Pożegnanie Piotra Chełkowskiego
Zabierałam się za nowy wpis na tym blogu, tak ostatnio zaniedbanym. Miał dotyczyć dwudziestej drugiej rocznicy mojego przyjazdu do Nowego Jorku. Wtedy doszła mnie smutna wiadomość o śmierci Piotra Chełkowskiego, profesora studiów bliskowschodnich i islamskich w Uniwersytecie Nowojorskim. Tak się złożyło, że Piotra i jego żonę Gogę poznałam niecały miesiąc po przyjeździe do NYC i do chwili ich wyjazdu do Włoch w 2015 roku widywałam ich w miarę często. Zatem ten tekst jakoś spełnia mój zamiar wspomnienia 22. rocznicy.
Zbieraliśmy się – my, nowojorscy Polacy, zawieszeni w przedziwnym limbo tego miasta – w mieszkaniu Chełkowskich tradycyjnie na święto dziękczynienia i to tam poznawałam nowych ludzi i nawiązywałam nowe przyjaźnie. Goga i Piotr otoczyli mnie w tym pierwszym okresie serdeczną opieką, obdarzali radami i słuchali moich narzekań na trudne życie w nowym miejscu. Łączyły nas skomplikowane relacje, ich dawni przyjaciele byli bliskimi, a czasem najbliższymi mi osobami. Choć dzieliło nas pokolenie, znalazłam u Chełkowskich przyjazną przystań i wiele serca. Ich nowojorski numer telefonu wciąż jest w mojej książce adresowej…
Zanim wyjechali do Włoch pisałam o nich dwukrotnie do nowojorskiej prasy polonijnej. Oba teksty zamieszczam poniżej wraz ze zdjęciami, które zrobiłam podczas mojej ostatniej wizyty w Silver Towers, w ich mieszkaniu na 19 albo 22 piętrze – tego już dziś nie pamiętam. Pamiętam jednak to niezwykłe miejsce, wypełnione książkami, obrazami, wyszywanymi poduszkami i makatami, srebrnymi dzbanami, tajemniczymi przedmiotami wiszącymi na ścianach i ustawionymi na stolikach. Było zupełnie inne niż nowojorskie salony, które potem przez lata odwiedzałam. Nie brakowało mu swoistej elegancji, ale ważniejsze było to, czym oddychało się w tym apartamencie – z jednej strony była to atmosfera naukowego researchu, wiedzy, z drugiej krążyły tam w powietrzu ciemne wersy perskiej poezji…

Po śmierci Piotra ukazało się wiele nekrologów i wspomnień, jeden z nich wydał mi się szczególnie serdeczny i opisujący życie Profesora Chełkowskiego w wyczerpujący sposób.
https://www.shii-news.imes.ed.ac.uk/shii-news-passing-of-peter-chelkowski/
Portret rodzinny w perskim wnętrzu (2013)
Niemal całą ścianę pokrywa dziewiętnastowieczne malowidło, ongiś przenośna dekoracja wędrownego opowiadacza historii, przedstawiające historyczną bitwę pod Karbalą, która odbyła się w 680 roku pomiędzy zwolennikami Husajna, wnuka Mahometa a wojskami kalifa ommajadzkiego. Krwawa walka toczyła się o schedę po Proroku, a jej rocznica jest do dziś obchodzona przez pobożnych szyitów jako święto Aszury. Kłębowisko przerażonych ludzkich twarzy i końskich łbów od czterdziestu pięciu lat robi wrażenie na przybyszach, który zawitają w progi domu Stefanii i Piotra Chełkowskich.

Poznali się w Londynie. Stefania, czyli Goga, wówczas jeszcze Przyłuska, przyjechała na studia w Saint Martin’s School of Art, ale nie tylko po to, by studiować sztukę, ale także by spotkać się po osiemnastu latach z ojcem. Bronisław Przyłuski opuścił dom we wrześniu 1939 roku wyruszając na wojnę. Po upadku kampanii wrześniowej, w której został odznaczony krzyżem Virtuti Militari, dostał się do niewoli i spędził wojenne lata w oflagu Murnau, by w 1945 roku wstąpić do II Korpusu we Włoszech. Nie chciał i nie mógł wrócić do komunistycznej Polski, ale bardzo pragnął by przynajmniej jedno z jego trojga dzieci zdołało przedostać się na Zachód. Udało się to właśnie Stefanii, która wyjechała na fali odwilży, po dojściu Gomułki do władzy. Utrzymując się z niewielkiego stypendium, ufundowanego przez potomka rodziny znanych łódzkich fabrykantów i filantropów, Poznańskich, Stefania dorabiała jako kelnerka w londyńskiej restauracji „Daquise” w South Kensington, należącej do słynnych sióstr Halama. Trzeba dodać, że miejsce to było przystankiem dla wielu znany potem Polaków – między innymi, jako młody student, zmywał tam naczynia jeden z najwybitniejszych później poetów emigracyjnych, Bohdan Czaykowski. Tam właśnie, któregoś dnia, przyszedł w towarzystwie znajomego z Polski młody student wydziału studiów orientalistycznych, Piotr Chełkowski. Już w tym czasie absolwent orientalistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, przyjechał do Londynu, by pogłębiać swoją wiedzę…
– Pokażę ci coś – przerywa na chwilę swoją opowieść Goga Chełkowska i sięga po książkę Barbary Wachowicz „Siedziby wielkich Polaków. Od Reja do Kraszewskiego”. – Tu jest rozdział o rodzinie Piotra i majątku w Poznańskiem, dziś jedynym miejscu w granicach dzisiejszej Polski, w którym przebywał Mickiewicz. To właśnie w pałacyku w Śmiełowie zatrzymał się poeta, kiedy na wieść o wybuchu powstania próbował przedostać się do Polski. Ojciec Piotra był jednym z ostatnich przedwojennych właścicieli tego majątku. Podobnie jak mój ojciec walczył w kampanii wrześniowej, gdzie był pięciokrotnie ranny. Wywieziony z pola bitwy i ukrywany dochodził do zdrowia, a potem natychmiast przedarł się przez Słowację i Węgry do Francji i resztę wojny spędził u generała Maczka. Po wojnie wrócił od Polski i natychmiast został wtrącony do więzienia i oskarżony o szpiegostwo. To był niezwykły człowiek, pozbawiony jakiejkolwiek zawiści, nie żywiący do nikogo negatywnych uczuć…
Słucham tej opowieści uważnie, starając się nie uronić jednego słowa. Goga śmieje się: – Chcesz napisać o nas? To może być bardzo bardzo długa historia… Nie mogę nie opowiedzieć ci o moim ojcu, który był zawodowym wojskowym, ale w wolnych chwilach pisywał wiersze, z czego serdecznie nabijała się cała rodzina. Kiedy jednak ojciec wysłał swoje utwory na jakiś konkurs i dostał pierwszą nagrodę, wszystkim zrzedły miny. Pisała o jego poezji sporo Anna Frajlich, która go zresztą znała osobiście.
Goga sięga po następną książkę, tym razem z wierszami swojego ojca, a ja chwalę się: – Mam egzemplarz w bibliotece na Greenpoincie!

Ale wracajmy do młodej pary, która właśnie spotkała się w Londynie… Świeżo upieczony magister The School of Oriental and African Studies stara się o amerykańskie stypendium i wyjeżdża do Teheranu, by zdobyć tytuł doktora. Narzeczona wkrótce otrzymuje także stypendium i podąża za nim. – Miałam w Teheranie wielką wystawę malarską w tamtejszym ministerstwie kultury i nawet zaczęłam uczyć. Wkrótce wzięliśmy ślub, który był chyba jednym z najdziwniejszych ślubów: odbył się w Iranie, w kościele ufundowanym przez włoskiego hrabiego Ciano, ślub dawał nam niemiecki ksiądz, a ceremonia odbyła się w staroangielskim. Na ślubie nie było co prawda nikogo z rodziny, ale za to goście reprezentowali jedenaście różnych narodowości. Tak minęło kilka lat, Piotr zdobył tytuł doktorski i był pierwszym Polakiem, który otrzymał doktorat z uniwersytetu w Teheranie za pracę napisaną w języku perskim… Wkrótce urodziła się nasza córka Monika. Zaczęliśmy myśleć o znalezieniu nowego miejsca…
– Znalazłem się w Ann Arbor na zjeździe orientalistów – dodaje profesor Chełkowski – kiedy podszedł do mnie jakiś człowiek i powiedział, że ma niewiele czasu, ale że chciałby mi zaproponować pracę na uniwersytecie nowojorskim, na NYU. Byłem ogromnie zaskoczony, ale propozycję przyjąłem. Wkrótce znaleźliśmy się w Nowym Jorku.
Zapytany przeze mnie o to, czy zawsze chciał być orientalistą, profesor Chełkowski opowiada zabawną anegdotę o wschodnim kobiercu wiszącym na ścianie jego dziecinnego pokoju, po którym wędrował palcem. – Ale chciałem też być aktorem. Po dwóch latach orientalistyki zdecydowałem się zdawać do krakowskiej szkoły aktorskiej. Polecono mi przygotować Inwokację, którą miałem wygłosić jako relację z meczu piłkarskiego pomiędzy Polską a Hiszpanią, na dodatek skierowaną do Hiszpana nie znającego języka polskiego. No i dostałem się na te studia. Ale ciągnięcie dwóch kierunków nie było możliwe, więc szybko zrezygnowałem… Moja praca magisterska dotyczyła konstytucji Iranu. A potem wyjechałem do Londynu, by studiować kulturę Bliskiego Wschodu, i nie mogę nie wspomnieć, że starałem się o ten wyjazd wiele miesięcy, zanim wydano mi pozwolenie i wizę… Takie były czasy. Pobyt w Teheranie był poświęcony studiom nad literaturą perską. W trakcie mojej kariery zawodowej interesowały mnie najróżniejsze aspekty kultury… Wkrótce po przyjeździe do Nowego Jorku zorientowałem się, że Metropolitan Museum posiada bardzo interesujący manuskrypt perskiego dwunastowiecznego poety o imieniu Nizami. Poproszono mnie, bym przebadał ten manuskrypt i zaadaptował go na język angielski. Napisałem trzy opowiadania oparte na poematach, które zostały ozdobione przepięknymi miniaturami.

Wodzę palcem po ilustracjach, podziwiam kolory i złocenia, delikatny rysunek postaci. – Wydanie tej książki zbiegło się z otworzeniem w Metropolitan Museum działu kultury islamskiej. Książka okazała się sporym wydarzeniem i dostała nawet nagrodę. To są bardzo romantyczne opowieści o siedmiu księżniczkach, z których każda pochodzi z innej części świata, o księciu, który ma je poślubić i o perypetiach miłosnych – dodaje profesor Chełkowski.
Ale to tylko jedna z książek profesora. Za chwilę trzymam w ręku inne napisane przez niego książki. Jedna z nich nosi tytuł Staging a Revolution: The Art of Persuasion in the Islamic Republic of Iran. Jest tych książek wiele, jest także niezliczona ilość artykułów. Są także dwa tomy tzw. festschrift – książek napisanych przez studentów i kolegów Profesora i zadedykowanych mu w uznaniu za jego zasługi. Jest co oglądać i co czytać…
Profesor Chełkowski we wrześniu tego roku przeszedł na emeryturę po czterdziestu pięciu latach pracy w NYU. Oznacza to, że przestał uczyć, ale czy przestał pracować?
– A skądże – mówi. – Jest tyle jeszcze ciekawych rzeczy do odkrycia i do opisania…
Dwa lata temu Piotr Chełkowski został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. W tym roku Stefania Chełkowska odebrała w nowojorskim konsulacie z rąk prezydenta Komorowskiego Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP, za wybitne zasługi w działalności polonijnej i społecznej, za osiągnięcia w pracy na rzecz osób niewidomych i słabowidzących.
I tu wchodzimy w następny wielki temat rodziny Chełkowskich, właściwie zasługujący na oddzielny artykuł…
– Kiedy tylko mój syn podrósł, czyli gdzieś tak w połowie lat 70. – opowiada Goga Chełkowska – zaangażowałam się w prace Nowojorskiego Komitetu Pomocy Niewidomym w Polsce. Powstał on 65 lat temu i w jego działalność zaangażowane były bardzo szacowne osoby nowojorskiej Polonii, między innymi siostry Lilpopówny – Helena Rodzińska, Fela Kranc. Przez 65 lat ten komitet zdziałał niesłychanie wiele na rzecz niewidomych. Ludzie naprawdę wspomagali naszą działalność, słali datki, dzięki którym wspomagaliśmy na przykład zakład w Laskach. Stworzyliśmy także zupełnie unikatowe miejsce, które mieści się jakąś godzinę na północny wschód od Warszawy. Jest to Rolniczy Zakład Aktywności Zawodowej w Stanisławowie, który został założony przez Fundację „Praca dla Niewidomych” będącą częścią Komitetu. Rehabilitacja osób niewidzących, przystosowanie do życia, nauczenie zawodu, danie pracy – dziś ponad pięćdziesiąt osób pracuje w gospodarstwie, ciesząc się świadomością bycia pożytecznym. Gospodarstwo przyrządza posiłki dla biednych dzieci, rozwożone po okolicy, część osób zajmuje się uprawą warzyw i owoców, część prowadzi działalność rękodzielniczą, jest tam też gabinet rehabilitacyjny. Jest to jedno z naszych największych osiągnięć. Chcielibyśmy bardzo, by nasz Komitet zasilili młodzi ludzie, którzy wnieśliby nową energię. Ostatnio dostaliśmy piękny list od wojewody mazowieckiego, Jacka Kozłowskiego, z podziękowaniem za naszą pracę. Byłoby dobrze, żebyśmy ją mogli nadal kontynuować….
Czas kończyć naszą rozmowę. Jest jeszcze tyle rzeczy, o których moglibyśmy rozmawiać – o Iranie, w którym tyle się zmieniło od czasu wyjazdu Chełkowskich i za którym Goga zawsze tęskniła, o wystawie malarskiej obrazów, której nie ma czasu zorganizować, choć byłoby co wystawiać. O dwóch programach telewizyjnych w których uczestniczył profesor Chełkowski przecierając szlaki dziś tak popularnego distance learning i przybliżając Amerykanom świat perskiej kultury. O Gosi, niewidomej dziewczynce, która była gościem Chełkowskich i która dzięki Komitetowi przeszła tu skomplikowaną operację, a dziś pracuje w Anglii jako psycholog…
Za kilka dni zjadą na Boże Narodzenie dzieci i wnuki, dom zatętni znanym gwarem. Wiele dobrego, drodzy Państwo! Wielu lat energii na robienie tych wszystkich pięknych rzeczy, którymi nas obdarzacie!
Przed wyjazdem… (2015)
Pamiętasz, jak się spotkałyśmy? – pytam Gogę Chełkowską, która wraz z mężem zamyka swoje nowojorskie życie i przenosi się do Włoch. – Zadzwonił do mnie Jacek, Twój kuzyn ze Szwajcarii i powiedział, że znasz kogoś, kto ma do wynajęcia mieszkanie. Zadzwoniłam więc i przekazałaś mi wszelkie informacje o mieszkaniu, ale tego samego wieczoru poszłam do Fundacji Kościuszkowskiej na konferencję „The Polish American Woman” i podczas przerwy usłyszałam znajomy głos. Podeszłam do Ciebie i przedstawiłam się. W ten sposób poznałyśmy się osobiście… A potem zaprosiliście mnie na moje pierwsze nowojorskie Święto Dziękczynienia… Kto będzie organizował słynne przyjęcia z okazji tego najbardziej amerykańskiego święta?
Mamy przyjaciela, który pracuje w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Polsce, był tutaj w Misji Polskiej i w każde Thanksgiving dzwoni do nas, bo ciągle pamięta każde, przez wiele lat, wspólnie obchodzone święto. Pamięta, jakie tu bywały zloty na kilkadziesiąt osób (śmiech). Zaczęliśmy organizować te przyjęcia zaraz po przyjeździe do Nowego Jorku. Mało jeszcze kogo znaliśmy wtedy. Mieszkali tu państwo Tyszkiewiczowie, którzy byli jednymi z pierwszych naszych gości. Poznaliśmy Marię Ginterównę, która nas do siebie zaprosiła i tam poznaliśmy całą wielką Polonię. To był rok 1968, rok, w którym także przyjechało z Polski wielu polskich Żydów, wśród których było nieco naszych znajomych z Polski. Ale tak naprawdę nie znaliśmy nikogo, tym bardziej, że sami nie przyjechaliśmy tu z Polski, tylko z Teheranu. W miarę jak poznawaliśmy nowojorskich Polaków, nasze przyjęcia w listopadzie rozrastały się, gromadziły stałych nowojorskich znajomych, ale też bywali tu ludzie, którzy wpadli do Ameryki tylko na chwilę – na stypendium, na kontrakt, na kilkuletnią delegację.
Powiedziałeś przed chwilą –zwracam się do Piotra Chełkowskiego – że Thanksgiving to piękne święto. Co Cię w nim tak ujmuje?
Ze Świętem Dziękczynienia spotkaliśmy się mieszkając w Teheranie. Expaci mieszkający na Środkowym Wschodzie zawsze je obchodzili. Ujmujące jest to, że młode państwo, Stany Zjednoczone, w pewnym sensie idąc szlakiem tradycji europejskiej, która została zmieniona, ustanowiło święto dożynek. To święto było obchodzone w Babilonii, w Persji, w północnej Afryce, w zachodniej Azji jako święto zbiorów. I Amerykanie to kontynuują. W Europie niestety (może z wyjątkiem Polski) to zanikło. Hucznie obchodzi się Nowy Rok, nadejście wiosny. Dlaczego tak się stało – nie wiem. Ale Ameryka kontynuuje tę tradycję, która nie jest tradycją jednego miejsca. Jest tradycją ludzkości. Nie jest związane z żadną religią konkretnie, a jednocześnie gromadzi ludzi wszystkich wyznań.
Spędziliście w Nowym Jorku 47 lat. Przypomnijmy jeszcze raz, jak to się stało, że z Iranu przenieśliście się tutaj.
Byliśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że zaproponowano mi pracę w NYU – mówi profesor Chełkowski. – Powinienem dziękować za to Chruszczowowi i sputnikowi (śmiech). Kiedy Sowieci wypuścili pierwszy sputnik, Amerykanie bardzo się zdziwili, bo nagle zobaczyli, że są inne kraje, które potrafią wysłać sztuczne ciało w kosmos. To był straszny, bolesny cios dla Amerykanów (śmiech). Podjęto wówczas decyzję o zintensyfikowaniu badań kosmicznych, a prezydent Kennedy zapowiedział, iż za dziesięć lat poleci w kosmos pierwszy Amerykanin. Sprawa sputnika spowodowała tak wielkie zaskoczenie, że w Kongresie politycy doszli do wniosku iż Ameryka nie zna świata, nie orientuje się w możliwościach innych krajów. Powodem tego miała być między innymi niewielka znajomość języków obcych, która przecież jest podstawą do spenetrowania obcego państwa, jego kultury, polityki, ekonomii. W związku z tym opracowano program pt. Title 6. Mówił on, że świat trzeba podzielić na regiony i zacząć je studiować na uniwersytetach, na których utworzono 118 ośrodków do tego celu. Najważniejszym regionem stał się oczywiście Związek Radziecki i jego badania kosmiczne. Potem był Daleki Wschód, czyli Chiny, Azja Południowo-Wschodnia, Środkowy Wschód, Indie. Nie było ani jednego ośrodka, który miałby zajmować się Europą. Rząd zaczął pompować pieniądze w te uniwersytety, na których tworzono ośrodku badawcze. Ja właśnie dostałem pracę na fali tworzenia tychże ośrodków, czyli realizowania Title 6. NYU stworzyło wydział języków i kultury tego właśnie regionu, w którym jestem specjalistą. Moje wykształcenie to islamistyka i iranistyka, czyli dwie gałęzie orientalistyki. W pewnym sensie przechodzę do islamu irańskiego, zajmuję się kulturą irańską, ale także zajmuję się islamem sunnickim, nie szyickim oraz wpływami zachodnimi na Środkowy Wschód.

Pod moje drzwi codziennie przynoszony jest New York Times i od paru lat nie było jeszcze takiego dnia, w którym nie pisano by i nie zamieszczano zdjęć z tego regionu. I to jest właśnie znak czasu.
Jaki jest dokładnie profil Twojego wykształcenia?
Zacząłem studia w Krakowie na Wydziale Orientalistyki. Przez pięć lat studiowaliśmy arabski, perski, turecki oraz kultury tych języków, czyli w zasadzie były to studia filologiczne. Zrobiłem magisterium w 1958 roku i dostałem zaproszenie do Anglii. W Londynie jest wspaniała szkoła, School of Oriental and African Studies. Jest to ośrodek fenomenalny i jednocześnie bardzo elitarny. Zanim stał się częścią Uniwersytetu Londyńskiego należał do Colonial Office, War Office, Foreign Office, czyli był ośrodkiem przygotowującym ludzi do pełnienia funkcji politycznych w Imperium Brytyjskim. Jeden z moich znajomych, którego zatrudniono w ambasadzie brytyjskiej w Iranie, opowiadał mi, że kiedy tam po raz pierwszy przyjechał od razu z lotniska zabrano go w podróż po kraju. Do ambasady przyjechał dopiero po trzech miesiącach poznawania ludzi i kraju. Kiedy ja tam przyjechałem, Imperium już dogorywało i ta tradycja też… W Londynie robiłem dalsze studia, głównie historię. Po ich ukończeniu dostałem stypendium z nowojorskiej Fundacji Paderewskiego. Te stypendia bardzo często były udzielane studentom z Europy wschodniej. Chodziło o to, żeby pomagać wyrwać się zdolnym młodym ludziom z opresyjnego systemu i jednocześnie dać im możliwość mówienia o tym, co działo za żelazną kurtyną. Dzięki temu stypendium pojechałem do Teheranu, razem z moją narzeczoną, która skończyła właśnie studia w St. Martin School of Art.
Pojechałam na kontynuację studiów artystycznych – dodaje p. Goga. – Studiowałam na Uniwersytecie Teherańskim. Miałam tam potem wielką wystawę.
Pojechałem do Teheranu pierwszy, Goga przyjechała trzy miesiące później. Wzięliśmy lokalny ślub według tradycji perskiej, która zezwala na cztery żony (śmiech). Oczywiście, wzięliśmy również ślub kościelny. I oczywiście tam poświęciłem się też dalszym studiom poświęconym literaturze perskiej. Mój doktorat poświęcony był dziewiętnastowiecznej literaturze popularnej.
Persja miała literaturę popularną w dziewiętnastym wieku?
Tradycja literatury perskiej ma dwa i pół tysiąca lat. Do dzisiejszego dnia moi znajomi, którzy są inżynierami, właścicielami biznesów, uczonymi zapytani kim naprawdę chcieliby być, odpowiedzieliby: poetą. Rola i znaczenie poety, pisarza w Iranie jest nie do przecenienia. Literaci są w opozycji, ich jedno słowo liczy się bardziej niż całe zdanie jakiegoś polityka. To sytuacja bardzo podobna do tego, co kiedyś mieliśmy w Polsce. Jeżdżąc na międzynarodowe konferencje zaobserwowałem zwyczaj: po całym dniu obrad Irańczycy urządzają coś, co nazywa się she’r hani – recytacja poezji. Hani znaczy słuchanie, studiowanie, czytanie. Poezja jest esencjonalna w życiu Irańczyków. W czasie studiów pracowałem dla amerykańskiej organizacji pomocy Care Mission. Budowaliśmy szkoły, łaźnie, żywiliśmy tysiące dzieci. Miałem niesłychane przeżycie. Znalazłem się w środku pustyni. Pustynia tam jest górzysta i kamienista. Czasami napotyka się na solne jeziora, gdzie nie ma żadnej wegetacji, ale czasami jest tam też wioska. Jeździliśmy tam z pomocą. W takiej wiosce było może dwóch, trzech ludzi umiejących czytać i pisać. Reszta to byli analfabeci. Ale jak robili dla mnie obiad, to mój gospodarz recytował poezje, a naokoło siedziało mnóstwo ludzi, którzy słuchali i przeżywali. To zupełnie niebywałe. I jest to poezja trudna, wręcz niemożliwa do przetłumaczenia, z ogromnym ładunkiem mistyczności.

Jak to się stało, że naród, który tak kocha poezję, poszedł w pewnym momencie za głosem przemocy?
Po tym, co się stało w Iranie w 1978 roku, kiedy Chomeini doszedł do władzy, my, ludzie Zachodu, mamy bardzo złe pojęcie o kulturach i ludziach tego regionu. Polityka irańska po drugiej wojnie światowej nie była prężną polityką. Jeszcze wtedy Środkowym Wschodem rządziło Siedem Sióstr, czyli siedem głównych kompanii naftowych, m.in. Exxon, BP. Oni robili politykę, która sprzyjała Anglikom, Francuzom… Iran leży na skrzyżowaniu wielkich cywilizacji i na tym skrzyżowaniu odgrywał niebywałą rolę. Jak patrzysz na mapę tego regionu, nagle zdajesz sobie sprawę, że były starożytne kultury – egipska, lewantyńska, ludzie mówiący różnymi językami. Po najeździe arabskim większość tych państw, od Maroka aż do Eufratu i Tygrysu zaczęło mówić po arabsku, przeszło na Islam, zatracając swoją tradycję. Jedynym narodem, który co prawda przyjął Islam, ale nie zmienił języka i zachował kulturę jest Persja, Iran. Od zachodu przyszedł tam w pewnym momencie Aleksander Wielki, który był pod wpływem perskiej kultury, że zachowywał się jak Pers. Ten student Arystotelesa był tak oczarowany Persją, że chciał stworzyć coś wielkiego, opartego na tejże kulturze. Potem przyszli Arabowie, od wschodu Turcy, Mongołowie. I tam się stały bardzo ciekawe rzeczy – przede wszystkim zachowano język. Arabskiego używano tak jak niegdyś w Europie łaciny – w religii, do dysput naukowych. I tak przetrwali do dnia dzisiejszego. Kultury zachodnie, które zaczęły napływać w XX wieku, też tego nie zmieniły. Na początku XIX wieku Rosja zaczęła swoją militarną akcję na Kaukazie. Duża część Kaukazu to też jest kultura perska. Gruzja, Azerbejdżan znalazły się pod wpływami rosyjskimi. Od południa zaś byli Anglicy, którzy obawiali się, że Rosja, która nie ma portów na południu i ma w związku z tym problem komunikacyjny będzie parła do Oceanu Indyjskiego. To się nie skończyło ani wtedy, ani dziś. Tarcia, które tam powstawały miały ogromny wpływ na ten region. Widzimy więc, że przez stulecia Iran był tyglem, w którym wrzało. Nic dziwnego, że w pewnym momencie dokonał się tam przewrót.
Polska zdecydowała się przyjąć pewną liczbę uchodźców z Syrii i Erytrei. W Polsce jest spory opór przeciwko takim decyzjom. Zwolennicy przyjęcia uchodźców przypominają, że Iran przyjął tysiące polskich uchodźców w czasie wojny. Przeciwnicy odpierają ten argument, twierdząc, że wtedy Iranem rządzili Anglicy i że Irańczycy sami z siebie nie pomogliby Polakom.

Oczywiście, że pomogliby, jak najbardziej. Może nie bardzo wiedzieli, kim byli Polacy, ale pomocy udzieliliby bezwzględnie. Niedawno napisałem zresztą artykuł do ENCYCLOPÆDIA IRANICA artykuł na ten temat i przestudiowałem dokładnie całą sprawę. Irańczycy byli bardzo przychylni Polakom, dzielili się z nimi wszystkim, co mieli. Okazywali życzliwość na każdym kroku. Między końcem marca 1942 a sierpniem tego roku 125 tysięcy Polaków znalazło się w Persji. Przypływali z Krasnowodska do Bandar-e Pahlavi. Tam jest cmentarz, na którym jest pięćset polskich grobów. W Teheranie jest ich więcej niż dwa tysiące. Tam było jakieś 80-85 tysięcy żołnierzy i około 40 tys. cywilów. Żołnierze – rzecz oczywista – nie pozostali tam długo. Wkrótce przewieziono ich do teatru wojny. Ale cywile – ci zostali na dłużej. Jest wspaniała książka The Children Of Esfahan – Polish Refugees in Iran, która opowiada o losach polskich dzieci, które stanowiły połowę liczby uchodźców. Tam można przeczytać o tym, jaką serdecznością obdarzali Polaków miejscowi. Prości, niewykształceni ludzi otwierali swoje domy dla Polaków. Stali na szosie i witali uchodźców jadących z portu. Wychodzili na drogę czasem z jednym jajkiem, z jednym owocem, z kawałkiem chleba, ofiarując to przybyszom. Irańczycy mają we krwi to, że zajmują się biednym, opuszczonym, nieszczęśliwym.
Kiedy przyjechaliśmy do Teheranu – dodaje p. Goga – pamięć o Polakach była wciąż żywa. Było tam wiele kobiet, które powychodziły za Irańczyków i stworzyły tam Polonię. Dorastały już ich dzieci, druga generacja. Oni bardzo nam ułatwili początki życia w Teheranie.
Zagłębiliśmy się w sprawy historyczne, ale przecież głównym powodem naszej rozmowy jest to, że to piękne miejsce – wasze mieszkanie, ozdobione cudownymi perskimi dywanami i przepełnione duchem przyjaźni i otwartości, za parę dni zostanie spakowane w paczki, a wy wsiądziecie do samolotu i po 47 latach opuścicie Nowy Jork.
No cóż, wszystko się kiedyś kończy – mówi pani Goga. – Mąż przepracował niemal pół wieku na NYU, wypuścił pewnie ze dwudziestu doktorów. Był dwukrotnie dyrektorem instytutu, dwa razy szefem departamentu, czyli miał dodatkowe obowiązki administracyjne. Na szczęście te wszystkie lata miał do pracy spacerkiem. Ja urodziłam i wychowałam dwójkę dzieci. Kiedy przyjechaliśmy tutaj okazało się, że jestem w ciąży. Byliśmy zupełnie bez grosza. Nie mieliśmy mebli, miesiącami spaliśmy na podłodze. Trzeba było odczekać dziewięć miesięcy, żeby dostać ubezpieczenie. Pamiętam, że jakaś dobra dusza pożyczyła nam 400 na poród w szpitalu. Kiedy po paru miesiącach przypłynęły statkiem nasze dywany i poduszki zrobiliśmy sobie te kanapy, które tu widzisz – z drzwi, które przykryliśmy poduszkami. Teraz zabieramy je ze sobą do Włoch (śmiech).
Zajęłaś się też projektowaniem.
Tak, na początku projektowałam tkaniny, ale to nie trwało długo. Urodziło się nam drugie dziecko, syn. Starsza córka przyjechała tu w wieku czterech lat i nie mówiła w ogóle po angielsku, tylko po polsku i po persku. Trzeba się było nią zająć i ułatwić jej asymilację. Dopiero kiedy dzieci poszły do szkoły zajęłam się działalnością charytatywną, głównie pracując organizacji wspomagającej Zakład dla Ociemniałych w Laskach. Myślę, że spędziłam tam przynajmniej dwadzieścia lat.
I teraz jedziecie z powrotem do Europy…
Tak, ta decyzja jest spowodowana głównie tym, że w Turynie mieszka nasza córka. Poza tym mieszkanie w Nowym Jorku jest coraz trudniejsze i …coraz droższe. Bardzo nam szkoda opuścić to miasto. Lubimy je. Będzie nam brakować energii tego miejsca.
Dziękuję Wam za wszystkie chwilę spędzone z Wami, w Waszym gościnnym domu. Mam nadzieję, że będziecie nas tu odwiedzać.
Izabela, bardzo ciekawe, pięknie napisane. Znam tę dziewczynkę, która przebyła operację w NY I pracuje jako psycholog w Anglii. Moja mama jakoś ją poznała i jej mamę w czasie jej pobytu w USA, kiedy miała operację. Często spotykały się z moją mamą. Dziewczyna też ma ciekawą historię. Świat jest taki mały! Buziaki
LikeLiked by 1 person