Powrót
Powoli schodzi mi z twarzy i z ramion meksykańska opalenizna, pewnie wyblaknie zupełnie, zanim zrobi się na tyle ciepło, żeby móc pojechać na plażę i znów pławić się w słońcu, zakładając oczywiście, że świat jest normalny, czyli wiosna będzie tylko wiosenna, a białe pantofle z odkrytymi noskami – zgodnie z amerykańską tradycją – włożymy dopiero po Memorial Day. Jak wiadomo jednak, nic już nie jest normalne i nie jest wykluczone, że już za tydzień czy dwa nastąpią prawdziwe nowojorskie lipcowe upały. Póki co, pogoda jednak nas nie rozpieszcza, co odczułam dość boleśnie, wybierając się do pracy w pierwszy dzień po naszym powrocie z wakacji, rozebrana jak do rosołu. Biegłam na stację, a potem z subwaya drobnymi kroczkami, usiłując dopiąć dżinsowy płaszczyk, który za cholerę nie chciał mnie ochronić przed zimnem. Za czapkę posłużyły mi słuchawki i zamiast słuchać Michała Żurawskiego, czytającego ostatni już rozdział nowej powieści Twardocha, słyszałam tylko dujący w nich wiatr. Greystone w dalszym ciągu było szare, niemal tak szare i brunatne jak dwa tygodnie temu, kiedy jechaliśmy na lotnisko. No, może gdzieś tam zamajaczyła w oddali delikatna zielonkawa koronka malutkich listków na jakimś krzewie i różowa obietnica kwiatów, ale wiosny wciąż ani widu ani słychu. Trzęsąc się z zimna wysiadłam przy muzeum i dopiero na Grand Army Plaza nieco zwolniłam, bo właśnie zaczęło się tam żonkilowe szaleństwo. Co roku na wzgórkach otaczających rondo setki białych i soczyście żółtych kwiatów przedzierają się przez zeszłoroczne pokłady traw i liści i bezczelnie panoszą się, nic sobie nie robiąc z przenikliwego zimna.
Continue reading “2 kwietnia 2025”