Kraków, a public reading of the drama took place with Adam Zagajewski and Jerzy Illg among the participants. It was a great pleasure to hear the entire translation read aloud. I don’t have a publisher yet, but I’m looking patiently, and I hope to find one soon.

You mentioned that a new book will soon appear at Archipelago. What is it?

I’m working on several things at once, but for publication I am preparing Magdalena Tulli’s new novel Skaza. It came out in Poland last year, and its English translation will appear later this year.

You’ve talked before about Myśliwski and Odojewski. Do you also plan to translate these authors?

I value both writers very much and would gladly introduce them to English, but the difficulty is that both write long books. Unfortunately, this is a serious practical limitation that affects American publishing decisions. It is simply hard to publish a thick book. Still, I would very much like to translate Myśliwski’s Stone Upon Stone (Kamień na kamieniu), and I continue to think about it.

You translate both poetry and prose. It is often said that a good poetic translation can be produced only by a poet. Are you a poet?

I don’t know how to answer that (laughs). I write poems, but I rarely publish them, so I’m not sure whether I am a poet or not. Let’s say that sometimes I am one (laughs).

From a philological and translation perspective, Różewicz’s poetry seems both easy and difficult at the same time. One must also like what one translates. What did you come to like in Różewicz’s poetry?

I am a philologist, a linguist, and when looking for poetry to translate, I choose primarily based on language. Różewicz’s language has always been something beautiful to me: its simplicity and clarity are a challenge for the translator.

If someone glances at these poems and reads, for example, a description of a knife lying on a table, they may think there’s nothing simpler to translate. In reality, it is extremely difficult; one must convey the same purity and clarity found in the original. Even very simple sentences require a lot of work to express their true meaning.

Working on the newly published poems, I read his earlier works simultaneously, and I discovered more and more respect for truth, moral courage. At a recent poetry event attended by Edward Hirsch, we spoke about the fact that although Różewicz declares himself an atheist, he constantly writes about God, Christ, and faith. That gives his poetry a remarkable spiritual dimension.

To me he is a poet who embraces life in its entirety. I think that someone who writes about faith in this way expresses profound respect for the human being and for human actions. I don’t agree that Różewicz is a pessimistic poet. He fights against the evil he sees in the world, but he is also open, willing to understand and accept what he observes. Working on this book, I discovered more and more depth and wisdom in this seemingly simple poetry.

And how did your work on Różewicz’s poetry proceed in practice? Did you consult with him? How do you work with authors whose texts you translate?

It varies greatly. I know many translators who work very closely with their authors, sometimes even living with them and going over every word together. I have no such experiences.

The writers and poets I translate generally trust me. I asked Różewicz a few questions, but I did not really consult the translations with him. I think I know both the Polish language and culture well enough to recognize when I don’t understand something—and then I ask.

Translation is the recreation of a text in another language. Whether it succeeds is my responsibility. I see no need to consult with the author just for the sake of consulting. The exception is Magdalena Tulli, with whom I had lively correspondence; she explained things to me, sometimes helpfully, sometimes not.

Authors like Pilch or Stasiuk don’t particularly worry about what the translator does with their books. It may look different with younger poets. Recently I worked on a selection of poems by Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, and with him I must discuss certain things. His poetry contains many personal elements that I cannot translate without his help.

What do you think the reception of Różewicz’s volume in your translation will be here in America?

This is a very important question for me, because when you publish a book you want people to read and understand it. Różewicz is unjustly overlooked in America. His last book here came out many years ago. People read Miłosz, and a beautiful new volume of Herbert has just appeared. But I would very much like Różewicz to be read more widely, because he is a very different voice than Herbert or Szymborska.

There are many readers who think it’s unfortunate that he hasn’t been published here recently. Edward Hirsch, whom I already mentioned, is a good example—he loves Różewicz and promotes him enthusiastically.

The success of New Poems will depend largely on reviews. Soon another selection of Różewicz’s poems will appear in Joanna Trzeciak’s translation, which should also help revive interest.

To me he is a writer who contributed enormously to world literature, not just Polish literature. It is worth promoting him and helping American readers to discover and appreciate him. Of course, Americans will read him in their own way, because his poems—especially the most recent ones—contain many references to Polish reality that may not be fully accessible here. But that’s fine. His poetry is so rich and multifaceted that readers here will find plenty for themselves.

Let us return to the remarkable variety of periods visible in your translation work. It must be difficult to move between centuries and different varieties of Polish. Do you first make a literal translation and then “poeticize” it, or do you have a different method?

Perhaps the most extreme example of what you are asking about is The Dismissal of the Greek Envoys, which I just finished working on. It will come out this year in a small publishing house in Poland.

When I work on a text, I look right away for the proper English version. I don’t believe—especially in such cases—in literal or philological translation. Literature exists in language; it is not just a series of words or sentences. Form is what literature is. So I immediately look for a version that will live in English as poetry. The success of a translation depends on whether the translated poem becomes a poem in English.

The first version is neither good nor bad—it is usually nothing. One must work on it to create the real version, infused with poetry.

English is an enormously rich language. I love it deeply; its resources are much broader, deeper, richer than people assume. Contemporary American literature often operates in a narrow linguistic register. There are few writers like Thomas Pynchon who fully understand its scope. I always translate into contemporary English, trying to use all its possibilities, even the most hidden layers. I work here in America, but I come from England, so I have two separate pathways into the English language.

But you certainly encounter philological pitfalls—the fact that Polish poetry is based on syllable count while English poetry is metrical, or that Polish had no masculine rhymes before the Enlightenment. How do you deal with these issues? Do you ignore them? Anglicize the form? Try to adapt the Polish structure to English poetics?

A bit of both. Balladyna, for example, is written mostly in eleven-syllable lines, sometimes shifting into thirteen. English does not have the means to replicate that. I tried to create something that would reflect this versification, but it was not successful, and that is certainly a flaw of my translation—the verse is not as varied.

As for feminine and masculine rhymes, since they function completely differently in Polish and English, there is no point in forcing only feminine rhymes. Sometimes I use off-rhymes or half-rhymes. I am translating for the contemporary reader, who approaches form differently.

At the same time, I believe that a contemporary translation adds something new to the language. In The Dismissal of the Greek Envoys there is the famous Third Chorus, which was something entirely new for Kochanowski’s contemporaries. I recreated it in English using the same structure as the poet, using Greek as the base. Whether it succeeds, the reader will judge—but I tried to contribute something new to English. Of course, I recognize the limits of what is possible.

Apart from your translation work, you are also the director of the Polish Studies Center at Indiana University. What is the role of this center?

It is a research center that has existed for 30 years, created jointly with the University of Warsaw on a basis of reciprocity—there, an American Studies Center was established, and it functions very well to this day. Our main task is to promote scholarly interest in Polish culture, society, and history. We organize academic conferences—one of the most recent focused on postwar Polish-German relations, with Ambassador Reiter, Adam Michnik, Przemysław Czapliński, and Marek Zalewski, among others.

We also organize lectures, scholarly sessions, and cultural events. We engage socially as well, which is natural where there is a large Polish community, but our main work is scholarly and cultural. We do not conduct teaching.

I understand the intensity of the center’s work depends on the budget…

Our budget is modest, but Indiana University offers many resources that help our work. We function through collaboration with various departments and centers within the university, and this greatly helps. We also receive substantial grants. We are a small center—I have only two assistants—and yet we do a great deal, more than our size would suggest.

We have been talking mostly about your translation work and your role at the Polish Studies Center, but your main scholarly work concerns the theoretical issues of teaching English as a second language. What are the “moral dimensions of language teaching,” the subject of your research?

Ah yes, that is another topic entirely (laughs). I work in two departments—Comparative Literature, where I deal with literary translation, and Second Language Studies. Education is, to me, a very important and complex phenomenon. It is not only about conveying information; it also has a moral dimension. It concerns the relationship between teacher and student, the transmission of values, the belief that certain things matter, that certain forms of work have moral significance. I study this within the sphere of language teaching, because that is my field.

Thank you for the conversation.

Niedziela, 5 października

Uciec czortom

Wróciłam z prac komisji wyborczej, była trzecia nad ranem. Przewaga Trzaskowskiego nad Nawrockim wydawała się oczywista i niepodważalna. Szłam spać ze spokojnym sercem. Niedzielę spędziliśmy leniwie, najpierw wylegując się długo, a potem łażąc po muzeach i dopiero wieczorem dotarliśmy do domu. Zdejmowałam czarny t-shirt, kiedy moja lewa ręka zaczęła się dziwacznie zachowywać. Nie znałam takiego uczucia, nigdy wcześniej nic podobnego się nie zdarzyło. Przez chwilę pomyślałam, że to zmęczenie, które do rana minie. Coś jednak mówiło mi, że trzeba podnieść alarm. Michael od razu zorientował się, że coś jest na rzeczy.

– Sprawdzę, który szpital ma dyżur neurologiczny – powiedział – i pojedziemy zobaczyć, co się dzieje.

I od tego właściwie momentu już nic nie pamiętam. Ani tego, jak weszłam do szpitala (sama!), ani tego, o co mnie pytano. Obudziłam się po dziesięciu dniach dramatycznych snów, filmów z pogranicza horroru i kryminału. Jeden z nich pokazywał mnie na przejściu granicznym jakiegoś państwa. Jakiego? Nie wiem. Nie chcę doszukiwać się niepotrzebnej i na wyrost symboliki i choć odsuwam tę myśl to życie i śmierć nasuwają się same.

– Nie wpuścimy cię – upierał się pogranicznik. – Nie ma takiego imienia “Izabela” przez “z”. Izabela pisze się przez “s’.

– To nieprawda – podnosiłam głos. – W Polsce Izabela piszemy przez “z”. Sprawdźcie swoje rejestry, kalendarze, listy. Musi być przecież jakiś dowód! Z pewnością mieliście tu już takie osoby.

I ja też szukam tego dowodu, próbuję dotrzeć do swoich dokumentów, które udowodnią, że jestem kim jestem, ale wygląda na to, że moje ręce są przywiązane. Błagam o łyk wody, w nosie tkwi nieznośny kawalek plastyku. Jakimś sposobem uwalniam jedną rękę i wyszarpuję z nosa to świństwo. Jest to bolesne, ale udaje mi się. Przez moment oddycham swobodnie, dopóki ktoś (kto, na Boga?) spostrzega, co zrobiłam i już za chwilę plastykowy wężyk z odnóżami niepozwalającymi na wysunięcie się, na powrót tkwi w moim nosie, a ręka znów jest przywiązana. Wtedy zapadam w sen drugi. To, co widzę , to opowieści Babci. Sen przenosi mnie do małego domku nad Ikwą, w którym panuje zamieszanie i hałas. Dorośli pakują sprzęty, do drewnianych skrzyń wkładają garnki, blachy do pieczenia, żeliwne formy – te do mazurków, te do bab wielkanocnych. Dzieci są przerażone i nie wiedzą, co się dzieje. Nikt im nie wyjaśnił dziejowych zmian, wiedzą tylko, że mają gdzieś, daleko, jechać. Dorośli przeglądają każdą rzecz, każdy drobiazg, książki, zdjęcia, drobiazgi domowe, haftowane serwety i ciężkie prześcieradła. Są nawet rośliny w doniczkach, które potem przetrwają wiele lat w nowym świecie, w nowym życiu. Układają to wszystko w pudłach, coś się rozsypuje, coś brzęczy, coś tłucze. Potem widzę wysokiego blondyna, to brat mojej babci, Aleksander, Oleś. Pod osłoną nocy, tej ostatniej nocy, którą tam spędzają, wymyka się z domu i puka do drzwi sąsiedniego. Otwiera mu piękna dziewczyna. Nad szerokim czołem ma upięty warkocz, który rozsypuje się, kiedy Aleksander przyciąga ją do siebie i szepce do ucha:
-Jedź ze mną, jedź ze mną, moja jedyna.

A ona odwraca się, prowadzi go do środka i tam dosiada go, podając mu nabrzmiały, ciemny jak winne grono sutek i mówi te straszne słowa, które on będzie sobie nosił w sobie przez następne cztery dekady:

-Я не можу, я не можу, я не залишу батька й матір.

I nie mówi mu, że ma w sobie jego dziecko.

Kiedy to wszystko przesuwa się przed moimi oczami jak film nieznanego reżysera, gdzieś z tyłu głowy kołacze się przytomna myśl – dlaczego muszę na to patrzeć? Co i komu zrobiłam, że teraz, będąc nie wiadomo gdzie, leżąc ze skołtunionymi włosami, pokłuta i posiniaczona, prosząca o coś do picia i umierająca z pragnienia, widzę moją rodzinę opuszczającą swój dom, zamykającą po raz ostatni drzwi. Babcia chowa klucz pod doniczkę stojącą przed drzwiami. Kto i kiedy go wyjmie – nie wiadomo. Kto zamieszka w domku nad Ikwą, która toczy srebrne fale?

Na dworcu kolejowym czekają wiele godzin, Heniuś, który ma dopiero 12 lat nudzi się strasznie i chce do domu, którego już nie ma. Wandzia, starsza o rok, poważniejsza, już znalazła koleżanki i kawałkiem cegły wyrysowały kwadraty do gry w klasy. Jest ciekawa tego, co się wydarzy, ale rysująca się na horyzoncie ciężka sylwetka góry Bony, z ruinami zamku opadającymi w stronę urwiska, budzi w niej dziwny smutek. W końcu na stację wtacza się pociąg z wagonami jak dla przewozu zboża lub zwierząt i każdej rodzinie zostaje przydzielone miejsce. W niektórych wagonach jest ich kilka – zdążą się w ciągu najbliższych sześciu tygodni zaprzyjaźnić, zacieśnić już istniejące znajomości – Seńkowscy, Olaszewscy, Głowaccy… Będę ich potem odwiedzać z babcią, siedzieć pod fortepianami przywiezionymi “z domu”, na których od lat nikt nie zagrał, wdychać zapach zakurzonych kanap okrytych adamaszkowymi narzutami.

I teraz, kiedy ich nie ma od tylu, tylu lat, przychodzą do mnie, mam ich na wyciągnięcie ręki. Tak mało wiem, nie zdążyłam się wszystkiego dowiedzieć. Nie pytałam, nie byłam dość ciekawa. Nie wiedziałam, jak i o co pytać. Niosła mnie młodość, która ma ważniejsze sprawy, która nie chce się zatrzymywać przy rodzinnej martyrologii, która czuje za trzech ludzi i żyje potrójnie. Dziadkowie umarli już dawno, Mama odeszła cztery lata temu, ale nigdy, przenigdy, nie chciała mówić o tamtych czasach. A przecież już wszystko – jako trzynastolenia panienka – musiała zapamiętać. Nigdy niczego się od niej nie dowiedziałam, więc może to, co przychodzi teraz do mnie teraz, w tym pooperacyjnym zawieszeniu, pozwoli mi się jakoś do nich zbliżyć? A może oni mnie wołają do siebie?

Zatem widzę ich wszystkich, widzę też Olesia, do którego wiele dekad po rozstaniu przyjeżdża Anna, piękna jak dawniej pięknością ukraińskiej już nie молодіци, ale dojrzałej kobiety, w której wciąż tli się uczucie dla jasnowłosego Polaka. I wtedy on mówi:

-Nie chcę.

W moim śnie nie-śnie słyszę dźwięk policzka, który Anna mu wymierza, zanim wyjdzie z jego skromnego starokawalerskiego mieszkania. Ja o tym wszystkim dowiaduję się z szeptanych rozmów mamy i babci. Obie są oburzone i rozczarowane, a Oleś przestaje przychodzić do nas niedzielne obiady.

Potem scena się zmienia i przenoszę się w teraźniejszość. Przypominam sobie, że miałam komuś w czymś pomóc, w zrobieniu pilnego researchu. Opanowuje mnie obsesyjna myśl o tym, że muszę mieć telefon – teraz, natychmiast. Próbuję to powiedzieć, ale lewy policzek zaczyna drgać i tylko wydobywam z siebie nieartykułowane dźwięki. Pod wpływem myśli o niespełnionej obietnicy nagle otwieram oczy. Ktoś woła:

– She is alive!

Widzę nad sobą zatroskane twarze mojego męża i jego siostry. Nie bardzo rozumiem, co się dzieje, więc patrzę ze zdumieniem na białe ściany, żółtawe zasłony i moje ręce i nogi, mocno przytwierdzone do łóżka.

Mój mąż pochyla się nade mną i cierpliwie i spokojnie tłumaczy mi, co się stało:

– Nie martw się, czeka cię długie dochodzenie do siebie, ale wszytko będzie w porządku.

– Nie byłaś nieprzytomna – opowiada mi kilka dni potem. – Więc co? Byłam zawieszona pomiędzy pomiędzy życiem i śmiercią? Jak blisko byłam przekroczenia tej jedynej, ostatecznej granicy, której nie pozwolili mi w moim śnie przejść celnicy, bo uznali, że nie ma takiego imienia jak Izabela pisana przez “z”?

Michael jest przy mnie codziennie. Codziennie też przyjeżdża jego siostra, która pewnego dnia przywozi płyn do splątanych włosów i specjalną szczotkę i zaczyna żmudny proces rozczesywania wroniego gniazda, które mam na głowie. Będę jej za to wdzięczna do końca życia.

Jestem już na tyle silna, że przenoszą mnie do innej sali i zmieniają mi program dnia – pobudka o 6 rano, lekarstwa, pobieranie krwi, mierzenie ciśnienia, śniadanie, ustalone poprzedniego dnia. Jestem głodna jak wilk, więc kiedy – jako jedna pierwszych – przychodzi w odwiedziny Pani Beatka, bezczelnie domagam się tosta z serem. Potem pojawiają się inni goście – Ałła, Karolina z Danem i Adasiem, meksykański przyjaciel Piotrek, córka Michaela – Miriam, Chuck i Susan Fishmanowie, z Bostonu przyjeżdżają Katka i Noelle, jest Jacek z Małgosią, Agata i Anita, Ania i Andrzej (przywożą sernik – Boże, jak to smakuje!) Hania i David – to także dzięki nim, a nie tylko dzięki lekarzom, terapeutom i lekarstwom odzyskuję z dnia na dzień siły. Dostaję dziesiątki wiadomości i życzeń na parapecie pysznią się piękne kwiaty, ktoś przyniósł orchidee, ktoś inny nową Masłowską. Wygląda na to, że jestem najpopularniejszą pacjentką na oddziale – do nikogo nie przychodzą takie tłumy. W telefonie pojawiają się życzenia powrotu do zdrowia od osób mniej mi znanych, a także tych, z którymi nie zawsze łączyły mnie najlepsze stosunki. To jest klasa – myślę z uznaniem.

Ćwiczenia terapeutyczne są żmudne i nudne. Terapeutka od speech therapy zadaje mi pytanie:

– Poszłaś do 7/11 i kupiłaś colę za $1.70, paczkę czipsów za $3.90 i żelki za $2.20. Dałaś jej $10. Ile reszty dostałaś?

– W życiu nie kupiłabym coli ani czipsów – zgrywam się. – Żelki, no może. A poza tym takie rzeczy to ja obliczam w głowie na śniadanie.
Nie do końca spełniam tę zapowiedź, ale terapeutka i tak jest zadowolona. Umawiamy się, że będę wszystko zapisywać w kalendarzu, co i tak już od dawna robię. Potem przychodzi czas na fizjoterapię i wracam na górę totalnie wykończona.

Wciąż nie mam telefonu ani komputera, kiedy zmęczy mnie czytanie Masłowskiej wpatruję się w żółtawe zasłony, sprytnie umieszczone na szynach tak, że jeden pokój można podzielić na cztery mniejsze. Widzę, że są brudne, dawno nieprane. Chyba wracam do zdrowia, skoro moja głowa notuje takie rzeczy. Na siebie wolę nie patrzeć, jedynym pocieszeniem jest sprawdzanie umieszczonej w nogach łóżka wagi, z której wynika, że dziennie tracę ćwierć funta. Nie jest to najlepsza droga do doprowadzenia się do porządku w departamencie ciężaru ciała, ale dobre i to. Zresztą nie mam apetytu, z obrzydzeniem wybieram potrawy w menu i odsyłam ledwo napoczęte.

Kiedy wreszcie dostaję komputer, okazuje się, że wcale nie jest mi potrzebny. Obiecywałam sobie, że natychmiast zacznę pisać, tymczasem to jest trudne. Tak trudne, że odkładam laptop na stolik. Niech sobie tam leży bez otwierania, bo przypomina mi o mojej nieudolności, o niemożności zmuszenia mojego ciała, moich palców, do posłuszeństwa. Ale wciąż próbuję walczyć innymi sposobami. To tak jakbym walczyła o własną niezależność, wręcz o wolność, której ktoś chce mnie pozbawić. Postanawiam zatem wstać sama i przejść kilka kroków do umywalki, żeby umyć zęby. Ale łóżko jest tak zaprogramowane, że wystarczy, że spuszczę jedną nogę na podłogę, a już rozlega się ogłuszający alarm i za chwilę pojawia się siostra Ratched, a wraz z nią jej pomocnica. Te dziewczyny są bardzo pomocne, bardzo miłe, każda z nich ma Apple Watch, związane do tyłu włosy i serdeczny uśmiech na twarzy. I chyba u większości z nich ta serdeczność jest szczera. Co ważne, żadna z nich nie przekracza moich granic, żadna z nich nie nazywa mnie po imieniu, zamiast tego słyszę “Mrs. Barry” i to też pomaga mi w zwalczaniu uczucia bezsilności i poczucia zależności od innych.

Burke Rehab Center zbudowany jest w kształcie czworoboku. Zamknięty dziedziniec otoczony jest krużgankiem, a środek zajmuje olbrzymi trawnik, po którym skaczą zające, a w przekwitłych już rododendronach kryją się świstaki. Każdy dzień dla mnie tutaj to rzeczywiście “dzień świstaka”, ale to przecież dla mojego dobra – tak sobie to tłumaczę na wszystkie strony, jednocześnie czując wdzięczność dla wszystkich, którzy mnie ratowali i dla medycyny, która jest dla mnie niezwykłym, niepojętym cudem, którego nie rozumiem, ale uważam, że w moim życiu się wydarzył.


Zamknięta w Burke słyszę jak tam, na zewnątrz, toczy się życie. Michael przynosi na sobie zapach miasta i jego wibrujące dźwięki. Powinniśmy być gdzie indziej, robić co innego, pływać w przezroczystych wodach Zatoki Messeńskiej, może podpatrywać burzyki na zachodnim wybrzeżu Irlandii, a może po prostu doprowadzać do porządku mój polski dom.

Mieszają się we mnie wszystkie uczucia, żal za straconym latem i czasem, który jeszcze upłynie poza centrum zanim dojdę do siebie, za plażą, słońcem, winem. Postanawiam to wszystko jednak znosić z godnością, a straty uznać za urojone nieważne katastrofy, które nijak się mają do tego, co zyskałam, co mi zostało darowane.

Po miesiącu przebywania w ośrodku rehabilitacyjnym wreszcie pozwalają mi pójść do domu, a moja radość nie ma granic. Dziękuję wszystkim po kolei, doktorowi Mammadovovi, z którym przez miesiąc ćwiczyłam mój rosyjski wyjaśniam, co po polsku oznacza jego imię – Orkhan.

KIedy jedziemy do domu, świat wygląda zupełnie inaczej niż wtedy, gdy Michael wiózł mnie nocą i w pośpiechu do szpitala. Majowa delikatna, świeża seledynowa zieleń, którą zapamiętałam z ostatniego dnia przytomności zmieniła się w malachitową burzę, która spływa z drzew jak jęzory lawy. Jest gorąco i moim jedynym marzeniem jest natychmiast udać się na plażę. Michael szybko rozwiewa moje mrzonki. Żadnej plaży w tym roku, żadnego chodzenia po nierównym terenie. W domu zastaję chodzik, laskę i specjalne krzesełko do wanny. Brzeg dywanu także przyklejony jest do podłogi szeroką niebiedską taśmą. Stanowczo odmawiam używania chodzika i krzesełka. Nakładka na toaletę pozostaje nierozpakowana. Michael po paru dniach odeśle ją do producenta.

Dni płyną powoli, nie wolno mi się zbliżyć do kuchenki, wziąć do ręki noża. Mój cudowny mąż ma wszystko pod kontrolą – posiłki, lekarstwa o wyznaczonych porach, wizyty lekarskie, dowożenie na terapię. Ale widzę jego zmęczenie. Praca i zajmowanie się chorą osobą, która chwilami jest nieznośna to niezbyt wygodna sytuacja. Całe szczęście przesypiam większość dnia, przesypiam cały lipiec i pół sierpnia. We wrześniu będzie nieco lepiej.

Któregoś dnia, wkrótce po moim powrocie, jedziemy do miasta. Jest upał, półnagie dziewczyny biegną w tłumie, jest jasno i kolorowo. Przypominam sobie przebój Anny Jantar z 1974 roku “Tyle słońca w całym mieście” – piosenki, której słowa nie miały najmniejszego sensu, a którą śpiewała cała Polska. Nucę ją pod nosem całą drogę z Grand Central, gdy powoli i ostrożnie – ja posiłkując się laską – zmierzamy w okolice Carnegie Hall. Moja domowa doktor łapie się za głowę przeglądając papiery ze szpitala – widziała mnie miesiąc przed tym niefortunnym zdarzeniem i nic nie wskazywało na jakiekolwiek zagrożenie. Znów dziękuję Bogu za Michaela – wie o co i jak zapytać, jasno i logicznie i razem z Sharą układają plan wizyt u innych doktorów. Shara wypisuje też recepty, tych tabletek jest mnóstwo, o wiele za wiele. W domu pojawia się plastykowe pudełko z przegródkami na leki na każdy dzień tygodnia. Obiecuję sobie, że kiedy tylko przestanę brać te świństwa, które robią ze mnie zombie i od których zaczynają mi wypadać włosy, wyrzucę je do śmieci. Wyrzucę na pewno, żeby już nic nie przypominało mi o tej chwilowej – chcę wierzyć – niedyspozycji. Cóż, każdemu się przydarza, przydarzyło się i mnie.

Kiedy kilka tygodni po wyjściu ze szpitala stanowczo żądam plaży, Michael już nie protestuje. Wiezie mnie, dźwiga wszelkie bambetle – niebieski namiot, starą kołdrę, której od lat używamy do plażowych wypraw i jeszcze żółtą torbę z jedzeniem. Ale przedtem zamawiam w Bloomingdale’s czerwony kostium kąpielowy, który idealnie opina moją o wiele szczuplejszą niż kilka miesięcy temu sylwetkę. Kiedy lądujemy na brzegu, już nie idę, a biegnę do wody. Jest cudownym balsamem, wodą żywą, ambrozją, cudownym eliksirem, boskim nektarem. Nie mogę się nacieszyć szumem fal, gorącym piaskiem. To nie jest nudny krajobraz – co jakiś czas z Port Jefferson wypływa biały prom w kierunku Connecticut, by w połowie drogi minąć się z takim samym olbrzymim statkiem płynącym w przeciwnym kierunku. Małe stateczki i łódki niemal tłoczą się na wodach Long Island Sound. Jeszcze kilka tygodni i zostaną tylko wytrwali Azjaci, którzy będą przyjeżdżać tu na połów ryb i krabów. Siedzimy do zachodu słońca, a kiedy potem wracamy do samochodu, co kilka kroków oglądamy się za siebie i im bardziej oddalamy się od plaży, tym bardziej chcemy na niej pozostać. Nad rozlewiskiem, które dzieli nas od parkingu przelatują małe nietoperze, a słońce nie zważa na to, że nie ma właściwie słów na opisanie kolorów – karmin, karmazyn, szkarłat, bordo – to wszystko i tak nie jest właściwe i prawdziwe. Powoli niebo zalewa ciemniejące złoto. Nadchodzi zmierzch. Przypomina mi się przepiękna pieśń renesansowa Wacława z Szamotuł, którą kiedyś śpiewałam w małym zespole Con Amore. https://youtu.be/qY5lnV51PmY

Już się zmierzcha, nadchodzi noc

prośmy Boga o pomoc

aby On naszym stróżem był

od złych czartów nas obronił,

którzy najlepiej w ciemności

używają swej chytrości

Uciekamy do samochodu, zostawiając za sobą ciemniejące niebo, na którym pojawiają się pierwsze gwiazdy. Nie damy zaskoczyć się czartom.



Wtorek, 13 maja 2025

Kiedy myślę o P(olsce)

Tekstów zaczynających się od słów “Kiedy myślę o Polsce” albo “Kiedy myślę – Polska” są w sieci dziesiątki.  Bywają wiersze rozpoczynające się od tej frazy, są wypracowania uczniów, są poważne eseje, ba! w 2019 roku pod hasłem “Myśląc Polska” odbyła się konwencja programowa partii politycznej Prawo i Sprawiedliwość. Wiele w tych tekstach szumu – czasem skrzydeł orlich, a czasem husarskich, a także wiele w nich szumu medialnego, monotonnych litanii narzekań, pretensji i wzajemnych oskarżeń. Nie brakuje połamanych krzyży, żołnierskich hełmów błyszczących w słońcu, zwycięstw militarnych okupionych krwią i – rzecz jasna – nie brakuje Pana Boga, który zawsze stoi po naszej stronie. Są też bociany, złociste kłosy, mazurskie chaty i pochylone wierzby, czasem zdarza się i rozpłakane dziewczę, wszystko podlane sosem z mazurków Chopina. Jednym słowem – ojczyzna z landszaftu, patriotyczne monidło, nieznośny ersartz szkolnych czytanek i tromtadracja do sześcianu. Ale tak właśnie postanowiłam zatytułować moje refleksje – trochę na przekór, a może także trochę jako ostrzeżenie dla samej siebie, żeby nie popaść w sentymentalizm i łzawość.

Nie, nie wyśmiewam się, broń Boże. Każdy mówi o Polsce tak jak potrafi i na ile wystarcza mu wyobraźni. No właśnie – wyobraźni. Boję się, że nasze myślenie o Polsce jest często ograniczone smutnymi nakazami źle pojętego patriotyzmu, które nie pozwalają przekroczyć pokrytych pozłotkiem ram obrazków tyleż pięknych, co niekoniecznie prawdziwych. 

Polska, czyli kraj Polan to kraj rozległych pól, jezior i lasów, maków i bławatków i majaczącej na horyzoncie sylwetki Giewontu, gdzie w skalnych jaskiniach śpią zbrojni rycerze;  kraj, którego granice przesuwano w tę i z powrotem bez naszej – Polaków – zgody;  kraj różnorakich dialektów i gwar, które socjalistyczna urawniłowka postanowiła zniszczyć i prawie jej się to udało. To kraj, w którym na wschodzie  wszyscy się znają z dziada pradziada i kraj ziem zachodnich, gdzie jeszcze niedawno nikt nie naprawiał płotu, bo po co, skoro zaraz przyjdą Niemcy. To kraj lęków i niepokojów, tak trwale zapisanych w naszym kodzie genetycznym, że odżywają w każdym pokoleniu bez specjalnego wysiłku ze strony tych, którym zależy na tym, by te niepokoje nigdy nie gasły. Polska… kraj, na którego cmentarzach leżą nie tylko Polacy, ale i żołnierze obcych armii, bo tędy przetaczały się szlaki wojennych wypraw wschodnich i zachodnich mocarstw, które chętnie ten kraj traktowały jako szlak swoich podbojów. Tędy maszerowały setki tysięcy bezimiennych mężczyzn i kobiet w wojskowych szynelach, których guziki rdzewieją zagrzebane w ziemi. Owe groby w kraju, w którym śmierć jest fetyszem, a szacunek do niej świadczy o prawości człowieka niejednokrotnie stają się powodem karczemnych awantur o to, kto ma prawo tu spoczywać i kto ma prawo do pamięci. Wreszcie  – Polska – kraj, który wciąż istnieje, a mógł już zniknąć zupełnie kilka razy. 

 Polska to także – od zawsze – kraj ludzi ciężko pracujących, próbujących związać koniec z końcem, kraj byle jakiej niedoinwestowanej służby zdrowia, edukacji kiedyś podległej rosyjskiej propagandzie, potem wydanej na żer kościelnym hipokrytkom;  kraj wewnętrznych konfliktów, które zwykle nabierają rumieńców w obliczu historycznych zmian i konieczności podejmowania ważnych decyzji. Polska to kraj zmęczonych ludzi, którzy lubią wzajemnie się oskarżać o najgorsze zbrodnie, a w swojej frustracji nie raz popadają w absurdy rodem z filmowych komedii. Kraj, w którym wszystko, absolutnie wszystko – od miejsca urodzenia po końcówkę nazwiska ma polityczne znaczenie.  Dziwny kraj. Mój kraj.

Continue reading “Wtorek, 13 maja 2025”

2 kwietnia 2025

Powrót

Powoli schodzi mi z twarzy i z ramion meksykańska opalenizna, pewnie wyblaknie zupełnie, zanim zrobi się na tyle ciepło, żeby móc pojechać na plażę i znów pławić się w słońcu, zakładając oczywiście, że świat jest normalny, czyli wiosna będzie tylko wiosenna, a białe pantofle z odkrytymi noskami – zgodnie z amerykańską tradycją – włożymy dopiero po Memorial Day. Jak wiadomo jednak, nic już nie jest normalne i nie jest wykluczone, że już za tydzień czy dwa nastąpią prawdziwe nowojorskie lipcowe upały. Póki co, pogoda jednak nas nie rozpieszcza, co odczułam dość boleśnie, wybierając się do pracy w pierwszy dzień po naszym powrocie z wakacji, rozebrana jak do rosołu. Biegłam na stację, a potem z subwaya drobnymi kroczkami, usiłując dopiąć dżinsowy płaszczyk, który za cholerę nie chciał mnie ochronić przed zimnem. Za czapkę posłużyły mi słuchawki i zamiast słuchać Michała Żurawskiego, czytającego ostatni już rozdział nowej powieści Twardocha, słyszałam tylko dujący w nich wiatr. Greystone w dalszym ciągu było szare, niemal tak szare i brunatne jak dwa tygodnie temu, kiedy jechaliśmy na lotnisko. No, może gdzieś tam zamajaczyła w oddali delikatna zielonkawa koronka malutkich listków na jakimś krzewie i różowa obietnica kwiatów, ale wiosny wciąż ani widu ani słychu. Trzęsąc się z zimna wysiadłam przy muzeum i  dopiero na Grand Army Plaza nieco zwolniłam, bo właśnie zaczęło się tam żonkilowe szaleństwo. Co roku na wzgórkach otaczających rondo setki białych i soczyście żółtych kwiatów przedzierają się przez zeszłoroczne pokłady traw i liści i bezczelnie panoszą się, nic sobie nie robiąc z przenikliwego zimna. 

Continue reading “2 kwietnia 2025”

4 stycznia 2025

Książę. Czytajmy o Boyu. Czytajmy Boya.

Dziś skończyłam czytać jedną z najlepszych książek, które przeczytałam w 2024. Mowa tu o najnowszej książce Moniki Śliwińskiej, zatytułowanej “Książę. Biografia Tadeusza Boya -Żelenskiego”.  Ponad sześćset stron tej znakomicie napisanej opowieści okazało się wspaniałym przeżyciem i poznawczym, i emocjonalnym. Już samo otwarcie – mocne, wstrząsające – uświadamia tym, którzy tego nie wiedzieli czy nie pamiętali, że życie bohatera tej książki nie skończy się łagodną starością i powolnym znikaniem, że śmierć – zawsze tragiczna i zawsze abstrakcyjna dla najbliższych – tu miała wymiar trudny do określenia – wymiar nie straty jednostkowej lecz była kolejnym kresem świata polskiej kultury i nauki i zapowiedzią nadchodzącego jej zniszczenia.

Z Boyem byłam zaznajomiona od dzieciństwa – szukając czegoś „do czytania” znalazłam w bogatej domowej bibliotece „Słówka” i „Dziewice konsystorskie”. Niczego niemal nie rozumiejąc przeczytałam obie książki od deski do deski. Bawiły mnie „wierszyki”, „Dziewice” miały smak zakazanego owocu. Jakiś czas potem zmarła wieloletnia, jeszcze wołyńska przyjaciółka Babci i pozostała po niej biblioteka przeszła w nasze posiadanie. Nagle w domu pojawiło się (między innymi) dwadzieścia jeden tomów „Pism zebranych” Boya… Z ciekawosci zaczęłam je poczytywać, a czytało się je świetnie, kiedy więc w liceum przyszła pora na omawianie Młodej Polski i dwudziestolecia międzywojennego byłam au courant bardziej niż można oczekiwać od szesnastoletniej uczennicy liceum. Nie pamiętam, czy w programie języka polskiego mówiliśmy o Boyu Żeleńskim jakoś konkretniej, natomiast z całą pewnością na lekcjach fizyki czytaliśmy głośno „Słówka”. Dlaczego? Cóż, niech to pozostanie tajemnicą, znaną tylko moim kolegom i koleżankom z lubańskiego „Adasia”.

Wydawać by się mogło, że Boy, stale pojawiający się w moim i mojego otoczenia życiu,  bo ciągle przydarzała się i przydarza okazja, żeby go cytować, powoływać się na niego, przypominać bon moty, które stały się społecznymi diagnozami, jest już tak dobrze znany, że nie ma potrzeby czytać o nim.  Przecież wciąż powtarzamy sobie –  albo dla zabawy, albo dla refleksji, że „Oto jak nas, biednych ludzi / Rzeczywistość ze snu budzi”. Albo że „Z tym największy jest ambaras / Żeby dwoje chciało na raz”. Albo to: “Domorosły katolicyzm polski ma tę właściwość, że jest – dosłownie, nie w przenośni – bardziej katolicki od papieża”. I na koniec żartujemy: “Józio się ząb za ząb kłóci / Że świat cały powstał z chuci”. Takich cytatów, doskonale opisujących rzeczywistość sprzed stu lat, pasujących do dzisiejszego świata, można przywołać dziesiątki, jeśli nie setki. Bo tak naprawdę nic się nie zmieniło i dzisiejsze spory i dzisiejsze piekła są takie same jak za czasów Boya, a to, co napisał w “Naszych okupantach”: I tak sobie wszystko załatwili; kilku panów w sile wieku rozstrzygnęło o losach milionów kobiet i poszli, zadowoleni z siebie, na kolację – to fotografia współczesności.

Trzy epoki i trzy główne miejsca, w których toczy się życie Tadeusza Żeleńskiego to Polska wymazana z mapy i Kraków, Polska odrodzona, wciąż Kraków, a potem Warszawa i Polska znów zniewolona przez podwójnego okupanta i tym razem to Lwów. I jeszcze w tle Paryż, gdzie młody doktor medycyny szukał uspokojenia i swoje egzystencjalne bóle leczył literaturą – książkami kupowanymi u bukinistów. I może trochę Zakopane – mekka artystycznej bohemy międzywojnia.

Dzięki książce Śliwińskiej podróżujemy z Boyem-Żeleńskim przez epoki i miejsca, jesteśmy świadkami wydarzeń historycznych, które nigdy przedtem w historii nie miały takiej gęstości i nie uderzały  z takim impetem w zwykłych ludzi.  Widzimy młodego człowieka, piszącego zabawne utwory i świetnie bawiącego się w kabarecie, studiującego nauki medyczne z nie do końca wielkim przekonaniem, społecznika walczącego o „kroplę mleka” dla ubogich kobiet i ich dzieci, ale także lekarza próbującego szerzyć wiedzę o świadomym macierzyństwie, wreszcie literata. Literata o niejednej twarzy – poety, recenzenta teatralnego, publicysty, tłumacza. 

Tej części książki, która opowiada o pracy translatorskiej, byłam ogromnie ciekawa – Boy nie studiował filologii francuskiej, nie uczył się przekładu, chyba niewiele wiedział o teorii tłumaczenia, która przecież dopiero w latach 50. ubiegłego wieku rozwinęła się jako osobna dyscyplina. A przecież, jak pisał w 1958 roku Jan Błoński: „Był Boy, mówiąc żartem, jakimś Szekspirem przekladu i nie wyobrażam sobie, aby można go bylo zdetronizować z miejsca, jakie dzięki swym tlumaczeniom zajął w naszej literaturze.” Wypracował sobie własną metodę, którą oczywiście krytykowano, zarzucając mu, na przykład, opuszczanie sporych partii tłumaczonego tekstu, jak to miało miejsce w przypadku “Niebezpiecznych związków” de Laclosa. Jeśli spojrzy się na dorobek translatorski Boya Żeleńskiego, ma się nieodparte wrażenie, że tłumaczył przede wszystkim to, co mu się podobało, co kochał: Moliera, Balzaka, Monteskiusza, Stendhala, Villona, Gide’a, Kartezjusza, France’a, Flauberta, wreszcie – Prousta, pięć z siedmiu tomów, ale nawet i to było pracą tytaniczną. Jest tu proza, poezja, są dramaty i pisma filozoficzne. My wszyscy, którzy nie znamy francuskiego, ale którzy poznawaliśmy francuską literaturę w jego przekładach, jesteśmy na zawsze jego dłużnikami.  Żeleński stworzył nowatorski projekt wydawniczy – “Bibliotekę Boya”. Tam ukazywały się kolejne tłumaczone przez niego książki Wymagało to nie tylko talentu tłumacza, ale i zdolności marketingowych. I na tym polu okazał się Żeleński niezwykle pomysłowym i przedsięborczym człowiekiem – zabiegał o czytelników, subskrybentów, nawiązywał współpracę z domami wydawniczymi, wymyślał nowe sposoby reklamy. Przetłumaczone przez siebie dzieło Kartezjusza opatrzył opaską z napisem “Tylko dla dorosłych”. Książka rozeszła się jak ciepłe bułeczki. Ale przede wszystkim pracował nad kolejnymi przekładami. Był tytanem pracy, niewypuszczającym z ręki pióra, niemarnującym ani chwili. Wziąwszy pod uwagę, że życie towarzyskie wyglądało zupełnie inaczej niż dziś, zadajemy sobie pytanie – jak on to robił? Jak znajdował czas na pisanie, tłumaczenie, załatwianie spraw, wreszcie – na romanse, podczas których w tamtych czasach pisało się do ukochanej kobiety długie listy. Jaką trzeba było mieć siłę woli i pracowitość połączoną z miłościa słowa?

W pisarskich projektach pomagała mu żona, Zofia z Pareńskich, którą poślubił, kiedy była osiemnastoletnią dziewczyną. Żeleńscy wypracowali sobie swoisty i bardzo nowoczesny jak na owe lata model małżeństwa: Zofia przyjęła do wiadomości, że jej wrażliwy i uczuciowy mąż nie tylko niewinnie flirtuje, ale także ma całkiem poważne romanse i że co chwilę zakochuje się w innej kobiecie. Tym samym dała i sobie prawo do pozamałżeńskich związków. Nigdy się jednak nie rozeszli, stanowili znakomity tandem – to dzięki posagowi Zofii „Biblioteka Boya” rozpoczęła swoją egzystencję.  Była korektorką, redaktorką, a często i współautorką przekładów. Nigdy jednak nie zgodziła się, by jej nazwisko pojawiło się w druku. Irena Krzywicka, ostatnia partnerka Boya, pisała w jakimś momencie, że Żelenskich łączyła nie tylko zwykła małżeńska lojalność. Była między nimi mocna więź przyjaźni oparta na wspólnej pracy, trosce o jedynego syna, wreszcie na podobnych poglądach. Tam, gdzie Boy walczył o prawa kobiet, o ograniczenie roli Kościoła w życiu społecznym czy generalnie o przywrócenie zdrowego rozsądku w myśleniu, tam zawsze stała przy nim Zofia. Narażał się bezustannie konserwatystom, nacjonalistom, duchowieństwu, arystokracji, starym ciotkom dewotkom. Obelgi, listy z pogróżkami, donosy były jego codziennością. Pisał o projekcie ustawy małżeńskiej, uwzględniającej ślub cywilny, o prawie kobiety do aborcji, o rozwodach, o nierównościach społecznych widocznych nawet w idei świadomego macierzyństwa, wreszcie o narodowych świętościach, które w jego felietonach spadały z piedestałów. Wszystko to pisał pisał z werwą, polemicznie, bez oszczędzania ideologicznch przeciwników. Atmosfera nieustannego zagrożenia stała się jego codziennością. Monika Śliwińska przytacza anegdotę o Zofii śpiącej w przedpokoju i zaopatrzonej w broń, na wypadek gdyby ktoś chciał spełnić pogróżki i Boya zaatakować.

Kiedy Niemcy zaatakowały Polskę, Boyowie nie zastanawiali się długo i postanowili opuścić Warszawę. Rozdzieleni na czas podróży, umówili się na spotkanie w Dubnie, by potem wspólnie dotrzeć do Lwowa, gdzie mieszkała siostra Zofii, Maryna Grekowa. Już nigdy się nie spotkali. Żelenski ostatecznie zamieszkał w domu szwagierki, Zofia wróciła do Warszawy. Boy próbował jakoś żyć w ukraińskim Lwowie, próbował pisać i tłumaczyć, zachowując dystans wobec sowieckiej władzy. O tym okresie w podły sposób pisał potem Jacek Trzandel, oskarżając pisarza o współpracę z Sowietami. Po wybuchu wojny we Lwowie znalazła się spora grupa polskich pisarzy. Część z nich publikowała w Czerwonym Sztandarze, dzienniku wychodzącym po polsku, a będącym organem Lwowskiego Komitetu Obwodowego i Miejskiego Komunistycznej Partii Ukrainy. Jak pisze Barbara Winklowa Boy miał powiedzieć komuś: „Nie zgodzę się na żaden rodzaj współpracy politycznej ani pisarskiej. Mogę objąć najwyżej katedrę romanistyki”. I rzeczywiście, po kilkumiesięcznym okresie, kiedy znalazł pracę w klinice i powrócił do dawno porzuconego zawodu lekarza, w końcu zatrudniono go na uniwersytecie, który już nie był Uniwersytetem Jana Kazimierza, a stał się Uniwersytetem Iwana Franki. Kiedy w czerwcu 1941 roku Rosjanie w pośpiechu opuszczali Lwów, spodziewając w każdej chwili wejścia Niemców, Żeleński odmówił dołączenia do nich.
Relacje tych, którzy go wtedy znali są jednoznaczne – Boy marniał, gasł, pochylał się coraz bardziej i coraz bardziej zapadał w milczenie… Śliwińska, która zbierając materiały do swojej świetnej książki, pojechała do Lwowa, dotarła do personalnej teczki pisarza, przechowywanej w archiwum uniwersytetu.

Chciałam tę fascynująca książkę skończyć przed nadejściem nowego roku, zamknąć długą listę tytułów z 2024. Kiedy dotarłam do czerwca 1941 roku, zwyczajnie przerwałam czytanie. Bałam się końca tej opowieści, scen, które musiały nastąpić – walenie w drzwi, żołnierze Einsatzkommando zur besonderen Verwendung pod dowództwem Karla Eberharda Schöngartha wpadający do mieszkania przy Romanowicza 7 (dziś to ulica Boya Żeleńskiego), aresztujący Marynę Pareńską, jej męża, profesora Jana Greka i wreszcie samego pisarza. Ich kaźń i pozostałych 34 osób na Wzgórzach Wileńskich rankiem 4 lipca miała świadków, którzy ze sporej odległości widzieli prowadzonych na śmierć i rozstrzeliwanych profesorów, ich żony, nierzadko dorosłych synów. Groza tych scen i suche fakty, doskonale udokumentowane odbierają mowę. Epilog, w którym Autorka opisuje odkopywanie grobów, które nastąpiło dwa lata później i palenie szczątków jest niemal nie do zniesienia. Prochy pomordowanych zawisły nad Lwowem i opadły na bruk miasta…

Monika Śliwińska jest mistrzynią biografii, gatunku niełatwego, wymagającego benedyktyńskiej pracy. Podziwiałam umiejętność dotarcia do listów, dokumentów, świadectw epoki, misterność w uporządkowaniu tego ogromu materiałów i narrację, która nie przygniata czytelnika, ale wciąga i zapada w pamięć.

Śliwińska, Monika. Książę. Biografia Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Wydawnictwo Literackie, 2024

15 grudnia 2o24

Pumpkin pies, carrot cakes…


Pumpkin was once an unfamiliar vegetable to me. In Poland, it was often regarded as food for the poor. During the height of the economic crisis in the 1980s, when most essentials were obtainable only with government-issued coupons, jars of pickled squash (namely pattypan) filled store shelves alongside vinegar bottles. While cheese, cold cuts, meat, and even pasta were scarce, these jars sat untouched. I remember the time my ex-mother-in-law made pumpkin pancakes— delicious, yet still not enough to convince me to welcome pumpkins into my kitchen.

It wasn’t until I came to America that I encountered pumpkin-based dishes more frequently. After a few Thanksgivings, I began to grasp its cultural significance —not just as a culinary staple but as a symbol deeply rooted in American history. Research reveals that pumpkins were cultivated in the New World over 8,000 years ago, making them among the oldest domesticated plants. They were certainly part of the Puritans’ diet, particularly in the fall when newcomers from England relied on them as a dietary staple. While the Puritans may have been familiar with some types of squash introduced to Europe after Columbus’s voyages, pumpkins became an integral part of life in the New World.

Continue reading “15 grudnia 2o24”

1 grudnia 2024

Pożegnanie Piotra Chełkowskiego

Zabierałam się za nowy wpis na tym blogu, tak ostatnio zaniedbanym. Miał dotyczyć dwudziestej drugiej rocznicy mojego przyjazdu do Nowego Jorku. Wtedy doszła mnie smutna wiadomość o śmierci Piotra Chełkowskiego, profesora studiów bliskowschodnich i islamskich w Uniwersytecie Nowojorskim. Tak się złożyło, że Piotra i jego żonę Gogę poznałam niecały miesiąc po przyjeździe do NYC i do chwili ich wyjazdu do Włoch w 2015 roku widywałam ich w miarę często. Zatem ten tekst jakoś spełnia mój zamiar wspomnienia 22. rocznicy.
Zbieraliśmy się – my, nowojorscy Polacy, zawieszeni w przedziwnym limbo tego miasta – w mieszkaniu Chełkowskich tradycyjnie na święto dziękczynienia i to tam poznawałam nowych ludzi i nawiązywałam nowe przyjaźnie. Goga i Piotr otoczyli mnie w tym pierwszym okresie serdeczną opieką, obdarzali radami i słuchali moich narzekań na trudne życie w nowym miejscu. Łączyły nas skomplikowane relacje, ich dawni przyjaciele byli bliskimi, a czasem najbliższymi mi osobami. Choć dzieliło nas pokolenie, znalazłam u Chełkowskich przyjazną przystań i wiele serca. Ich nowojorski numer telefonu wciąż jest w mojej książce adresowej…

Zanim wyjechali do Włoch pisałam o nich dwukrotnie do nowojorskiej prasy polonijnej. Oba teksty zamieszczam poniżej wraz ze zdjęciami, które zrobiłam podczas mojej ostatniej wizyty w Silver Towers, w ich mieszkaniu na 19 albo 22 piętrze – tego już dziś nie pamiętam. Pamiętam jednak to niezwykłe miejsce, wypełnione książkami, obrazami, wyszywanymi poduszkami i makatami, srebrnymi dzbanami, tajemniczymi przedmiotami wiszącymi na ścianach i ustawionymi na stolikach. Było zupełnie inne niż nowojorskie salony, które potem przez lata odwiedzałam. Nie brakowało mu swoistej elegancji, ale ważniejsze było to, czym oddychało się w tym apartamencie – z jednej strony była to atmosfera naukowego researchu, wiedzy, z drugiej krążyły tam w powietrzu ciemne wersy perskiej poezji…


Po śmierci Piotra ukazało się wiele nekrologów i wspomnień, jeden z nich wydał mi się szczególnie serdeczny i opisujący życie Profesora Chełkowskiego w wyczerpujący sposób.

https://www.shii-news.imes.ed.ac.uk/shii-news-passing-of-peter-chelkowski/

Continue reading “1 grudnia 2024”