Niedziela, 7 listopada

„Mam honor pracować dla Polski”. Rozmowa z Krzysztofem Kasprzykiem (2006)

Pierwsza wiadomość, która wyświetliła się dzisiejszego ranka na ekranie mojego telefonu brzmiała:

„Wiesz, że umarł Krzysztof Kasprzyk? Miałam Ci powiedzieć, od tygodnia był w śpiączce… strasznie przykro.”

Pod nią były jeszcze trzy inne o podobnej treści. Czytałam je kilkakrotnie i nie rozumiałam ich treści…

Poznaliśmy się pod koniec lat 90., w Calgary, kiedy Krzysztof jako konsul generalny RP w Vancouver objeżdżał tereny podległe jego placówce. Potem wielokrotnie przyjeżdżał do Edmonton, gdzie spotykałam się z nim jako przedstawicielka Towarzystwa Kultury Polskiej, w którym wówczas pracowałam. Rozmawialiśmy o kulturze, stosunkach polsko-żydowskich, które Krzysztofowi zawsze leżały na sercu i o problemach Polonii w Albercie. A także o gotowaniu, które było hobby Krzysztofa i o pięknie Ameryki Północnej, którą znał i kochał. Kiedyś, będąc w Edmonton, przyszedł na lunch. Podałam śledzie w oleju ze smażonymi prawdziwkami…

A potem, kilka lat później, spotkaliśmy się na rogu Manhattan Avenue i Norman Avenue na Greenpoincie. Dwa lata wcześniej przeprowadziłam się do Nowego Jorku i kiedy dowiedziałam się, że został nowym konsulem w Nowym Jorku, nie mogłam się doczekać jego przyjazdu. To przypadkowe spotkanie na greenpoinckiej ulicy odświeżyło naszą znajomość. 

I ta znajomość przetrwała. Kiedy już wyjechał do Polski na stałe, nasz kontakt się nie urwał, wręcz przeciwnie. W połowie ubiegłej dekady stał się nawet bardziej intensywny. Krzysztof wspierał każdą nowojorską działalność i inicjatywę związaną z Komitetem Obrony Demokracji, który tu zakładaliśmy. Doradzał, pomagał – rozmawialiśmy przez telefon, wymienialiśmy emaile. Był naszym konsultantem i przyjacielem. Widywaliśmy się też w Polsce, ostatni raz w lutym, kiedy z moim mężem przyleciałam na pogrzeb moich Rodziców i z powodu zawirowań w Amsterdamie, wylądowaliśmy w Krakowie, a nie we Wrocławiu. 

Przyszedł do nas rankiem do hotelu, wypiliśmy kawę. To był środek covidowej epidemii w Polsce i nawet się nie uściskaliśmy. Byliśmy wszyscy zmęczeni, przerażeni i pełni jak najgorszych myśli, choć próbowaliśmy się wzajemnie pocieszać. Krzysztof odwiózł nas na dworzec. Któż mógł wiedzieć, że było to nasze ostatnie spotkanie. 

Poniżej przypominam wywiad, który przeprowadziłam z Krzysztofem Kasprzykiem w 2006 roku. Wiele spraw tam poruszanych dotyczy lokalnych problemów polonijnej społeczności nowojorskiej, wiele być może jest już nieaktualnych, ale zamieszczam go w całości, bo z każdego zdania, które Krzysztof wtedy wypowiedział, przebija profesjonalizm, pasja i uczciwość. To cechy, jakie reprezentował w swojej służbie dyplomatycznej. Żegnaj, najlepszy Konsulu… 

Calgary, 1996
Czytaj dalej „Niedziela, 7 listopada”

Czwartek, 21 października

Dziewiętnastka

Wróciłam z biblioteki około piątej zmęczona i zestresowana – minął właśnie dziewiąty dzień w nowym miejscu, w pierwszej pracy zgodnej ze świeżo uzyskanym wykształceniem na University of Alberta. Po ośmiu miesiącach od otrzymania dyplomu, w czasie których wysyłałam dziesiątki aplikacji, po serii rozmów kwalifikacyjnych w bibliotekach publicznych i akademickich w różnych miejscach Kanady i Stanów, dostałam posadę u siebie, w swoim mieście, w swojej bibliotece, w której pracowałam już od kilku lat na pół etatu jako library clerk. Nie musiałam się przeprowadzać, szukać mieszkania, odnajdywać w nowym miejscu. Już jako pełnoprawny bibliotekarz zaczęłam pracować w dziale katalogowania, w pełnym wymiarze godzin, przy własnym biurku…

Rozdanie dyplomów. Z prof. Hope Olson
Czytaj dalej „Czwartek, 21 października”

Niedziela, 26 września 2021

Landscape and memory

I.

Minęły wakacje. Jeszcze w dzień dopada nas upał, ciężki, oblepiający potem. Temperatury zwodniczo przekonują, że wciąż mamy lato, ale ranki i wieczory już spowija podszewka chłodu. Wchodzimy w jesień z ociąganiem, udajemy, że jej nie ma, że nie nadeszła. Wszystko to dlatego, że nie przeżyliśmy, jak należy, lata. Porządek rzeczy został zakłócony, wywrócony, zlekceważony. To już drugi rok, kiedy wszystko staje na głowie. Trudno nam znieść to, że straciliśmy panowanie nad własnym losem, który zupełnie nie liczy się z naszymi przyzwyczajeniami, rzuca pod nogi kłody, utrudnia normalne życie.

W zeszłym roku nie było nas w tych wszystkich miejscach, które najpierw pojawiają się w wakacyjnych planach, a potem dyskutowane po wielokroć, obejrzane na zdjęciach turystycznych folderów, wreszcie ocenione z ekonomicznego punktu widzenia stają się realnym celem naszych podróży. Nie było nas też w miejscach wymyślonych przez nas samych, wyszukanych gdzieś w zakątkach globu, do których mieliśmy dotrzeć pierwsi, odkryć je dla świata i zdecydować, czy wiedzą o nich podzielimy się z innymi, czy zachowamy ją tylko dla siebie. Samoloty latały puste albo nie latały wcale. My marzyliśmy o wyjeździe i jednego dnia optymistycznie robiliśmy plany na przyszłość, by następnego popadać w czarną rozpacz, nie wierząc, że cokolwiek się zmieni.

W tym roku jest inaczej. Lotniska pękają w szwach, wyprzedane do ostatniego miejsca w samolotach wypełniają tłumy spragnionych widoku bliskich, spragnionych wakacji, spragnionych innego powietrza. Podróżujemy ze szkaplerzem covidowego zaświadczenia o szczepieniu i z przyłbicą maski N-95. Są tacy, którzy panicznie się boją i siedząc w niewygodnym lotniczym fotelu kurczą się w sobie wierząc, że zapadną się, przepadną i, niewidoczni dla innych, dotrwają bezpiecznie do końca podróży. Ale są tacy, którzy buńczucznie zsuwają maskę poniżej nosa i rozglądając się, czy nie nadchodzi stewardessa, ignorują złowrogie, potępiające spojrzenia współpasażerów.

Jeśli jednak nigdzie nie lecimy, przeglądamy – częściej niż kiedykolwiek przedtem – zdjęcia z wakacji, które minęły, dawno rozpłynęły się w mgłę przyjemnych wspomnień, zatracając swoje kontury. Pocieszamy się obrazkami odwiedzonych w przeszłości miejsc. Byliśmy tam – na hiszpańskich plażach, przy grobach Atrydów, na zarośniętych ścieżkach Angkor Wat. Byliśmy, mamy to utrwalone, zapamiętane. Nikt nam tego nie odbierze.

Czytaj dalej „Niedziela, 26 września 2021”

Niedziela, 5 września 2021

Ida

Skończyłam właśnie dyżur ze studentami i powoli zamykałam komputer. Zza okna dochodziły odgłosy gęstego deszczu, bębnienie o skrzynkę klimatyzacji nie ustawało.  Spodziewaliśmy się tego deszczu. NYT podawał już kilka dni temu, że zahaczy o nas Ida, a od kilkunastu godzin pojawiały się ostrzeżenia, że będzie padało i to mocno. Jak mocno? Mieszkając w Nowym Jorku jest się przyzwyczajonym do silnych opadów, do rwących potoczków wzdłuż krawężników, zaparowanych szyb w samochodach i kalekich, porzuconych parasolek. Chyba dlatego nie przejęłam się ostrzeżeniami, choć – rzeczywiście – z pracy wyszłam wcześniej, obawiając się korków i bezczynnego sterczenia na drodze. Ale już od czterech godzin siedziałam spokojnie w domu, zajęta pracą nie zwracałam uwagi na to, co się działo na zewnątrz. Nagle zadzwonił telefon. 

– Jestem na stacji w Glenwood – powiedział Michael. – Pociąg dalej nie pojedzie, zalało tory. 

I dodał, że jest przemoczony do suchej nitki i że trzęsie się z zimna. Telefon brzęknął. Mogłam od razu obejrzeć przez jaki deszcz musiał się przedzierać w drodze do stacji Metro North.

– Zaraz po ciebie przyjadę – zawołałam przejęta. – Marzę o tym, żeby rozprostować nogi. 

– Ależ nie, nie przyjeżdżaj, wezmę taksówkę – zaprotestował mój mąż. – Ty naprawdę nie wiesz, co się dzieje. Absolutnie nie wychodź z domu. 

Czytaj dalej „Niedziela, 5 września 2021”

Poniedziałek, 21 grudnia 2020

Włoskie orzechy

Ostra feta z koziego mleka, dziwaczne w smaku wino, pite pół na pół z Coca colą, mętniejąca po dodaniu wody anyżowa wódka, błotnista, gotowana w briki, miedzianym naczyniu z długą rączką kawa, wijące się na talerzu odnóża kalmarów i ośmiornic, zjadane w całości smażone w oliwie szprotki i wreszcie sama oliwa – ciężka, zielonkawa tłusta ciecz, pozostawiająca w gardle uczucie pieczenia. I jeszcze inne dziwaczności – makaron jedzony z bułką, gęsty, niesłodki jogurt, ciastka kąpiące się w miodzie, gotowane w wodzie z oliwą zielsko, zbierane na zboczu gór.  Niełatwo było Polakowi z biednego zimnego kraju, w którym prawdziwą atrakcją stały się sine, wychudzone kurczaki i kawałek tłustej kiełbasy, wyżyć w kraju położonym nad Morzem Śródziemnym…

Świeża χόρτα na targu w Kalamacie
Czytaj dalej „Poniedziałek, 21 grudnia 2020”

Sobota, 3 października 2020

O książkach

Każda spalona książka oświeca świat – Ralph Waldo Emerson

Miałam może siedem lat, od co najmniej roku samodzielnie czytałam. Zbliżało się Boże Narodzenie i Mama zapytała, czy mam jakieś specjalne życzenia, które chciałabym, by Ona przekazała Aniołkowi. „Książeczki poproszę!” – wykrzyknęłam. Ten wykrzyknik wszedł do domowego słownika na stałe i nawet kiedy byłam już dorosłą panienką, wołałam: „Książeczki poproszę!”. Zatem „książeczki” zwykle znajdowały się pod drzewkiem, obok praktycznych prezentów, takich jak rękawiczki, piżamki i domowe kapcie z futerkiem. Tym razem z szarego papieru (mówimy o czasach, w których nie było błyszczących papierów do pakowania prezentów) wynurzyła się biała lśniąca okładka legendy o Warsie i Sawie.  Następnego dnia rano jechałyśmy do Wrocławia, do Dziadków. Na drogę, do pociągu, wzięłam swój prezent i kiedy wysiadałyśmy na Dworcu Świebodzkim, już dobrze znałam treść książki.

Czytaj dalej „Sobota, 3 października 2020”

Piątek, 18 września 2020

Rocznica

Michael wybiegł z budynku szpitala i w strugach ulewnego deszczu wsiadł do samochodu. Ruszyliśmy przez zatłoczoną Madison Avenue w kierunku autostrady. W czwartki kończę pracę o siódmej wieczorem, przed ósmą podjeżdżam pod Mt. Sinai Hospital i razem wracamy. To jedna z tych dziwnych przyjemności nowojorskiego życia: spotkać się po pracy na Manhattanie i razem wracać do domu. Oznacza to dodatkowe 45 minut, a czasem nawet całą godzinę wspólnie spędzonego czasu – minuty wyrwane Miastu i jego bezlitosnej rutynie, miły dodatek do prywatnego życia.  Skręcając z Madison Ave Bridge w trzypasmową, i tylko z nazwy szybką Major Deegan Expressway, w ostatniej chwili zauważyłam narastający korek. W dali migały światła samochodów policyjnych. Ostro skręciłam w równoległą, biegnącą pod zawieszoną w powietrzu autostradą, drogę. Tam czekały nas co prawda światła na skrzyżowaniach, ale omijaliśmy wypadek, który już pojawił się w aplikacji Waze jako major accident. Jechaliśmy przez moment w milczeniu, kiedy nagle przypomniałam sobie: „Dziś przecież dziesiąty września. Jutro rocznica”. Michael natychmiast podchwycił: „Pojedziesz?”. Kiwnęłam głową.

Czytaj dalej „Piątek, 18 września 2020”

12 września 2020

„Jarek, pierdolisz! Nie było cię tam!”

Od wielu lat żałuję, że nie prowadzę dziennika. Wiele razy próbowałam zapisywać codziennie sprawy i przemyślenia i za każdym razem, po kilku dniach, rezygnowałam. Jeśli dobrze pamiętam, pierwszy pamiętnik zaczęłam pisać jako jedenastoletnia dziewczynka, w schronisku Samotnia, w Karkonoszach. Zeszyt był, jak na owe czasy, dość frymuśny – nie miał brudnoniebieskiej ani zgrzebnej brązowej okładki, jak normalne zeszyty w owych czasach, ale plastikową, czarną z przezroczystym wierzchem, pod który wsunięto kartkę z pocztem najważniejszych pisarzy polskich. Zeszyt był w kratkę i zapisałam w nim podróż z Mamą, autobusem z Jeleniej Góry do Karpacza i to, jak potem wędrowałyśmy do Samotni wąską ścieżką, po kamieniach i przez kosodrzewinę, a nie, jak wszyscy turyści, wygodną, brukowaną i szeroką drogą. I na tym się skończyło. Może dlatego, że nigdy nie miałam cierpliwości do regularnego prowadzenia zapisków, a może dlatego, że nie wierzyłam, że to, co zapisuję, jest warte utrwalenia… A może dlatego, że od wczesnego dzieciństwa nauczona byłam samokrytycyzmu, a rzadko chwalona uważałam, że moje zapisywanie jest trywialne, płaskie, nijakie i niewiele warte, nawet jeśli tylko ja sama byłam czytelniczką mojego pamiętnika. 

Samotnia w latach 70.
Czytaj dalej „12 września 2020”

Sobota, 22 sierpnia

Normalnie, nienormalnie

„Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że już niedługo znów będziemy gotować zupy?” – zapytałam męża, sprawdzając prognozę pogody na następny dzień, która zapowiadała znaczne ochłodzenie, bo temperatura z 93 stopni Fahrenheita miała spaść do 85. Przymknęłam oczy i poczułam zapach rosołu, pyrkającego na kuchence. „Idzie jesień” – dodałam melancholijnie. 

To prawda, od kilku dni jest chłodniej, może nie w sensie temperatur, ale jakby lżej jest oddychać. Ta niewątpliwa poprawa naszego codziennego bytu, ma swoje niedobre strony: wieczór zapada znacznie szybciej niż jeszcze kilka tygodni temu i jest to, niestety, mocno już zauważalne… Spacery wzdłuż rzeki, po ósmej wieczorem, odbywają się w całkowitych ciemnościach, robaczki świętojańskie wzlatują w niebo z rzadka, a świerszcze grają na pół gwizdka. Woda w basenie u E-ów wieczorami nie jest już tak miła, jak jeszcze tydzień temu i trzeba się przez dobre kilka minut przyzwyczajać do jej chłodu. Do końca lata jeszcze miesiąc, jeszcze kilkadziesiąt dni, ale jesień już złożyła chłodny powitalny pocałunek na rozgrzanej skroni sierpnia. 

Czytaj dalej „Sobota, 22 sierpnia”

Niedziela, 16 sierpnia 2020

Ach, kochany Augustynie…

Kiedy wczoraj wyszłam z domu, uderzyła mnie fala gorącego powietrza. W kapeluszu i masce, w ciemnych okularach, biegłam do samochodu i już w drodze zdejmowałam po kolei kapelusz i maskę. Okulary zostawiłam. Wyraźnego słońca nie było, ale po mojej stronie horyzontu światło raziło jaskrawym blaskiem. Jechałam do pobliskiego miasteczka, na południe, naprzeciw ciemniejącemu, wezbranemu ciężkim grafitem niebu. Kiedy po załatwieniu spraw w urzędzie wyszłam na zewnątrz, rozproszone chmury odsłaniały lazurowe niebo, a jezdnia parowała niedawną ulewą. Letnia burza przeszła nad miastem w dziesięć minut, zrosiła rabaty w parkach, zmyła nieco kurzu. Przyroda odetchnęła, ale tylko na chwilę, zaraz potem wyschły kałuże, rośliny znów omdlewały z upału, a ludzie na ulicy przyspieszali kroku. A jednak wyglądało na to, że upał się łamie, że sam jest już sobą znużony, wyczerpany…. Tak jakby nastąpiło jakieś apogeum letniej rozpusty kolorów, skwaru, gorących nocy i tropikalnych ulew o świcie i każda następna próba zapanowania nad miastem była już tylko ospałym, neurotycznym gestem.  „To chyba już ostatnia noc, kiedy będziemy potrzebować klimatyzatora” – powiedział wieczorem mąż. Wzruszyłam ramionami i wyciskając z wody kostium kąpielowy, bo właśnie wróciłam z pływania, skwitowałam jego przepowiednię: „Uwierzę, gdy zobaczę”. 

Czytaj dalej „Niedziela, 16 sierpnia 2020”