2 kwietnia 2025

Powrót

Powoli schodzi mi z twarzy i z ramion meksykańska opalenizna, pewnie wyblaknie zupełnie, zanim zrobi się na tyle ciepło, żeby móc pojechać na plażę i znów pławić się w słońcu, zakładając oczywiście, że świat jest normalny, czyli wiosna będzie tylko wiosenna, a białe pantofle z odkrytymi noskami – zgodnie z amerykańską tradycją – włożymy dopiero po Memorial Day. Jak wiadomo jednak, nic już nie jest normalne i nie jest wykluczone, że już za tydzień czy dwa nastąpią prawdziwe nowojorskie lipcowe upały. Póki co, pogoda jednak nas nie rozpieszcza, co odczułam dość boleśnie, wybierając się do pracy w pierwszy dzień po naszym powrocie z wakacji, rozebrana jak do rosołu. Biegłam na stację, a potem z subwaya drobnymi kroczkami, usiłując dopiąć dżinsowy płaszczyk, który za cholerę nie chciał mnie ochronić przed zimnem. Za czapkę posłużyły mi słuchawki i zamiast słuchać Michała Żurawskiego, czytającego ostatni już rozdział nowej powieści Twardocha, słyszałam tylko dujący w nich wiatr. Greystone w dalszym ciągu było szare, niemal tak szare i brunatne jak dwa tygodnie temu, kiedy jechaliśmy na lotnisko. No, może gdzieś tam zamajaczyła w oddali delikatna zielonkawa koronka malutkich listków na jakimś krzewie i różowa obietnica kwiatów, ale wiosny wciąż ani widu ani słychu. Trzęsąc się z zimna wysiadłam przy muzeum i  dopiero na Grand Army Plaza nieco zwolniłam, bo właśnie zaczęło się tam żonkilowe szaleństwo. Co roku na wzgórkach otaczających rondo setki białych i soczyście żółtych kwiatów przedzierają się przez zeszłoroczne pokłady traw i liści i bezczelnie panoszą się, nic sobie nie robiąc z przenikliwego zimna. 

Ale co tam opalenizna! Tę zawsze można odświeżyć. Najważniejsze, żeby nie zbladły wspomnienia. Niby rozpakowaliśmy się, walizka schowana, ale przywiezione przez nas alebrijes nie znalazły jeszcze swojego miejsca, takoż malowane ręcznie zakładki do książek, kupione pod domem-muzeum Fridy Kahlo, takoż ametystowe bransoletki, takoż inne drobiazgi. Wełniane poduszki czekają na wypchanie, fotografie w telefonie na przeniesienie do komputera i uporządkowanie, a wrażenia na spisanie. 

Tymczasem trzeba wrócić do codzienności: zrobić pierwsze zakupy – w lodówce pustki, poza kilkoma drobiazgami zostawionymi przez warszawskich znajomych, którzy w czasie naszej nieobecności korzystali z naszego mieszkania. Trzeba zatem zaopatrzyć się w najpotrzebniejsze produkty, a tu półki  w Whole Foods, na których normalnie piętrzą się opakowania z jajami są tak samo puste jak przed naszym wyjazdem. Trzeba na nowo wdrożyć się w rytm codzienności: praca, dojazdy, inspekcja samochodu, college, program literacki, który zobowiązałam się poprowadzić miesiąc temu, rachunki, sprzątanie, niespodziewane korki na Major Degan Expressway, powroty do domu, szukanie parkingu… Kiedy w poniedziałek zdążam do biblioteki, rzucam okiem na bramę ogrodu botanicznego, za którą krzątają się ogrodnicy i zaraz potem niemal potykam się o leżącą na skraju chodnika sztuczną choinkę. Dopiero teraz ktoś ją wyrzucił? W Nowym Jorku wszystko jest możliwe i nikt niczemu się nie dziwi.


A zatem jesteśmy z powrotem… Podróż do Ciudad de Mexico była o wiele krótsza niż moje (a i Michaela też) podróże do Europy. Niby tylko pięć godzin, a przecież to wyprawa do zupełnie innego świata, innego języka, innej kultury, nieprawdopodobnie bogatej, tajemniczej, niemożliwej do zrozumienia w ciągu kilkunastu dni. Pięć godzin lotu na południe i byliśmy jedynie godzinę na zachód od naszej strefy czasowej, wyznaczonej przez południki 74 i 99, ale wieki od nowojorskiej rzeczywistości. Ze 122 metrów nad poziomem morza przenieśliśmy się prawie na szczyt Rysów. To, co działo się przez następne dwa tygodnie było podróżą przez egzotyczne zapachy, kolory i smaki, ale też przez skomplikowaną historię tego kraju. Było podróżą pouczającą i nakazującą pokorę i milczenie. 


Kiedy wracamy do Nowego Jorku, wszystko znika, cała euforia, radość, wrażliwość. Długie korytarze JFK wyłożone szarą brudną wykładziną, która straciła elastyczność i zwija się pod nogami zapowiadają rychły powrót do przyziemnych spraw i obowiązków. Aha, myślę sobie, kiedy czekamy na bagaż – to nic innego jak pierwsze objawy powakacyjnej depresji, która szybko minie. Nowy Jork nie pozwoli mi się w nim odkochać, wyrwać do innego świata. Za chwilę poddam się na powrót jego urokowi, delikatności, gracji, liryzmowi i zaakceptuję jego okrucieństwo, arogancję, brutalność i oschłość. 

Po pierwszym dniu pracy wracam do domu wieczorem. Na Grand Central mimo późnej pory tłumy, turyści pokazują sobie sufit, robią zdjęcia. Z tygodnia na tydzień będzie ich coraz więcej. Będą coraz bardziej zawadzać i irytować, stawać na drodze spieszących do podmiejskiej kolejki. Zanim kupię małą buteleczkę białego wina „na drogę”, bo czasem pozwalam sobie na taki odprężający drink po całym dniu pracy, zatrzymuję się na chwilę przy gitarzyście, który ładnie prowadzi melodię „Blue train”.  W domu  – obiecuję sobie – zaraz pójdę spać, zmęczenie daje o sobie znać,  No dobrze, dobrze – myślę sobie – jeszcze tylko pomyślę o jutrzejszym dniu, ułożę plan zajęć i rzeczy do załatwienia. Jeszcze przewinę kilka zdjęć z miejsc, w których byliśmy tak niedawno. Buenas noches, mruczę i myślę, że czas zacząć się uczyć hiszpańskiego.

One thought on “2 kwietnia 2025

Leave a comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.