Saturday, June 11 2022

On Hondas Fit

The day was beautiful. Saturday’s weather encouraged people to go for walks and whole families wandered around the nearby farmers’ market, deciding, with bags filled with flowers and vegetables, to stop by the library for a while. We were understaffed so I didn’t even go to lunch: I was just running from one division to the next. In a hurry, I ate some homemade cottage cheese with radishes. When my shift was over, I said goodbye to Jeff, left the building promptly at 4:30 pm and headed home. 

Continue reading “Saturday, June 11 2022”

Czwartek, 9 czerwca 2022

Czerwiec, Lechoń

Jak co roku na początku czerwca, Facebook przypomniał mi zdjęcie, które umieściłam tam siedem czy osiem lat temu. Jest to zdjęcie niewielkiego artykułu, skopiowane z archiwów New York Timesa, a sam artykuł ukazał się 9 czerwca 1956 roku. Treść notatki, krótka i sucha, brzmiała tak: Jan Lechon Serafinowicz, 57-letni polski poeta na wygnaniu, zmarł wczoraj po południu w wyniku upadku z dachu hotelu Henry Hudson, 351 West Fifty-seventh Street. Serafinowicz upadł na tylny dziedziniec hotelu, a jego zgon stwierdzono o godzinie 14.00. Policja nie była w stanie stwierdzić, czy zgon nastąpił w wyniku nieszczęśliwego upadku czy skoku. Pan Serafinowicz, były attaché kulturalny Ambasady Rzeczypospolitej w Paryżu, przybył do Stanów Zjednoczonych z Brazylii w 1941 r. Wraz z innym poetą, Kazimierzem Wierzyńskim, autorem książki „Życie i śmierć Chopina”, założył w Nowym Jorku polskojęzyczny tygodnik poświęcony sprawom literackim i politycznym. Ostatnio pracował dla Radia Wolna Europa, biorąc udział w audycjach nadawanych w Polsce. Pan Serafinowicz, który swoje utwory sygnował jako Jan Lechon, zyskał miano poety w swojej ojczyźnie, gdy miał 18 lat. Pisał krótkie wiersze w formie klasycznej, zwykle dotyczące historii Polski. Mieszkał w pokoju przy 505 East 82 Street. Jak twierdzą jego przyjaciele, od lat był w ciężkiej depresji…  (tłum. IB)

Continue reading “Czwartek, 9 czerwca 2022”

Niedziela, 29 maja 2022

Sunday afternoon

Sunday, long weekend. Outside the window, a blue sky pierces the thicket of leaves. I hear a szuru buru from my bedroom – how would that be in English? – this is my husband who smoothes the walls before painting. He has just come to me to show me the tool for this project. He proudly stretched out his hand in which he was holding a strange sponge, described it and explained that it can smooth even the smallest irregularities, then added – made in Switzerland. (I knew what he meant – Switzerland, not China. I suspect that he will buy a few more such sponges the next time he visits Home Depot.) Of course – he continued – when stuck with a special glue, plaster or whatever we call it, holes and cracks will have a wonderful, smooth surface, but the walls still will be slightly rough. When our building was built, almost a hundred years ago, it was not possible to make perfectly smooth walls… And after explaining all this to his wife my husband went on, on scrubbing, smoothing, brushing the walls of our bedroom.
Meanwhile, I am sitting on the library project, a quiet Mozart comes from the Bowers and Willkins loudspeaker, I nibble on Spanish almonds from time to time. Every now and then I bump into Facebook for a minute, and Facebook memories remind me of the following note from almost three years ago. I look at the photo which prompted me to write these few words – it’s too good not to put it here. But this photo and this note, written three years ago, also reminds me of another world that has gone forever … We are painstakingly rebuilding it …

walls and ladders
Continue reading “Niedziela, 29 maja 2022”

Wtorek, 25 stycznia 2022

Grand Central

Od kiedy zmieniłam pracę, muszę wstawać wcześniej. W rutynie poranka nie ma wyłomu – budzę się, zanim zadzwoni budzik, sięgam po telefon i sprawdzam wiadomości. Z reguły są przygnębiające – covid, Ukraina, wciąż podżegający do rewolty były pierwszy chuligan amerykańskiej polityki, wybuch podwodnego wulkanu na dalekim Pacyfiku, bezczelność PiSu. Uśmiecham się lekko dopiero na wiadomość o stu cennych małpkach, które uciekły z rozbitej w zderzeniu ciężarówki, gdzieś w Pensylwanii i przez kilka godzin cieszyły się wolnością.

Łóżko jest ciepłe i przyjemne, nie chce mi się wstawać, ale powszedni dzień rządzi się swoimi prawami. Prysznic, makijaż. Gdzie, na Boga, podział się mój tusz? Szklanka gorącej wody z cytryną, przygotowany poprzedniego dnia lunch wędruje do torby. Wołam w kierunku sypialni – It’s seven o five! i nie czekając na potwierdzenie, że moja wiadomość dotarła do adresata, wybiegam z domu. U szczytu schodów prowadzących do mojej stacji kolejowej zatrzymuję się na chwilę i wstrzymuję oddech – na kamiennej ścianie Palisades, wznoszącej się nad rzeką jak miechy potężnego akordeonu, rozlewa się różowe światło poranka, a na niebie zawisł idealnie okrągły księżyc. Kiedy zbiegnę ze schodów, i nadziemnym przejściem dostanę się na peron czwarty, ten,  z którego odjeżdżają pociągi do Nowego Jorku, poświata znika. Próbuję zrobić zdjęcie, jak niemal każdego dnia, kiedy jadę do miasta, jak niemal każdego dnia od 12 lat. 

Continue reading “Wtorek, 25 stycznia 2022”

Poniedziałek, 27 grudnia 2021

Messiah

Monumentalnego dzieła Jerzego Fryderyka Haendla „Messiah” w całości po raz pierwszy wysłuchałam w Edmonton. Z pewnością nie było to zaraz po naszym przyjeździe do Kanady – jako nowi przybysze nie mieliśmy pieniędzy na takie rozrywki jak chodzenie do filharmonii. Myślę, że upłynęły 3-4 lata, zanim wybrałam się wreszcie na ten tradycyjny w północnej Ameryce, a właściwie w całym anglosaskim święcie przedświąteczny koncert i od tego czasu „chodzenie na Mesjasza” stało się moim corocznym zwyczajem. W ciągu trzydziestu kilku lat spędzonych w dwóch krajach Ameryki Północnej zdarzyło mi się opuścić koncert może dwa razy, zapewne z powodu wyjazdu do Europy. Rok temu – jak miliony zamkniętych w domach – słuchałam „Mesjasza” przez radio…

“The Chandos portrait of Georg Friedrich Händel”
by James Thornhill, c. 1720
Continue reading “Poniedziałek, 27 grudnia 2021”

Niedziela, 7 listopada

„Mam honor pracować dla Polski”. Rozmowa z Krzysztofem Kasprzykiem (2006)

Pierwsza wiadomość, która wyświetliła się dzisiejszego ranka na ekranie mojego telefonu brzmiała:

„Wiesz, że umarł Krzysztof Kasprzyk? Miałam Ci powiedzieć, od tygodnia był w śpiączce… strasznie przykro.”

Pod nią były jeszcze trzy inne o podobnej treści. Czytałam je kilkakrotnie i nie rozumiałam ich treści…

Poznaliśmy się pod koniec lat 90., w Calgary, kiedy Krzysztof jako konsul generalny RP w Vancouver objeżdżał tereny podległe jego placówce. Potem wielokrotnie przyjeżdżał do Edmonton, gdzie spotykałam się z nim jako przedstawicielka Towarzystwa Kultury Polskiej, w którym wówczas pracowałam. Rozmawialiśmy o kulturze, stosunkach polsko-żydowskich, które Krzysztofowi zawsze leżały na sercu i o problemach Polonii w Albercie. A także o gotowaniu, które było hobby Krzysztofa i o pięknie Ameryki Północnej, którą znał i kochał. Kiedyś, będąc w Edmonton, przyszedł na lunch. Podałam śledzie w oleju ze smażonymi prawdziwkami…

A potem, kilka lat później, spotkaliśmy się na rogu Manhattan Avenue i Norman Avenue na Greenpoincie. Dwa lata wcześniej przeprowadziłam się do Nowego Jorku i kiedy dowiedziałam się, że został nowym konsulem w Nowym Jorku, nie mogłam się doczekać jego przyjazdu. To przypadkowe spotkanie na greenpoinckiej ulicy odświeżyło naszą znajomość. 

I ta znajomość przetrwała. Kiedy już wyjechał do Polski na stałe, nasz kontakt się nie urwał, wręcz przeciwnie. W połowie ubiegłej dekady stał się nawet bardziej intensywny. Krzysztof wspierał każdą nowojorską działalność i inicjatywę związaną z Komitetem Obrony Demokracji, który tu zakładaliśmy. Doradzał, pomagał – rozmawialiśmy przez telefon, wymienialiśmy emaile. Był naszym konsultantem i przyjacielem. Widywaliśmy się też w Polsce, ostatni raz w lutym, kiedy z moim mężem przyleciałam na pogrzeb moich Rodziców i z powodu zawirowań w Amsterdamie, wylądowaliśmy w Krakowie, a nie we Wrocławiu. 

Przyszedł do nas rankiem do hotelu, wypiliśmy kawę. To był środek covidowej epidemii w Polsce i nawet się nie uściskaliśmy. Byliśmy wszyscy zmęczeni, przerażeni i pełni jak najgorszych myśli, choć próbowaliśmy się wzajemnie pocieszać. Krzysztof odwiózł nas na dworzec. Któż mógł wiedzieć, że było to nasze ostatnie spotkanie. 

Poniżej przypominam wywiad, który przeprowadziłam z Krzysztofem Kasprzykiem w 2006 roku. Wiele spraw tam poruszanych dotyczy lokalnych problemów polonijnej społeczności nowojorskiej, wiele być może jest już nieaktualnych, ale zamieszczam go w całości, bo z każdego zdania, które Krzysztof wtedy wypowiedział, przebija profesjonalizm, pasja i uczciwość. To cechy, jakie reprezentował w swojej służbie dyplomatycznej. Żegnaj, najlepszy Konsulu… 

Calgary, 1996
Continue reading “Niedziela, 7 listopada”

Czwartek, 21 października

Dziewiętnastka

Wróciłam z biblioteki około piątej zmęczona i zestresowana – minął właśnie dziewiąty dzień w nowym miejscu, w pierwszej pracy zgodnej ze świeżo uzyskanym wykształceniem na University of Alberta. Po ośmiu miesiącach od otrzymania dyplomu, w czasie których wysyłałam dziesiątki aplikacji, po serii rozmów kwalifikacyjnych w bibliotekach publicznych i akademickich w różnych miejscach Kanady i Stanów, dostałam posadę u siebie, w swoim mieście, w swojej bibliotece, w której pracowałam już od kilku lat na pół etatu jako library clerk. Nie musiałam się przeprowadzać, szukać mieszkania, odnajdywać w nowym miejscu. Już jako pełnoprawny bibliotekarz zaczęłam pracować w dziale katalogowania, w pełnym wymiarze godzin, przy własnym biurku…

Rozdanie dyplomów. Z prof. Hope Olson
Continue reading “Czwartek, 21 października”