Poniedziałek, 27 grudnia 2021

Messiah

Monumentalnego dzieła Jerzego Fryderyka Haendla „Messiah” w całości po raz pierwszy wysłuchałam w Edmonton. Z pewnością nie było to zaraz po naszym przyjeździe do Kanady – jako nowi przybysze nie mieliśmy pieniędzy na takie rozrywki jak chodzenie do filharmonii. Myślę, że upłynęły 3-4 lata, zanim wybrałam się wreszcie na ten tradycyjny w północnej Ameryce, a właściwie w całym anglosaskim święcie przedświąteczny koncert i od tego czasu „chodzenie na Mesjasza” stało się moim corocznym zwyczajem. W ciągu trzydziestu kilku lat spędzonych w dwóch krajach Ameryki Północnej zdarzyło mi się opuścić koncert może dwa razy, zapewne z powodu wyjazdu do Europy. Rok temu – jak miliony zamkniętych w domach – słuchałam „Mesjasza” przez radio…

„The Chandos portrait of Georg Friedrich Händel”
by James Thornhill, c. 1720
Czytaj dalej „Poniedziałek, 27 grudnia 2021”

Niedziela, 7 listopada

„Mam honor pracować dla Polski”. Rozmowa z Krzysztofem Kasprzykiem (2006)

Pierwsza wiadomość, która wyświetliła się dzisiejszego ranka na ekranie mojego telefonu brzmiała:

„Wiesz, że umarł Krzysztof Kasprzyk? Miałam Ci powiedzieć, od tygodnia był w śpiączce… strasznie przykro.”

Pod nią były jeszcze trzy inne o podobnej treści. Czytałam je kilkakrotnie i nie rozumiałam ich treści…

Poznaliśmy się pod koniec lat 90., w Calgary, kiedy Krzysztof jako konsul generalny RP w Vancouver objeżdżał tereny podległe jego placówce. Potem wielokrotnie przyjeżdżał do Edmonton, gdzie spotykałam się z nim jako przedstawicielka Towarzystwa Kultury Polskiej, w którym wówczas pracowałam. Rozmawialiśmy o kulturze, stosunkach polsko-żydowskich, które Krzysztofowi zawsze leżały na sercu i o problemach Polonii w Albercie. A także o gotowaniu, które było hobby Krzysztofa i o pięknie Ameryki Północnej, którą znał i kochał. Kiedyś, będąc w Edmonton, przyszedł na lunch. Podałam śledzie w oleju ze smażonymi prawdziwkami…

A potem, kilka lat później, spotkaliśmy się na rogu Manhattan Avenue i Norman Avenue na Greenpoincie. Dwa lata wcześniej przeprowadziłam się do Nowego Jorku i kiedy dowiedziałam się, że został nowym konsulem w Nowym Jorku, nie mogłam się doczekać jego przyjazdu. To przypadkowe spotkanie na greenpoinckiej ulicy odświeżyło naszą znajomość. 

I ta znajomość przetrwała. Kiedy już wyjechał do Polski na stałe, nasz kontakt się nie urwał, wręcz przeciwnie. W połowie ubiegłej dekady stał się nawet bardziej intensywny. Krzysztof wspierał każdą nowojorską działalność i inicjatywę związaną z Komitetem Obrony Demokracji, który tu zakładaliśmy. Doradzał, pomagał – rozmawialiśmy przez telefon, wymienialiśmy emaile. Był naszym konsultantem i przyjacielem. Widywaliśmy się też w Polsce, ostatni raz w lutym, kiedy z moim mężem przyleciałam na pogrzeb moich Rodziców i z powodu zawirowań w Amsterdamie, wylądowaliśmy w Krakowie, a nie we Wrocławiu. 

Przyszedł do nas rankiem do hotelu, wypiliśmy kawę. To był środek covidowej epidemii w Polsce i nawet się nie uściskaliśmy. Byliśmy wszyscy zmęczeni, przerażeni i pełni jak najgorszych myśli, choć próbowaliśmy się wzajemnie pocieszać. Krzysztof odwiózł nas na dworzec. Któż mógł wiedzieć, że było to nasze ostatnie spotkanie. 

Poniżej przypominam wywiad, który przeprowadziłam z Krzysztofem Kasprzykiem w 2006 roku. Wiele spraw tam poruszanych dotyczy lokalnych problemów polonijnej społeczności nowojorskiej, wiele być może jest już nieaktualnych, ale zamieszczam go w całości, bo z każdego zdania, które Krzysztof wtedy wypowiedział, przebija profesjonalizm, pasja i uczciwość. To cechy, jakie reprezentował w swojej służbie dyplomatycznej. Żegnaj, najlepszy Konsulu… 

Calgary, 1996
Czytaj dalej „Niedziela, 7 listopada”

Czwartek, 21 października

Dziewiętnastka

Wróciłam z biblioteki około piątej zmęczona i zestresowana – minął właśnie dziewiąty dzień w nowym miejscu, w pierwszej pracy zgodnej ze świeżo uzyskanym wykształceniem na University of Alberta. Po ośmiu miesiącach od otrzymania dyplomu, w czasie których wysyłałam dziesiątki aplikacji, po serii rozmów kwalifikacyjnych w bibliotekach publicznych i akademickich w różnych miejscach Kanady i Stanów, dostałam posadę u siebie, w swoim mieście, w swojej bibliotece, w której pracowałam już od kilku lat na pół etatu jako library clerk. Nie musiałam się przeprowadzać, szukać mieszkania, odnajdywać w nowym miejscu. Już jako pełnoprawny bibliotekarz zaczęłam pracować w dziale katalogowania, w pełnym wymiarze godzin, przy własnym biurku…

Rozdanie dyplomów. Z prof. Hope Olson
Czytaj dalej „Czwartek, 21 października”

Niedziela, 26 września 2021

Landscape and memory

I.

Minęły wakacje. Jeszcze w dzień dopada nas upał, ciężki, oblepiający potem. Temperatury zwodniczo przekonują, że wciąż mamy lato, ale ranki i wieczory już spowija podszewka chłodu. Wchodzimy w jesień z ociąganiem, udajemy, że jej nie ma, że nie nadeszła. Wszystko to dlatego, że nie przeżyliśmy, jak należy, lata. Porządek rzeczy został zakłócony, wywrócony, zlekceważony. To już drugi rok, kiedy wszystko staje na głowie. Trudno nam znieść to, że straciliśmy panowanie nad własnym losem, który zupełnie nie liczy się z naszymi przyzwyczajeniami, rzuca pod nogi kłody, utrudnia normalne życie.

W zeszłym roku nie było nas w tych wszystkich miejscach, które najpierw pojawiają się w wakacyjnych planach, a potem dyskutowane po wielokroć, obejrzane na zdjęciach turystycznych folderów, wreszcie ocenione z ekonomicznego punktu widzenia stają się realnym celem naszych podróży. Nie było nas też w miejscach wymyślonych przez nas samych, wyszukanych gdzieś w zakątkach globu, do których mieliśmy dotrzeć pierwsi, odkryć je dla świata i zdecydować, czy wiedzą o nich podzielimy się z innymi, czy zachowamy ją tylko dla siebie. Samoloty latały puste albo nie latały wcale. My marzyliśmy o wyjeździe i jednego dnia optymistycznie robiliśmy plany na przyszłość, by następnego popadać w czarną rozpacz, nie wierząc, że cokolwiek się zmieni.

W tym roku jest inaczej. Lotniska pękają w szwach, wyprzedane do ostatniego miejsca w samolotach wypełniają tłumy spragnionych widoku bliskich, spragnionych wakacji, spragnionych innego powietrza. Podróżujemy ze szkaplerzem covidowego zaświadczenia o szczepieniu i z przyłbicą maski N-95. Są tacy, którzy panicznie się boją i siedząc w niewygodnym lotniczym fotelu kurczą się w sobie wierząc, że zapadną się, przepadną i, niewidoczni dla innych, dotrwają bezpiecznie do końca podróży. Ale są tacy, którzy buńczucznie zsuwają maskę poniżej nosa i rozglądając się, czy nie nadchodzi stewardessa, ignorują złowrogie, potępiające spojrzenia współpasażerów.

Jeśli jednak nigdzie nie lecimy, przeglądamy – częściej niż kiedykolwiek przedtem – zdjęcia z wakacji, które minęły, dawno rozpłynęły się w mgłę przyjemnych wspomnień, zatracając swoje kontury. Pocieszamy się obrazkami odwiedzonych w przeszłości miejsc. Byliśmy tam – na hiszpańskich plażach, przy grobach Atrydów, na zarośniętych ścieżkach Angkor Wat. Byliśmy, mamy to utrwalone, zapamiętane. Nikt nam tego nie odbierze.

Czytaj dalej „Niedziela, 26 września 2021”

Niedziela, 5 września 2021

Ida

Skończyłam właśnie dyżur ze studentami i powoli zamykałam komputer. Zza okna dochodziły odgłosy gęstego deszczu, bębnienie o skrzynkę klimatyzacji nie ustawało.  Spodziewaliśmy się tego deszczu. NYT podawał już kilka dni temu, że zahaczy o nas Ida, a od kilkunastu godzin pojawiały się ostrzeżenia, że będzie padało i to mocno. Jak mocno? Mieszkając w Nowym Jorku jest się przyzwyczajonym do silnych opadów, do rwących potoczków wzdłuż krawężników, zaparowanych szyb w samochodach i kalekich, porzuconych parasolek. Chyba dlatego nie przejęłam się ostrzeżeniami, choć – rzeczywiście – z pracy wyszłam wcześniej, obawiając się korków i bezczynnego sterczenia na drodze. Ale już od czterech godzin siedziałam spokojnie w domu, zajęta pracą nie zwracałam uwagi na to, co się działo na zewnątrz. Nagle zadzwonił telefon. 

– Jestem na stacji w Glenwood – powiedział Michael. – Pociąg dalej nie pojedzie, zalało tory. 

I dodał, że jest przemoczony do suchej nitki i że trzęsie się z zimna. Telefon brzęknął. Mogłam od razu obejrzeć przez jaki deszcz musiał się przedzierać w drodze do stacji Metro North.

– Zaraz po ciebie przyjadę – zawołałam przejęta. – Marzę o tym, żeby rozprostować nogi. 

– Ależ nie, nie przyjeżdżaj, wezmę taksówkę – zaprotestował mój mąż. – Ty naprawdę nie wiesz, co się dzieje. Absolutnie nie wychodź z domu. 

Czytaj dalej „Niedziela, 5 września 2021”

Wtorek, 6 lipca 2021

Ateński ptaszek

Do Aten jechała wezwana telegramem z organizacji „Lideryka”. Tam złożyli podanie o emigrację, stamtąd otrzymali dokumenty zezwalające na pobyt w Grecji (ale nie na pracę!), tak zwane adia paramoni; stamtąd wreszcie przyszło wezwane na rozmowę w ambasadzie kanadyjskiej, kwalifikującą do wyjazdu. Rozmowę mieli już za sobą, takoż szczegółowe badania lekarskie, kiedy w skrzynce pocztowej w ich kalamatiańskim mieszkaniu znalazł się nagle telegram, wzywający do przyjazdu do Aten. Wzywano tylko ją. Powodu nie podano, telefon w „Lideryce” był bezustannie zajęty, musiała jechać. Tym razem, ze względu na powagę sytuacji, odżałowała pięćset drachm i zdecydowała się na podróż autobusem – droższym niż pociąg, ale wygodniejszym i znacznie szybszym. Pociągiem bowiem jechało się z Kalamaty do Aten około dwunastu godzin, autobusem tylko pięć. 

Czytaj dalej „Wtorek, 6 lipca 2021”

Poeta na emigracji

Rozmowa z Wasylem Machną

Przedwczoraj, 12 maja, ukazała się w Polsce nakładem PIW książka nowojorskiego poety, Wasyla Machny „Kalendarz wieczności”, w przekładzie Bohdana Zadury. Zanim przeczytam tę wspaniale zapowiadającą się powieść, prawdziwy fresk historyczny, rozciągający się od XVII wieku po czasy współczesne, przypomnę bardzo dawny wywiad z poetą. Mówi on o ważnych rzeczach, o tożsamości artysty, o rozdarciu, o związkach z językiem i o twórczej samotności.

https://piw.pl/pl/kalendarz-wiecznosci

Nie dalej jak dwa tygodnie temu oboje uczestniczyliśmy w pewnym wieczorze literackim. W trakcie rozmowy padło pytanie skierowane do bohaterki wieczoru, znanej pisarki: czy uważa się za pisarkę emigracyjną. To samo pytanie chciałabym dziś zadać Tobie: Czy jesteś poetą emigracyjnym?

To jest bardzo ważne i ciekawe pytanie. Mam wiele przemyśleń na ten temat i kiedy to pytanie pada w wywiadach, a pada w miarę często, to odpowiadam jednoznacznie: nie, nie jestem poetą emigracyjnym. 

Uważam, że bycie twórcą emigracyjnym straciło rację bytu po upadku komunizmu w naszym regionie geograficznym, w Ukrainie czy w Polsce. Formuła pisarza emigracyjnego zamykała się przede wszystkim w fakcie publikowania poza granicami swojego kraju i w braku możliwości powrotu do ojczyzny, przy czym chodzi tu o powrót zarówno fizyczny, jak i metaforyczny. Dziś taka sytuacja nie ma miejsca. Moje książki wychodzą w Ukrainie, w każdej chwili mogę tam pojechać, na krócej, na dłużej. Emigracja została zastąpiona globalizacją: człowiek wybiera, gdzie chce mieszkać i jak długo chce tam mieszkać. Wiem, że dla Polaków tradycja emigracji ma większą wartość gatunkową niż dla Ukraińców. Jeśli chodzi o mnie, to oczywiście mój wyjazd nieco zmienił moje spojrzenie na literaturę ukraińską i zacząłem zauważać obecność pewnych rzeczy, które dzielą tych, którzy tam zostali i tych, którzy wyjechali. Nie chcę jednak postrzegać ich jako elementów istotnych, znaczących czy też przejmować się nimi. Pisarz, który wyjechał i zamieszkał gdziekolwiek, jak długo uprawia swój zawód w ojczystym języku i jak długo ma czytelników, którzy mieszkają w jego ojczystym kraju, tak długo jest częścią kultury tego kraju, a nie kraju, w którym zamieszkał, czy też częścią tworu zwanego emigracją. 

Czytaj dalej „Poeta na emigracji”

Zawsze pamięć, ciągle pamięć. „Powrót” Adama Zagajewskiego

Poeta wraca do Miasta. Po miesiącach, latach. Po wieczności. Gazety rozpisują się o powrocie, ukazują się wywiady i wszyscy zadają pytanie „dlaczego?” Potem ukazuje się tomik poezji, nazwany skromnie i cicho: ‚Powrót”.

Dwadzieścia dziewięć nowych wierszy Adama Zagajewskiego, wydanych przez „Znak”, to osobisty dziennik poety, to wyznanie uczynione przede wszystkim samemu sobie. Także zapis intymnej rozmowy z własnym „ja”, rozmowy pełnej gorzkich żalów, wspomnień i rozważań i postawionych pytań, na które niekoniecznie trzeba dawać odpowiedź.

Czytaj dalej „Zawsze pamięć, ciągle pamięć. „Powrót” Adama Zagajewskiego”

Pomiędzy szamaństwem a racjonalnością

Dawna rozmowa z Adamem Zagajewskim

W zimny listopadowy wieczór 2007 wysiadłam z metra na Union Square i pobiegłam do budynku New School. Sala była wypełniona po brzegi, a na scenie odbywało się poetyckie misterium i jakkolwiek patetycznie to brzmi, tak właśnie było. Tego wieczoru Ameryka otrzymała tłumaczenie niemal całej twórczości Zbigniewa Herberta. Nie oznaczało to, oczywiście, że Ameryka nie znała Herberta przedtem. Czytywała go przecież od niemal czterdziestu laty, bo był tu chyba jednym z najbardziej popularnych europejskich poetów. W samym New Yorkerze ukazało się około trzydziestu pojedynczych przekładów wierszy poety, głównie w tłumaczeniu Bogdany i Johna Carpenterów z Ann Arbor, którzy przez ponad trzydzieści lat niestrudzenie zajmowali się udostępnianiem Herberta anglojęzycznemu czytelnikowi.

Czytaj dalej „Pomiędzy szamaństwem a racjonalnością”

Z warszawskiej ulicy Gęsiej na nowojorską Upper West Side

O życiu Suli Benet, polsko-amerykańskiej antropolożki

Urodziła się w samym sercu żydowskiej przedwojennej Warszawy, na ulicy Gęsiej, jako Sula Epstein czy też Epsztajn. Niewiele wiadomo o jej polskim życiu, poza tym,  że  w latach dwudziestych wyszła za mąż  za niejakiego Samuela Beneta, by wkrótce potem zostać wdową. Była studentką jednej z najbardziej szanowanych i niezależnych polskich instytucji edukacyjnych – Wolnej Wszechnicy Polskiej.  Studiowała pod kierunkiem profesora Stanisława Poniatowskiego, etnografa i antropologa i także pod jego kierunkiem obroniła pracę magisterską, która przyniosła jej rozgłos i zaproszenie na stypendium do Nowego Jorku w 1936 roku.

Ul. Gęsia
Czytaj dalej „Z warszawskiej ulicy Gęsiej na nowojorską Upper West Side”