Sobota, 19 września

Minęło lato, książki pozostaną…

Od dawna interesuje mnie nie tylko to, co ludzie czytają, lecz także sam widok człowieka pogrążonego w lekturze. Dlatego fotografuję czytających nowojorczyków – czasem ukradkiem, czasem po uzyskaniu ich zgody. Najczęściej spotykam ich w metrze, gdzie książka staje się prywatną przestrzenią, małym schronieniem pośród tłoku, hałasu i pośpiechu. Na Facebooku prowadzę poświęcony tym fotografiom dział zatytułowany Books of New York i kiedy tylko rozgryzę jak działa Instagram 😉 przeniosę tam te zdjęcia. Robię je z fascynacji tym szczególnym momentem, kiedy człowiek, choć otoczony setkami innych ludzi, przestaje zauważać świat i przenosi się gdzieś zupełnie indziej.

Od dawna interesuje mnie jednak nie tylko, co ludzie czytają, ale również dlaczego właśnie ta, a nie inna książka trafia do nich w określonym momencie życia. Lektury wybieramy przecież z wielu powodów: z ciekawości, potrzeby zrozumienia świata, pragnienia ucieczki od codzienności, a czasem po prostu dlatego, że ktoś, komu ufamy, powiedział – musisz to przeczytać i podpowiedział nam tytuł. Bywa, że książka długo czeka na półce, zanim nadejdzie jej czas. Bywa też, że sięgamy po nią przypadkiem, a ona niespodziewanie zostaje z nami na długo. Bywa, że książki długo czekają na swoją kolej i chyba każdy ma przy łóżku swoją “kupkę wstydu”.

Postanowiłam więc zapytać przyjaciół i znajomych, co ostatnio przeczytali i która z książek okazała się dla nich ważna, poruszająca, zabawna, niepokojąca albo po prostu godna zapamiętania. Niektórych właściwie nie trzeba było nawet prosić – natychmiast dzielili się tytułami, wrażeniami i całymi historiami związanymi z lekturą. Inni bronili się przed odpowiedzią tak, jakbym pytała nie o przeczytaną książkę, lecz domagała się ujawnienia zeznania podatkowego albo jakiegoś starannie skrywanego sekretu alkowy 😉 Ta nieoczekiwana powściągliwość także wydała mi się interesująca. Najwyraźniej pytanie o książki bywa bardziej osobiste, niż mogłoby się wydawać.

Interesowały mnie bowiem nie tyle same tytuły i nazwiska autorów, ile osobiste spotkania z książkami: zachwyty, rozczarowania, odkrycia i myśli, które nie znikają po zamknięciu ostatniej strony.

Zebrane odpowiedzi tworzą coś więcej niż listę polecanych lektur. Są małym zbiorowym portretem ludzi, których znam i cenię – ich wrażliwości, zainteresowań, lęków, poczucia humoru i sposobów patrzenia na świat. Bo kiedy opowiadamy o książkach, które naprawdę nas poruszyły, niemal zawsze opowiadamy również o sobie. Kolejność prezentowanych wypowiedzi nie została podporządkowana żadnemu szczególnemu kluczowi. Sięgałam po nie po prostu kolejno, w miarę jak do mnie napływały i układały się w tę opowieść o książkach oraz ich czytelnikach. Tylko ostatnie miejsce zachowałam świadomie dla siebie – skoro zapytałam innych o ich lektury, wypada przecież, żebym na zakończenie sama odpowiedziała na własne pytanie.
Wszystkim serdecznie dziękuję za udział — i przepraszam za moje uporczywe nagabywanie. Mam nadzieję, że efekt był tego wart!

Radka Franczak

Ewa Wieżniawiec “O wilku mówiono w izbie” (KE, 2025) – dawno nie czytałam tak świetnie napisanej książki, chwyciła za gardło, trzymała do samego końca, sprawiła, że zniknęłam na cały dzień dla wszystkich. Ryna, główna bohaterka wraca z prac w Niemczech do miejsca swojego pochodzenia – położonej koło bagien białoruskiej fikcyjnej wsi Nauhalne.


Elisabeth Asbrink “Moja wielka piękna nienawiść” (Wielka Litera, 2025) – biografia Victoii Benedictsson, znacznie więcej niż biografia pisarki, tło społeczne zilustrowane pod kątem statusu kobiet w tym świecie, świetnie sportretowane, świat artystyczny, zasady które nim rządziły, zarys historyczny – cały świat wokół z taką właśnie koncentracją na kobietach. i oczywście postać pisarki. Bardzo inspirująca, dla mnie książka która naświetla wciąż ciemne miejsca w literaturze i historii.


Iwa Kołodziejska “Podolskie zielniki. Praktykowanie wiedzy o roślinach na Podolu Wschodnim (Ukraina)” (
Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, 2023) – świetna, niesamowita. Opis relacji łączących ludzi i rośliny na podstawie badań prowadzonych przez autorkę w latach 2009-2018. Bardzo czekam na kontynuację (jeśli będzie).


“Maria Lubomirska. W słowach i obrazach” (Ośrodek KARTA, 2023), to książka którą przeglądałam całe lato. Fotografie Marii Lubomirskiej, polskiej fotografki, jej zapiski, fragmenty listów – chciałabym więcej.

Wspaniałe zdjęcia, zapis czasu 1904-1918r.


Kamel Daoud “Huryska”, (ArtRage, 2025) – bardzo ważna książka, wydana w serii wydawniczej Rahla, która z miejsca stała się moją ulubioną serią. Oran, Algieria, bohaterką jest kobieta, której głos czytamy przez cały czas. Wstrząsający opis jej punktu widzenia, doświadczeń związanych z wojną domową w latach 90tych, która uderzyła najbardziej właśnie w prawa kobiet. Wojna domowa w Algierii – jedno z tych historycznych wydarzeń o którym wciąż mówi się za mało i konsekwencjach.


Jokha Alharthi “Ciała niebieskie”(ArtARage, 2024) – kolejna książka z serii Rahla, autorka omańska pisarka dostała za książkę nagrodę Bookera. Bardzo książka dla mnie – poetycka, jednocześnie osadzona w realiach, które są misternie zarysowane – i głos bohaterki i wszystkie postacie i zdarzenia w tle.
Między snem a jawą, i podskórnie też cały czas czuję tu temat życia kobiet.

W ramach serii czytam też ” Idąc na rzeź” Mahmud Doulatabadi


Werner Herzog “Przyszłość prawdy”, (Obroty, 2024) – Herzog napisał książkę w 2024, czytałam ją w momencie kiedy zupełnie nie miałam czasu na czytanie – i mimo, że tak dużo jeszcze wydarzyło się w tym temacie “prawdy” od 2024 do dziś – miałam poczucie, że esej są aktualne, pozostało mi w głowie wiele pytań i inspiracji. Małe zdarzenia, które tworzą ostatecznie mapę powiązań.

Jacek Dehnel

Z wiekiem coraz rzadziej trafia się na arcydzieła – ale nie jest to niemożliwe. Dzięki tłumaczce Małgorzacie Gralińskiej pojawił się w polszczyźnie Walter Kempowski. „Wszystko na darmo” (ArtRage, 2023) – powieść, którą wydał na rok przed śmiercią, w 2006 roku – toczy się w początkach roku 1945 gdzieś w Prusach Wschodnich, w majątku państwa von Globigów, Georgenhofie; pan domu bawi jako oficer we Włoszech, pani snuje się po pokojach, ich synek unika spotkań Hitlerjugend, wymawiając się bólem gardła, a cały dom trzyma w ryzach cioteczka-rezydentka. Zachodzi tu co jakiś czas wścibski nazista Drygalski. Gdzieś tam jest front, propaganda pociesza. Pojawiają się pierwsi uchodźcy.

Kempowski – który latami budował wielką kronikę niemieckiego społeczeństwa w czasie wojny – to rewers Manna z „Buddenbrooków”: mistrzowsko pokazuje rozpad mitu niemieckiego mieszczaństwa i solidności; każdy z bohaterów jest tak czy inaczej uwikłany w nazizm, tak czy inaczej uwikłany w drobne nieuczciwości, ale i zdolny do nieoczekiwanych aktów przyzwoitości. Wspaniałe są tu dialogi – zdania twierdzące kończą się często nie kropką, a znakiem zapytania, jakby wszystko w tym skłamanym, rozpadającym się świecie było podsiąknięte niepewnością, wątpliwością.


Wielka opowieść o ucieczce i rozpadzie przywodzi na myśl genialną „Francuską suitę” Irène Némirovsky, (Albatros, 2006) – toczącą się przecież raptem parę lat wcześniej, kiedy to zwycięska armia niemiecka wkraczała we Francję jak w masło; te same drobne podłości, te same kompromisy (nie)moralne. Warto przeczytać te dwie wybitne powieści w parze.

Sylwia Chutnik

„Kameliowy Sklep Papierniczy” Ito Ogawy, (Tajfuny, 2023), to książka dla wszystkich, którzy wciąż wierzą, że papier ma swoją pamięć, a odręcznie napisany list potrafi powiedzieć o nas więcej niż dziesięć wiadomości wysłanych w pośpiechu. Bardzo bliska jest mi jej czułość wobec papieru, atramentu, pisma i całego rytuału pisania. Tego momentu, kiedy trzeba na chwilę zwolnić i naprawdę zastanowić się, co chcemy powiedzieć drugiemu
człowiekowi. Ogawa pokazuje też, że list jest często próbą nawiązania kontaktu, bywa też pożegnaniem, wyrażenia uczuć albo uporządkowania relacji, które nie zawsze dają się łatwo nazwać. Lubię tę książkę za jej niespieszność i przekonanie, że bliskość buduje się z drobnych gestów, uważności i czasu poświęconego drugiej osobie. To jedna z tych lektur, po których człowiek ma ochotę wyjąć papier z szuflady, znaleźć pióro i napisać do kogoś, z kim dawno nie rozmawiał. Oczywiście, praktykuję to, od kiedy nauczyłam się czytać i pisać, ale po lekturze tej powieści napisałam od razu pięć i pobiegłam do najbliższego papiernika na zakupy!

Jan Zieliński

„Józef Mackiewicz, Barbara Toporska, Roman Brykczyński, Listy.” (Kontra, Londyn 2026). Korespondencja z kuzynem Mackiewicza, wzbogacona przeciekawymi wypisami z rodzinnych kronik oraz wspomnień kilku matron, sięgających głęboko w wiek XIX.


Kinga Skwira, „Zacznijcie beze mnie”. Ilustrowała Basia Ślusarczyk. (Girls and Queers to the Front, Warszawa 2026).
Oryginalne. Ożywcze. Odlotowe. A przy tym ciepłe.

Hania Czernik

Lato skwierczało szczególnie tego roku nawet jak na Kolorado, zwykle i tak gorące i suche w lipcu i sierpniu – ‘słońce paliło, a ziemia szła w popiół prawie’. Chodziło mi nieustannie po głowie zdanie Sylvii Plath otwierające jej „Szklany klosz”: “It was a queer, sultry summer /…/and I didn’t know what I was doing in New York.” To było dziwne, duszne lato i ja też nie wiedziałam, co robię w Denver.. 🙂

Czytałam więc, książka dawała nie tylko psychiczne wytchnienie, pozwalała odpocząć od letniej kanikuły, ale i od opresyjnej atmosfery politycznej… Zbiegiem okoliczności gros lektur stanowiły powieści i opowiadania pisane przez kobiety. Najpierw to były Japonki: Asako Yuzuka, Yoka Ogawa i Sayaka Murata. Ich proza najczęściej zwięzła i oszczędna, jak ikebana czy minimalistyczne wnętrze japońskiego domu, w której słychać niemal spadające płatki kwiatów wiśni, a czasem szokująca w koncepcji i obrazach, zmuszała do postawienia sobie zaskakujących pytań… We wszystkich tych książkach metafizyczne sugestie okazywały się tak różne od europejskiej grecko- judeo- chrześcijańskiej tradycji, którą u nas wszystko przesiąknięte…

Szczególne wrażenie wywarła na mnie jednak krótka powieść Duriana Sukegawy „Sweet Bean Paste”, wydana w Polsce pod tytułem „Kwiat wiśni i czerwona fasola” (WUJ, 2018). To poruszająca proza, która w ciepły i subtelny sposób opowiada o odkupieniu win i krzywd, o samotności i znalezieniu sensu życia.

Fabuła skupia się wokół Sentaro, mężczyzny z trudną, bliżej nie zdefiniowaną przeszłością, prowadzącego mały sklepik z dorayaki – tradycyjnymi japońskimi naleśnikami przekładanymi słodką pastą z czerwonej fasoli. Jego monotonne życie zmienia się diametralnie, gdy zatrudnia on ekscentryczną staruszkę o imieniu Tokue, posiadającą sekretny przepis na idealne nadzienie i niezwykły dar jego przyrządzania przeistaczający zwykły proces gotowania w prawdziwe misterium..

Książka, z pozoru pełna opisów kulinarnych i miłości do natury, dotyka niepowierzchownie tematu wykluczenia społecznego oraz udowadnia, że wartość ludzkiego życia nie zależy od jego produktywności i w żadnym wypadku od jego statusu. To pełna empatii, słodko-gorzka historia o tym, jak niespodziewana przyjaźń potrafi uleczyć dawne rany, także te zadawane przez państwo japońskie ofiarom trądu, zwanego chorobą Hansena – aż do 1996 roku zamykanym przymusowo w obozach, skazywanym na izolację od rodzin, od społeczeństwa, choć leki na trąd, wcale nie taki zakaźny jak wieść gminna niosła, znane były od lat 40 dwudziestego wieku..


O ile w japońskiej prozie dominuje cisza i samotność, o tyle zupełnie inną atmosferę niesie ze sobą powieść „Cesarzowa Piotra” (Wyd. Literackie, 2025) poczytnej litewskiej pisarki Kristiny Sabaliauskaitė znanej polskiemu czytelnikowi z wcześniejszej wielotomowej powieści „Silva Rerum”.

„Cesarzowa Piotra” dudni wprost od przemarszu wojsk i dworskich intryg, wypełniają ją gwałty i rzezie, tłumne pijatyki rosyjskiego dworu, a klamrę narracyjną stanowi zbliżająca się śmierć wspominającej swoje burzliwe i brutalne życie Katarzyny I – pierwszej cesarzowej Rosji, która przyszła na świat jako Marta Helena Skowrońska, uboga sierota o litewsko-polskich korzeniach. Z pozycji niewolnicy i praczki, dzięki sprytowi, inteligencji emocjonalnej oraz trójkątowi miłosnemu z udziałem Aleksandra Mienszykowa i cara Piotra I Wielkiego, trafia na sam szczyt władzy imperium. 

Książka Litwinki jest niezwykle poruszająca i niestety zdumiewająco aktualna.. Rosja Piotra zwanego Wielkim nie różni się się w swojej istocie tak bardzo od Rosji Putina, przerażającej i mimo pozorów ucywilizowania wciąż barbarzyńskiej…

Michał Nogaś

Wakacje to czas nadrabiania zaległości, oczekiwania na nowości, a także — to mój przypadek — czytania, na potrzeby wywiadów i spotkań, książek, które za chwilę się ukażą. Przeczytałem więc kilkanaście, a może i więcej pozycji, z których kilka na długo zapadły mi w pamięć. Co chciałbym polecić innym?

Z pewnością do tego grona należy nowa książka Agnieszki Daukszy, profesorki Uniwersytetu Jagiellońskiego, laureatki przyznawanego w Rybniku „Juliusza” (konkurs na najlepszą biografię) i finalistki „Nike” — za „Jaremiankę”. Niedaleko pada granat od jabłoni”, (Karakter, 2026) to rzecz znakomita, napisana językiem nie do podrobienia, wyczulonym na najważniejsze słowa, szepty, na niedopowiedzenia i gesty, których czasem nie da się jednoznacznie opisać.

W formie nie do końca możliwej do nazwania — gdy wciąż słychać o potrzebie szufladkowania, przypisywania do gatunków — autorka opowiada o skomplikowanym, filmowym wręcz życiu „nieznacznej” — jak sama ją nazywa (co stanowi nawiązanie do tytułu poprzedniej książki Daukszy) — Liny z Sambora, Żydówki, która — prowadzona na śmierć — najpierw, za namową siostry, wyrzuciła w krzaki swoją maleńką córeczkę, a następnie sama salwowała się ucieczką.

Gdy, cudem ocalona, wróciła na miejsce porzucenia dziecka, okazało się, że Ewy nie ma. Tak zaczęła się historia poszukiwań, w wyniku których los Liny przeciął się z losem małżeństwa Tuwimów, pewnej dziewczyny ze Związku Radzieckiego i wielu innych. Dauksza pisze o macierzyństwie, tożsamości, kłamstwie, niepewności, bazuje na wspomnieniach głównej bohaterki, rozmowach z jej bliskimi — odtwarza świat wymarły,wypalony i tworzy literaturę najwyższej próby.


Wspaniała i wciągająca jest nowa powieść Macieja Płazy, zdobywcy „Angelusa” za „Robinsona w Bolechowie”, Nagrody Literackiej Gdynia i Nagrody im. Kościelskich za „Skorunia”, dwukrotnie nominowanego do „Nike”. Jego “Kasperl i Margit”, (Wydawnictwo Literackie, 2026) powieść poznańsko-berlińska, to połączenie historii łotrzykowskiej z arystokratyczną, hymn na cześć stolicy Wielkopolski oraz rzecz o międzywojennym Berlinie, widzianym z zupełnie innej niż w kultowym filmie Fosse’a, perspektywy.

Bohaterowie Płazy — syn prostytutki z Chwaliszewa oraz córka hrabiego patrioty – poznają się stosunkowo późno. Wcześniej pisarz kreśli ich losy osobno, naprzemiennie. On z podwórkowego chłystka i zawadiaki przemienia się w powstańca, by następnie – w Berlinie – zwrócić się ku sztuce dalekiej od salonów. Ona dobrze i bezpiecznie wychodzi za mąż, ale jej wybranek, lekarz, traci rozum i siebie na froncie I wojny światowej, więc po rozpadzie małżeństwa kobieta przenosi się do niemieckiej stolicy i staje się gwiazdą jednej z najważniejszych scen.

W potężnej, kilkusetstronicowej powieści Płaza znakomicie operuje różnymi rejestrami języka, odtwarza słownik gwary poznańskiej, gra z historią XX wieku — efekt może wbić czytelnika w fotel, ostrzegam!


I jeszcze jeden tytuł, najnowsza reporterska książka Katarzyny Surmiak-Domańskiej „Świat przed nami nie istniał. Jak wojna została w naszych domach” (Agora, 2026), w której pojawia się także opowieść autorki tego bloga. To opowieść o traumach, z którymi mierzyć muszą się dzieci czy wnuki ocalałych z II wojny światowej, wszyscy ci — nasi rodzice, dziadkowie, kuzyni — których faszerowano martyrologią, zaciągano na siłę do izb pamięci, wysyłano na wycieczki do byłych nazistowskich obozów koncentracyjnych, opowiadano w czasie rodzinnych obiadów o rzezi
wołyńskiej czy gwałtach na Zieleniaku.

To — z wielu powodów — książka misyjna, powinien ją przeczytać każdy, kto próbuje zrozumieć, skąd w Polakach tyle złości, niechęci wobec drugiego, gniewu, wściekłości, ale też lęku, strachu, powinna trafić w ręce każdego, kogo dziwi, że 18 proc. obywateli III RP cierpi na PTSD. W zbiorze historii zebranych przez Surmiak-Domańską, w opowieściach bohaterów odnajdzie się większość z nas, bo wojna — choć zdaje się odległa — wciąż burzy spokój, prześladuje, nie daje spokojnie żyć. Czy to fenomen? A może zaniedbanie systemowe i brak zgody na jasne powiedzenie sobie, że o zdrowie psychiczne należy dbać na równi z tym fizycznym? „Świat przed nami nie istniał” to powinna być lektura obowiązkowa każdego, kto nad Wisłą wkracza w dorosłość — by nie popełniał błędów własnych przodków.

Ewa Maliga

Ostatnimi czasy zapadłam w czarną dziurę albo – jak kto woli – króliczą norę (rabbit hole). Nazywa się Empik Go. Mam subskrypcję od kilku lat i bardzo sobie ją chwalę, choć niestety spowodowała w ostatnich miesiącach rozluźnienie moich dotąd twardo egzekwowanych zwyczajów, czyli stosowania płodozmianu – jedna książka po polsku, jedna po angielsku… Aplikacja – jak to zwykle bywa – po lekturze poleca mi kolejne, więc podążam jak w owczym pędzie i moja lista polskich lektur odłożona na wirtualną półkę wydłuża się w zastraszającym tempie. A jeszcze należy dodać, że zasadniczo czytam uszami, czyli jestem wielką fanką audiobooków – mam swoich ulubionych lektorów (Filip Kosior anyone?:)) i cenię sobie, że mogę słuchać, równocześnie wykonując inne, często nudne czynności życia codziennego!

Ale do brzegu: polecam dwie moje ostatnie lektury z zasobów Empiku.
Pierwsza pozycja to „SPATIF. Upajający pozór wolności” Aleksandry Szarłat (Wydawnictwo Czarne, 2023). Historia legendarnego warszawskiego Klubu Aktora Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu, znakomicie udokumentowana przez autorkę, to zbiór anegdot i portretów najważniejszych postaci kultury powojennej Polski.

Szarłat przez kilka lat przepytywała bywalców klubu, by stworzyć obraz tego
niesamowitego miejsca, gdzie czołowe postaci warszawskiego środowiska
artystycznego toczyły dysputy o życiu, suto zakrapiane alkoholem i w towarzystwie ponurych panów z bezpieki, siedzących przy sąsiednich stolikach. Wśród nazwisk: Stanisław Dygat, Kalina Jędrusik, Agnieszka Osiecka, Marek Hłasko, Leopold Tyrmand, Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, Janusz Minkiewicz, Jerzy Andrzejewski, Tadeusz Konwicki, Joanna Rawik, Ireneusz Iredyński i Janina Staniszkis, by wymienić tylko najbardziej znanych… SPATIF był bardzo ważnym miejscem aż do stanu wojennego,
potem wszystko się zmieniło i choć lokal nadal działa, to już niestety nie odgrywa takiej roli jak dawniej. Jako dziecię wychowane i wykształcone w PRL-u pochłonęłam 16 godzin słuchania w 3 dni!


„SPATIF” doprowadził mnie do kolejnej lektury – „Radykalna. Wszystkie sprzeczności Jadwigi Staniszkis” Krzysztofa Katkowskiego (Wydawnictwo Otwarte, 2026) Staniszkis – zmarła w 2024 pierwsza dama polskiej socjologii – radykalna, idąca pod prąd, wymykająca się schematom, ze skomplikowanym życiem prywatnym, często kontrowersyjna w poglądach (zwłaszcza pod koniec życia) zawsze mnie fascynowała, choć niejednokrotnie ze zdumieniem słuchałam jej wywodów. I ta jej czerwona szminka!

Cytuję za Empikiem: „Autor prowadzi nas przez naukowe idee Staniszkis, jej medialne starcia, skomplikowane relacje i przyjaźnie – w szczególności tę z Jarosławem Kaczyńskim. Rozmawia z Piotrem Glińskim, Mateuszem Morawieckim, Leszkiem Balcerowiczem, Ryszardem Bugajem czy Aleksandrą Jasińską-Kanią i tworzy portret osoby, której nie da się zaszufladkować. Kobiety, która zamiast uprawomocniać stabilizację, wolała stabilnie… destabilizować. […] Staniszkis była pierwszą w Polsce badaczką, która udowodniła, że socjologia bywa sportem ekstremalnym”. Nic dodać, nic ująć… Jako wielbicielka biografii wszelakich nie mogłam się oderwać.

Cezary Łazarewicz

To ja polecam trzy książki. Według kolejności ich ukazywania się.

Pierwsza to Marka Węcowskiego „Homer na nasze czasy” (Znak Literanova, 2026). Bo to była lektura obowiązkowa przed filmem Nolana „Odyseja”. Węcowski pokazuje, że Homer, to znaczy jego dzieła, nie jest jakąś ramotą sprzed tysięcy lat, ale że może posłużyć do odczytania współczesności. No, a oprócz tego to bardzo ciekawa historia pisarza, który nie wiadomo, czy istniał, ale wiadomo, że wciąż budzi zainteresowanie świata. A Marek świetnie pisze i jest erudytą, znawcą i badaczem starożytności, znany z prac naukowych, ale słabiej z popularnonaukowych. Jego pierwsza książka „Tu jest Grecja. Antyk na nasze czasy”, Iskry, 2023 też była świetna.


Druga książka to naszego znajomego Alka Koraba – „Chory kraj” (Znak, 2026). Jego fascynujące i odkrywcze (dla mnie) opowieści o Ameryce znalazły wreszcie miejsce w reportersko publicystycznej książce. Pochłonąłem ją za jednym kęsem i przeciertałem oczy ze zdumienia pytając się co kilka akapitów: czy to ta Ameryka, która była naszym marzeniem?

Książka Alka wyjdzie dopiero pod koniec września. 


I trzecie. „Klub książki CIA. Najpilniej strzeżona tajemnica zimnej wojny” Charliego Englisha (Prószyński i S-ka, 2026) To książka o podziemnym ruchu wydawniczym w Polsce. Z jednej strony opisuje jak ten ruch był tworzony i funkcjonował w Polsce, z drugiej o akcjach CIA, które wspierały niezależny w Polsce. O ile pierwsza część jest mi dość dobrze znana, to druga część raczej słabo. Jest to chyba jedyna taka książka na rynku polskim, która szczegółowo opisuje sposób finansowania ruchu wydawniczego w Polsce. No i zawsze to miło, gdy obcokrajowiec, w tym wypadku Brytyjczyk, pisze o nas dobrze, a nawet się nami zachwyca. English stawia w swojej książce karkołomną teze, że komunizm upadł dzięki książką. Ludzie je czytali i przejrzeli na oczy. Teza jest mocno naciągana, ale co tam, brzmi imponująco, że my Polacy, z których 2/3 według badań czytelnictwa nie bierze obecnie książki do ręki, byliśmy kiedyś tacy oczytani.

Małgorzata Majewska

Atakuje mnie od razu pierwszym zdaniem: „zaczęło się około drugiej w nocy od żałosnego skowytu psów”. A potem jest jeszcze gęściej. Ale to tylko opisy – myślę. Pozwalają mi pozostać w roli czytelniczki-obserwatorki. Nie angażują do trzeciej strony i zdania: „dzieliło ich pół godziny rejsu wodolotem – akurat tyle, żeby dodać smaku każdemu spotkaniu”. I już jest po mnie. Głosy z głębi Paolo Rumiza (Znak Literanova 2026) wciągają w otchłań własnych doświadczeń. Nie pozwalają po prostu czytać. Zmuszają do pytań, jak to u mnie i ze mną jest. Męczą spotkaniem z sobą samą. Ale potem dają poczucie odkrycia w sobie nowych obszarów: i to tych emocjonalnych, i dosłownych. Bo po tej książce żadna podróż już nie będzie taka sama.

Izabela Barry

Mam słabość do książek wspomnieniowych, pod warunkiem, że autor nie próbuje mi wmówić, iż jako siedmiolatek rozumiał geopolitykę, stalinizm i skomplikowane stosunki polsko-żydowskie. Maciej Hen na szczęście tego nie robi. W „Tratwie z pomarańczami” (Filtry, 2025) pozwala dziecku być dzieckiem, a potem nastolatkowi – nastolatkiem: ciekawym, zachłannym na świat, naiwnym, śmiesznym, czasem nieznośnym, stopniowo odkrywającym również własną seksualność.

Spotykamy się więc w powojennej Warszawie, w domu pisarza Józefa Hena. Są rodzice, szkoła, podwórko, książki, muzyka, pierwsze fascynacje i cały katalog drobnych rzeczy, które po kilkudziesięciu latach trwają w pamięci wyraźniej od rzeczy rzekomo ważnych. Są także pierwsze erotyczne doświadczenia, opisane z dużą szczerością i bez szczególnej pruderii, w jakiś sposób rozczulające. Hen nie robi z młodzieńczego erotyzmu ani wielkiego dramatu, ani romantycznego wtajemniczenia. Jest ciekawość ciała, pożądanie, skrępowanie, nieporadność i trochę komizmu. Krótko mówiąc – dojrzewanie bez retuszu.

I właśnie to wydaje mi się w tej książce ważne. Hen nie konstruuje autobiografii wyłącznie z wydarzeń, które po latach uznano za historycznie istotne. Życie przecież nie wie, że właśnie uczestniczy w Historii. Człowiek zakochuje się, słucha muzyki, czyta książki, odkrywa seks, kłóci się z rodzicami i przeżywa własne małe katastrofy, podczas gdy gdzieś obok przygotowuje się katastrofa znacznie większa.

Bo Historia – jak to Historia – w końcu upomina się o swoje. Jest pamięć Zagłady, jest świadomość żydowskiego pochodzenia, jest antysemityzm i wreszcie Marzec ’68. To, co polityczne, coraz bardziej bezceremonialnie, by nie powiedzieć – po chamsku i bez skrupułów -wchodzi w przestrzeń prywatną.

Ale Maciej Hen nie oddaje Historii całego swojego dzieciństwa i młodości. I może właśnie dlatego tak dobrze działa tytułowa tratwa.

Tratwa to przecież szczególny środek transportu. Nie wybiera się jej wtedy, kiedy morze jest spokojne i można wygodnie podróżować statkiem. Tratwę skleca się z tego, co akurat jest pod ręką, kiedy trzeba utrzymać się na powierzchni. W świecie autora taką tratwą staje się rodzina, ale także język, książki, muzyka, poczucie humoru, erotyczne przebudzenie, ciekawość świata i pamięć najdrobniejszych szczegółów. Wszystko to, co wobec wielkiej Historii może wydawać się błahe, okazuje się materiałem ratunkowym.

A pomarańcze? Jestem przekonana, że są czymś więcej niż efektownym dodatkiem do tytułu. Przywołują kolor, smak, zapach, konkret zmysłowego doświadczenia. W szarości powojennej rzeczywistości pomarańcza była czymś szczególnym, niemal egzotycznym (ach, ja sama też to pamiętam!).  Pomarańcza, pachnąca, o niezwykłym, prawie niespotykanym w polskiej przyrodzie kolorze – świetnie pasuje do sposobu, w jaki działa pamięć Hena: nie przechowuje przeszłości w równych, ponumerowanych pudełkach. Zachowuje smak, piosenkę, twarz, dotyk, zdanie usłyszane przed kilkudziesięciu laty w czuły, liryczny i pieczołowity sposób.

Dlatego „tratwę” można (a może nawet należy) rozumieć również jako samą pamięć. Jest niedoskonała, sklecona z fragmentów, czasem czegoś na niej brakuje, czasem jakiś szczegół okazuje się podejrzanie wyraźny. Ale to ona przenosi nas przez czas. Hen nie rekonstruuje przeszłości jak historyk. Raczej wyławia z niej to, co jeszcze unosi się na powierzchni.

Bardzo podoba mi się ta niepozorność tytułowej metafory. To nie arka, która ma ocalić świat, nie okręt płynący ku wielkiemu przeznaczeniu, nawet nie porządna łódź. Tratwa – coś kruchego, prowizorycznego i trochę absurdalnego. Coś, co wbrew wszystkiemu – jednak płynie.

Może właśnie o tym jest ta książka. Nie o tym, jak pokonać Historię – bo pojedynczy człowiek raczej jej nie pokonuje – lecz jak nie pozwolić zagarnąć jej własnego życia. Jak ocalić prywatną pamięć przed oficjalną narracją… jak zachować smak, zapach, śmiech, pożądanie, muzykę i twarze bliskich, kiedy wokół szaleją ideologie i polityka.

Zazwyczaj nie zapraszają nas w podróż transatlantykiem. Zazwyczaj musimy płynąć na tym, co udaje się zachować w zakamarkach pamięci, a potem jakoś sklecić w całość, powiązać miłością patyki i deseczki wspomnień. Dobrze, jeśli na tej chybotliwej powierzchni zostanie kilka pomarańczy.

Poniedziałek, 17 listopada 2025

Rozmowa z Billem Johnstonem

Już za kilka dni w Center for Brooklyn History spotkamy się z Billem Johnstonem, jednym z głównych tłumaczy literatury polskiej na język angielski https://www.bklynlibrary.org/calendar/bill-johnston-and-will-center-for-brooklyn-20251120-0700pm. Rozmowa będzie dotyczyć powieści Wiesława Myśliwskiego “Ucho igielne”, która dosłownie kilka dni temu ukazała się w przekładzie na język angielski nakładem wydawnictwa Archipelago Books. To przypomniało mi to, że kilka lat temu przeprowadziłam z Billem rozmowę, która wówczas została opublikowana na łamach Nowego Dziennika. Przypominam ją tutaj po polsku i po angielsku, zachęcając jednocześnie do przyjścia na spotkanie z tłumaczem.

Wspomniał Pan, że w Archipelago ukaże się wkrótce nowa książka. Co to będzie?

Pracuję jednocześnie nad wieloma rzeczami, ale do wydania przygotowuję nową powieść Magdaleny Tulli „Skaza”. W Polsce została wydana w ubiegłym roku, a jeszcze w tym ukaże się jej angielski przekład.

Wspominał Pan ongiś także o Myśliwskim i Odojewskim. Czy tłumaczenie tych pisarzy także ma Pan w planach?

Bardzo cenię obu tych pisarzy i chętnie bym ich przyswoił językowi angielskiemu, ale jest ta trudność, że obydwaj piszą długie książki. Niestety, jest to poważne praktyczne ograniczenie, wpływające w Ameryce na decyzję o wydaniu takiego czy innego tytułu. Jest po prostu trudno wydać grubą książkę. Bardzo jednak chciałbym przetłumaczyć choćby „Kamień na kamieniu” Myśliwskiego i dalej o tym myślę.

Tłumaczy Pan i poezję i prozę. Mówi się, że dobry przekład poetycki może wyjść tylko spod pióra poety. Czy jest Pan poetą?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie (śmiech). Piszę wiersze, ale niespecjalnie publikuję, tak więc nie bardzo wiem, czy jestem poetą czy nie. Powiedzmy, że nim bywam (śmiech).

Patrząc na poezję Tadeusza Różewicza z filologicznego czy też translatorskiego punktu widzenia, wydaje się ona jednocześnie i łatwą i trudną jako przedmiot tłumaczenia. Jednocześnie trzeba chyba lubić to, co się tłumaczy. Co polubił Pan w poezji Różewicza?

Jestem filologiem, językoznawcą i szukając poezji do tłumaczenia, wybierając poezję, którą chciałbym tłumaczyć przede wszystkim zwracam uwagę na język. Język Różewicza zawsze był dla mnie czymś pięknym: jego prostota, klarowność są dla tłumacza wyzwaniem.

Jeśli ktoś przypadkowo spojrzy na te wiersze i przeczyta na przykład opis noża leżącego na stole, pomyśli, że nie ma nic prostszego do przetłumaczenia. Tak naprawdę to jest to szalenie trudne; trzeba właśnie tak samo czysto i klarownie przekazać tę prostotę jaka jest w oryginale. A to nie jest łatwe. Nawet bardzo proste zdania wymagają wiele pracy, by oddać prawdziwie ich sens. U Różewicza od początku to właśnie mnie fascynowało.

Pracując nad przekładem wierszy ostatnio wydanych czytałem równocześnie jego wcześniejsze wiersze i coraz bardziej odkrywałem szacunek dla prawdy, odwagę moralną, które tam są zawarte. Na niedawnym spotkaniu poświęconym poezji Różewicza, na którym był obecny między innymi Edward Hirsch, mówiliśmy o tym, że Różewicz deklarując się jako ateista, pisze bezustannie o Bogu, o Chrystusie, o wierze. To sprawia, że w jego wierszach jest niesamowity wymiar duchowy.

Dla mnie jest to poeta, który obejmuje życie w całości. Uważam, że człowiek piszący w ten sposób o wierze mówi niezwykle ważne rzeczy; wyraża absolutny szacunek dla człowieka i wszystkiego, co człowiek robi. Nie zgadzam się z tym, że Różewicz to poeta pesymistyczny. To jest poeta walczący ze złem, które dostrzega w świecie, ale jest też otwarty, chcący rozumieć, przyjmować to, co widzi. W trakcie mojej pracy nad książką odkrywałem w tej pozornie prostej poezji coraz więcej głębi i mądrości.

A jak praktycznie przebiegała Pańska praca nad poezją Różewicza? Czy konsultował się Pan z nim w jej trakcie? Jak w ogóle pracuje Pan z autorami tłumaczonych przez siebie tekstów?

Bywa bardzo różnie. Znam wielu tłumaczy, którzy bardzo współpracują ze swoimi autorami, czasem nawet pomieszkują z nimi, pracują razem nad każdym słowem. Ja jakoś nie mam takich doświadczeń.

Wydaje mi się, że generalnie tłumaczeni przeze mnie pisarze czy poeci mają do mnie zaufanie. Zwróciłem się do Różewicza z kilkoma pytaniami, ale właściwie nie konsultowałem z nim moich przekładów. Myślę, że dość dobrze znam i język i kulturę polską i potrafię rozpoznać moment, kiedy czegoś nie rozumiem i wtedy właśnie zadaję pytania.

Tłumaczenie polega na odtworzeniu tekstu w innym jezyku i to jest już moje zadanie. Czy się to uda czy nie, to też jest moja albo zasługa, albo wina. Nie widzę szczególnej potrzeby, by konsultować się stale z autorem dla samego konsultowania. Jest pewien wyjątek – Magdalena Tulli, z którą prowadziłem dość ożywioną korespondencję, która tłumaczyła mi różne rzeczy, co czasem pomagało, a czasem nie.

Tacy autorzy jak Pilch, czy Stasiuk niespecjalnie przejmują się tym, co tłumacz robi z ich książkami. Może inaczej wygląda to w trakcie współpracy z młodszymi poetami. Pracowałem ostatnio nad wyborem wierszy Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego i z nim muszę dokonać pewnych rozmów. Jego poezja zawiera wiele bardzo osobistych momentów, których nie jestem w stanie bez jego pomocy przełożyć.

Jak Pan sądzi, jaka będzie percepcja tomu Różewicza w Pańskim przekładzie tutaj w Ameryce?

To jest bardzo ważne pytanie dla mnie, bo gdy się wydaje książkę chciałoby się, by ludzie ją czytali i jakoś rozumieli. Różewicz jest bardzo niesłusznie pomijany tu w Ameryce. Jego ostatnia książka wyszła wiele lat temu. Ludzie oczywiście czytają Miłosza, ostatnio ukazał się piękny tom Herberta w nowym tłumaczeniu. Bardzo bym chciał jednak, by Różewicz był szerzej czytany i rozpoznawany, bo to jest jednak bardzo inny głos, odmienny niż głos Herberta czy Szymborskiej.

Jest bardzo wielu czytelników Różewicza, którzy uważają, że to niedobrze iż od dawna go nie wydawano tutaj. Edward Hirsch, którego już wspominałem jest tutaj dobrym przykładem, on uwielbia Różewicza i bardzo go promuje.

Powodzenie „New Poems” zależy w dużym stopniu od tego, czy będą recenzje. Niedługo ma się również ukazać wybór wierszy Różewicza w tłumaczeniu Joanny Trzeciak. Nie znam dokładnej daty, ale wydanie tej książki powinno także przyczynić się do odświeżenia wiedzy o poecie w Ameryce.

Dla mnie jest to pisarz, który pod każdym względem wniósł niezwykle wiele nowego do literatury światowej, nie tylko polskiej i warto byłoby jego pisarstwo wciąż promować, sprawić by czytelnik amerykański czytał go i polubił. Oczywiście, Różewicz będzie czytany tu na swój sposób, bo w w jego wierszach, zwłaszcza tych najnowszych jest wiele odniesień do polskiej rzeczywistości, które tutaj nie w pełni mogą być odebrane, ale to nie szkodzi. Amerykanin będzie inaczej czytał wiersze Różewicza, ale jego poezja jest tak bogata i wielostronna, że i czytelnik tutejszy znajdzie tam wiele dla siebie.

Wroćmy jeszcze do tej niezwykłej różnorodności epok widocznej w Pańskiej pracy translatorskiej. To musi być niezwykle trudne poruszać się pomiędzy wiekami i różnymi gatunkami polszczyzny. Czy najpierw dokonuje Pan przekładu filologicznego i stara się go Pan upoetycznić, czy też ma Pan zupełnie inną metodę pracy?

Najskrajniejszym chyba przykładem tego, o co pani pyta jest „Odprawa posłów greckich”, nad którą właśnie skończyłem pracować. Ukaże się ona w małym wydawnictwie w Polsce jeszcze w tym roku.

Kiedy pracuję nad tekstem szukam od razu właściwej wersji angielskiej. Nie wierzę – zwłaszcza w takich przypadkach – w istnienie tłumaczenia dosłownego czy filologicznego. Literatura istnieje w języku, to nie jest tylko seria wyrazów czy zdań, forma to jest to, czym jest literatura. Od razu szukam wersji, która – mam nadzieję – zaistnieje w języku angielskim jako poezja. Czy tłumaczenie się uda, czy się spodoba, zależy w moim pojęciu od tego, czy tłumaczony wiersz będzie wierszem po angielsku.

Oczywiście, to wymaga wiele pracy, bo pierwsza wersja jest ani dobra, ani zła, jest zazwyczaj niczym. Trzeba dopiero nad nią pracować, żeby stworzyć tę prawdziwą wersję, przepełnioną poezją.

Trzeba pamiętać też, że język angielski jest ogromnie bogaty. Kocham swój język bardzo, jego zasoby są znacznie szersze i głębsze i bogatsze niż się wydaje. Współczesna literatura amerykańska działa przeważnie w bardzo wąskiej sferze języka. Niewielu jest autorów, takich jak choćby Thomas Pynchon, którzy są w pełni świadomi całości zasobów angielskiego. Ja tłumaczę zawsze na język współczesny, staram się wykorzystywać jego wszystkie możliwości, sięgać do najbardziej ukrytych jego pokładów. Pracuję tutaj w Ameryce, ale pochodzę z Anglii i to daje mi jakby dwie osobne drogi do operowania językiem angielskim w mojej pracy translatorskiej.

Ale napotyka Pan na pewno na wiele pułapek filologicznych; jak choćby to, że poezja polska oparta jest na ilości sylab a angielska na metrze, czy to, że w poezji polskiej do Oświecenia nie było rymów męskich. Jak Pan rozwiązuje takie problemy – pomija je Pan? Stara się zanglicyzować formę? Czy też próbuje Pan w jakiś sposób dopasować tę polską specyficzną formę do wymogów angielskiej poetyki?

Myślę, że trochę i jedno i drugie. Na przykład „Balladyna” jest napisana w większości jedenastozgłoskowcem, czasami przechodzącym w trzynastozgłoskowiec. Język angielski nie ma takich możliwości, by to oddać. Próbowałem stworzyć coś, co oddałoby tę wersyfikację, ale nie był to udany zabieg i to jest z pewnością wadą mojego tłumaczenia, że wiersz nie jest aż tak zróżnicowany.

Jeśli chodzi o rymy żeńskie i męskie, to skoro to funkcjonuje zupełnie inaczej po polsku niż po angielsku, to nie ma sensu bawić się w to, by znajdować tylko rymy żeńskie. Czasami używam tego, co nazywa się off rhyme czy half rhyme. Proszę pamiętać, że tłumaczę dla współczesnego czytelnika, który ma inne podejście do formy.

Z drugiej strony uważam, że współczesne tłumaczenie dodaje znów coś nowego do tych zasobów języka, o których już mówiłem. W „Odprawie posłów greckich” jest słynny trzeci chór, który dla czytelników współczesnych Kochanowskiemu był czymś zupełnie nowym. Odtworzyłem go w angielskim używając tej samej struktury co poeta, używając jako podstawy greki. Czy jest to udane, oceni czytelnik, ale próbowałem wnieść coś nowego do angielszczyzny. Oczywiście uznaję w moich działaniach granicę, tego co jest możliwe.

Oprócz pracy translatorskiej jest pan dyrektorem Polish Studies Center w Uniwersytecie Indiany. Na czym polega owo centrum?

To jest ośrodek naukowy, który istnieje już 30 lat, stworzony wspólnie z Uniwersytetem Warszawskim na zasadzie wzajemności, bo tam powstał American Studies Center, zresztą świetnie do dziś działający. Naszym głównym zadaniem jest promowanie naukowego zainteresowania polską kulturą, społeczeństwem, historią. Zajmujemy się organizowaniem konferencji naukowych, ostatnia jest poświęcona powojennym stosunkom polsko-niemieckim z udziałem ambasadora Reitera, Adama Michnika, Przemysława Czaplińskiego i Marka Zalewskiego, żeby wspomnieć tylko kilka nazwisk.

Organizujemy też wykłady, sesje naukowe, imprezy kulturalne. Działamy też na poziomie towarzyskim, ale to naturalne tam, gdzie jest spore środowisko polskie. Głównie jednak zajmujemy się działalnością naukowo- kulturalną. Nie prowadzimy jednak działalności dydaktycznej.

Rozumiem, że intensywność pracy centrum zależy od budżetu…

Budżet mamy bardzo skromny, ale Indiana University ma wiele różnych możliwości ułatwiających naszą pracę. Działamy poprzez współpracę pomiędzy z różnymi ośrodkami i wydziałami w obrębie choćby tylko Indiana Uniwersity i to bardzo nam ułatwia nasze zadanie. Dostajemy też spore granty. Jesteśmy małym ośrodkiem, ja mam tylko dwóch asystentów, a mimo to robimy bardzo wiele, więcej niż powinniśmy móc, biorąc nasze rozmiary.

Rozmawiamy tu głównie o Pańskiej pracy translatorskiej i w Polish Studies Center, ale przecież Pana głównym zajęciem jest praca naukowa poświęcona teoretycznym zagadnieniom uczenia angielskiego jako drugiego języka. Co to jest „moral dimensions of language teaching”, bo tak brzmi temat Pańskich rozważań naukowych?

No tak, to już jest zupełnie z innej beczki (śmiech). Pracuję na dwóch wydziałach jednocześnie, na komparatystyce, gdzie zajmuję się przekładem literackim, ale też jestem w Second Language Studies. Edukacja jest dla mnie bardzo ważnym i złożonym zjawiskiem. Uważam, że nie polega ona jedynie na przekazywaniu informacji, ma ona także wymiar moralny. Chodzi tu o stosunek między nauczycielem a studentem, przekazywanie systemu wartości, wiary w to, że pewne rzeczy są ważne, że pewne działania czy pewne formy pracy są ważne i mają znaczenie moralne. Ja zajmuję się tym w sferze nauczania języków, bo taki jest mój zawód.

Dziękuję za rozmowę.

In just a few days at the Center for Brooklyn History, we will meet with Bill Johnston, one of the leading translators of Polish literature into English.
The conversation will focus on Wiesław Myśliwski’s novel Ucho igielne (The Eye of the Needle), which only a few days ago was published by Archipelago Books. This reminded me that several years ago I conducted an interview with Bill, which was then published in Nowy Dziennik. I am sharing it here again, in Polish and English, and I encourage you to attend the meeting with Bill.

We are meeting on the occasion of the publication by Archipelago Books of a volume titled New Poems, which contains the last three full poetry collections by Tadeusz Różewicz, published between 2001 and 2004. You came to New York for a promotional event held at Columbia University a few days ago. Archipelago Books has already published Gombrowicz in your translation. Is this the only publishing house you work with?

Oh no, certainly not the only one, but I’d say it’s the best among those I work with. They publish good books, and they publish them beautifully and very carefully. And what’s equally important—they promote them skillfully. The event you mentioned was organized by the publisher. Simply publishing a book is only half the battle; the crucial thing is to spark the reader’s interest.

Archipelago has so far published three books in my translation: Witold Gombrowicz’s Bacacay, and Magdalena Tulli’s Dreams and Stones and Moving Parts. Różewicz is the fourth, and I’m currently working on a fifth, which should also appear this year.

As for other publishers, I work with many. A few days ago, Harcourt published Andrzej Stasiuk’s novel Nine in my translation. Green Integer published Baczyński; Northwestern University Press—stories by Prus and Żeromski’s The Faithful River. Later this year, Central European University Press will publish Springtime (Przedwiośnie). And of course, there are several other projects submitted to other publishers.

It is an extraordinary effort, an enormous amount of work, and an unusually broad range of interests. Two years ago, in an interview for PP, you said you hoped to translate Słowacki’s Balladyna. Have you actually done it?

Yes, the work is finished, but Balladyna has not yet been published. Two years ago, at the English-language bookstore Massolit in Kraków, a public reading of the drama took place with Adam Zagajewski and Jerzy Illg among the participants. It was a great pleasure to hear the entire translation read aloud. I don’t have a publisher yet, but I’m looking patiently, and I hope to find one soon.

You mentioned that a new book will soon appear at Archipelago. What is it?

I’m working on several things at once, but for publication I am preparing Magdalena Tulli’s new novel Skaza. It came out in Poland last year, and its English translation will appear later this year.

You’ve talked before about Myśliwski and Odojewski. Do you also plan to translate these authors?

I value both writers very much and would gladly introduce them to English, but the difficulty is that both write long books. Unfortunately, this is a serious practical limitation that affects American publishing decisions. It is simply hard to publish a thick book. Still, I would very much like to translate Myśliwski’s Stone Upon Stone (Kamień na kamieniu), and I continue to think about it.

You translate both poetry and prose. It is often said that a good poetic translation can be produced only by a poet. Are you a poet?

I don’t know how to answer that (laughs). I write poems, but I rarely publish them, so I’m not sure whether I am a poet or not. Let’s say that sometimes I am one (laughs).

From a philological and translation perspective, Różewicz’s poetry seems both easy and difficult at the same time. One must also like what one translates. What did you come to like in Różewicz’s poetry?

I am a philologist, a linguist, and when looking for poetry to translate, I choose primarily based on language. Różewicz’s language has always been something beautiful to me: its simplicity and clarity are a challenge for the translator.

If someone glances at these poems and reads, for example, a description of a knife lying on a table, they may think there’s nothing simpler to translate. In reality, it is extremely difficult; one must convey the same purity and clarity found in the original. Even very simple sentences require a lot of work to express their true meaning.

Working on the newly published poems, I read his earlier works simultaneously, and I discovered more and more respect for truth, moral courage. At a recent poetry event attended by Edward Hirsch, we spoke about the fact that although Różewicz declares himself an atheist, he constantly writes about God, Christ, and faith. That gives his poetry a remarkable spiritual dimension.

To me he is a poet who embraces life in its entirety. I think that someone who writes about faith in this way expresses profound respect for the human being and for human actions. I don’t agree that Różewicz is a pessimistic poet. He fights against the evil he sees in the world, but he is also open, willing to understand and accept what he observes. Working on this book, I discovered more and more depth and wisdom in this seemingly simple poetry.

And how did your work on Różewicz’s poetry proceed in practice? Did you consult with him? How do you work with authors whose texts you translate?

It varies greatly. I know many translators who work very closely with their authors, sometimes even living with them and going over every word together. I have no such experiences.

The writers and poets I translate generally trust me. I asked Różewicz a few questions, but I did not really consult the translations with him. I think I know both the Polish language and culture well enough to recognize when I don’t understand something—and then I ask.

Translation is the recreation of a text in another language. Whether it succeeds is my responsibility. I see no need to consult with the author just for the sake of consulting. The exception is Magdalena Tulli, with whom I had lively correspondence; she explained things to me, sometimes helpfully, sometimes not.

Authors like Pilch or Stasiuk don’t particularly worry about what the translator does with their books. It may look different with younger poets. Recently I worked on a selection of poems by Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, and with him I must discuss certain things. His poetry contains many personal elements that I cannot translate without his help.

What do you think the reception of Różewicz’s volume in your translation will be here in America?

This is a very important question for me, because when you publish a book you want people to read and understand it. Różewicz is unjustly overlooked in America. His last book here came out many years ago. People read Miłosz, and a beautiful new volume of Herbert has just appeared. But I would very much like Różewicz to be read more widely, because he is a very different voice than Herbert or Szymborska.

There are many readers who think it’s unfortunate that he hasn’t been published here recently. Edward Hirsch, whom I already mentioned, is a good example—he loves Różewicz and promotes him enthusiastically.

The success of New Poems will depend largely on reviews. Soon another selection of Różewicz’s poems will appear in Joanna Trzeciak’s translation, which should also help revive interest.

To me he is a writer who contributed enormously to world literature, not just Polish literature. It is worth promoting him and helping American readers to discover and appreciate him. Of course, Americans will read him in their own way, because his poems—especially the most recent ones—contain many references to Polish reality that may not be fully accessible here. But that’s fine. His poetry is so rich and multifaceted that readers here will find plenty for themselves.

Let us return to the remarkable variety of periods visible in your translation work. It must be difficult to move between centuries and different varieties of Polish. Do you first make a literal translation and then “poeticize” it, or do you have a different method?

Perhaps the most extreme example of what you are asking about is The Dismissal of the Greek Envoys, which I just finished working on. It will come out this year in a small publishing house in Poland.

When I work on a text, I look right away for the proper English version. I don’t believe—especially in such cases—in literal or philological translation. Literature exists in language; it is not just a series of words or sentences. Form is what literature is. So I immediately look for a version that will live in English as poetry. The success of a translation depends on whether the translated poem becomes a poem in English.

The first version is neither good nor bad—it is usually nothing. One must work on it to create the real version, infused with poetry.

English is an enormously rich language. I love it deeply; its resources are much broader, deeper, richer than people assume. Contemporary American literature often operates in a narrow linguistic register. There are few writers like Thomas Pynchon who fully understand its scope. I always translate into contemporary English, trying to use all its possibilities, even the most hidden layers. I work here in America, but I come from England, so I have two separate pathways into the English language.

But you certainly encounter philological pitfalls—the fact that Polish poetry is based on syllable count while English poetry is metrical, or that Polish had no masculine rhymes before the Enlightenment. How do you deal with these issues? Do you ignore them? Anglicize the form? Try to adapt the Polish structure to English poetics?

A bit of both. Balladyna, for example, is written mostly in eleven-syllable lines, sometimes shifting into thirteen. English does not have the means to replicate that. I tried to create something that would reflect this versification, but it was not successful, and that is certainly a flaw of my translation—the verse is not as varied.

As for feminine and masculine rhymes, since they function completely differently in Polish and English, there is no point in forcing only feminine rhymes. Sometimes I use off-rhymes or half-rhymes. I am translating for the contemporary reader, who approaches form differently.

At the same time, I believe that a contemporary translation adds something new to the language. In The Dismissal of the Greek Envoys there is the famous Third Chorus, which was something entirely new for Kochanowski’s contemporaries. I recreated it in English using the same structure as the poet, using Greek as the base. Whether it succeeds, the reader will judge—but I tried to contribute something new to English. Of course, I recognize the limits of what is possible.

Apart from your translation work, you are also the director of the Polish Studies Center at Indiana University. What is the role of this center?

It is a research center that has existed for 30 years, created jointly with the University of Warsaw on a basis of reciprocity—there, an American Studies Center was established, and it functions very well to this day. Our main task is to promote scholarly interest in Polish culture, society, and history. We organize academic conferences—one of the most recent focused on postwar Polish-German relations, with Ambassador Reiter, Adam Michnik, Przemysław Czapliński, and Marek Zalewski, among others.

We also organize lectures, scholarly sessions, and cultural events. We engage socially as well, which is natural where there is a large Polish community, but our main work is scholarly and cultural. We do not conduct teaching.

I understand the intensity of the center’s work depends on the budget…

Our budget is modest, but Indiana University offers many resources that help our work. We function through collaboration with various departments and centers within the university, and this greatly helps. We also receive substantial grants. We are a small center—I have only two assistants—and yet we do a great deal, more than our size would suggest.

We have been talking mostly about your translation work and your role at the Polish Studies Center, but your main scholarly work concerns the theoretical issues of teaching English as a second language. What are the “moral dimensions of language teaching,” the subject of your research?

Ah yes, that is another topic entirely (laughs). I work in two departments—Comparative Literature, where I deal with literary translation, and Second Language Studies. Education is, to me, a very important and complex phenomenon. It is not only about conveying information; it also has a moral dimension. It concerns the relationship between teacher and student, the transmission of values, the belief that certain things matter, that certain forms of work have moral significance. I study this within the sphere of language teaching, because that is my field.

Thank you for the conversation.