Poeta na emigracji

Rozmowa z Wasylem Machną

Przedwczoraj, 12 maja, ukazała się w Polsce nakładem PIW książka nowojorskiego poety, Wasyla Machny „Kalendarz wieczności”, w przekładzie Bohdana Zadury. Zanim przeczytam tę wspaniale zapowiadającą się powieść, prawdziwy fresk historyczny, rozciągający się od XVII wieku po czasy współczesne, przypomnę bardzo dawny wywiad z poetą. Mówi on o ważnych rzeczach, o tożsamości artysty, o rozdarciu, o związkach z językiem i o twórczej samotności.

https://piw.pl/pl/kalendarz-wiecznosci

Nie dalej jak dwa tygodnie temu oboje uczestniczyliśmy w pewnym wieczorze literackim. W trakcie rozmowy padło pytanie skierowane do bohaterki wieczoru, znanej pisarki: czy uważa się za pisarkę emigracyjną. To samo pytanie chciałabym dziś zadać Tobie: Czy jesteś poetą emigracyjnym?

To jest bardzo ważne i ciekawe pytanie. Mam wiele przemyśleń na ten temat i kiedy to pytanie pada w wywiadach, a pada w miarę często, to odpowiadam jednoznacznie: nie, nie jestem poetą emigracyjnym. 

Uważam, że bycie twórcą emigracyjnym straciło rację bytu po upadku komunizmu w naszym regionie geograficznym, w Ukrainie czy w Polsce. Formuła pisarza emigracyjnego zamykała się przede wszystkim w fakcie publikowania poza granicami swojego kraju i w braku możliwości powrotu do ojczyzny, przy czym chodzi tu o powrót zarówno fizyczny, jak i metaforyczny. Dziś taka sytuacja nie ma miejsca. Moje książki wychodzą w Ukrainie, w każdej chwili mogę tam pojechać, na krócej, na dłużej. Emigracja została zastąpiona globalizacją: człowiek wybiera, gdzie chce mieszkać i jak długo chce tam mieszkać. Wiem, że dla Polaków tradycja emigracji ma większą wartość gatunkową niż dla Ukraińców. Jeśli chodzi o mnie, to oczywiście mój wyjazd nieco zmienił moje spojrzenie na literaturę ukraińską i zacząłem zauważać obecność pewnych rzeczy, które dzielą tych, którzy tam zostali i tych, którzy wyjechali. Nie chcę jednak postrzegać ich jako elementów istotnych, znaczących czy też przejmować się nimi. Pisarz, który wyjechał i zamieszkał gdziekolwiek, jak długo uprawia swój zawód w ojczystym języku i jak długo ma czytelników, którzy mieszkają w jego ojczystym kraju, tak długo jest częścią kultury tego kraju, a nie kraju, w którym zamieszkał, czy też częścią tworu zwanego emigracją. 

Czytaj dalej „Poeta na emigracji”

Pomiędzy szamaństwem a racjonalnością

Dawna rozmowa z Adamem Zagajewskim

W zimny listopadowy wieczór 2007 wysiadłam z metra na Union Square i pobiegłam do budynku New School. Sala była wypełniona po brzegi, a na scenie odbywało się poetyckie misterium i jakkolwiek patetycznie to brzmi, tak właśnie było. Tego wieczoru Ameryka otrzymała tłumaczenie niemal całej twórczości Zbigniewa Herberta. Nie oznaczało to, oczywiście, że Ameryka nie znała Herberta przedtem. Czytywała go przecież od niemal czterdziestu laty, bo był tu chyba jednym z najbardziej popularnych europejskich poetów. W samym New Yorkerze ukazało się około trzydziestu pojedynczych przekładów wierszy poety, głównie w tłumaczeniu Bogdany i Johna Carpenterów z Ann Arbor, którzy przez ponad trzydzieści lat niestrudzenie zajmowali się udostępnianiem Herberta anglojęzycznemu czytelnikowi.

Tłumaczką nowego tomu Herberta, zatytułowanego „Collected Poems, 1956-1998” była Alissa Valles, która we wstępie do książki, opatrzonej kontrowersyjnym zdjęciem poety zapalającego papierosa pisała, że „wielcy poeci zasługują na to, by mieć wielu tłumaczy”. Alissę przedstawiał Adam Zagajewski, poeta i eseista, którego czytywałam od zawsze, czyli od lat 70., kiedy na studiach nosiliśmy pod pachą „Świat nieprzedstawiony”. Z tej rewolucyjnej wówczas książki, napisanej wspólnie z Julianem Kornhauserem, my, adepci polonistyki, czerpaliśmy paliwo do rozmów o literaturze…  

Było pięknie, świątecznie, uroczyście. Poeci mówili o świecie, o ludziach, o miejscach. I o poezji. Byłam szczęśliwa.

Kilka dni potem zadzwoniła do mnie Julita Karkowska, naczelna „Przeglądu Polskiego”, dla którego wówczas pracowałam i zapytała, czy nie chciałabym porozmawiać z Adamem Zagajewskim. Zgodziłam się bojaźliwie i w następną niedzielę szłam na spotkanie z duszą na ramieniu, bo Zagajewski był dla mnie wielkim poetą, człowiekiem niezwykłym, chodzącym na co dzień w laurowym wieńcu. Nie było to nasze pierwsze spotkanie. Zaledwie cztery miesiące po przyjeździe do Nowego Jorku, późną zimą 2003, pojechałam do Queens College, gdzie E.L. Doctorow, Susan Sontag, Michael Krüger i Adam Zagajewski mieli złożyć hołd W.G. Sebaldowi, genialnemu pisarzowi niemieckiemu, którego rok wcześnie śmiertelnie potrąciła ciężarówka. Pamiętam tę podróż, wciąż niepewnie poruszałam się samochodem po Nowym Jorku, wciąż nie ogarniałam tego cudownego cholernego miasta… Jechałam drogą ciągnącą się wzdłuż cmentarzy, przez cmentarze…Po spotkaniu podeszłam do Pana Adama i podsunęłam mu Jego tom esejów – będący częścią polskiej kolekcji w mojej bibliotece – do podpisania. Jakże się wtedy ucieszył.

A teraz szłam na spotkanie z nim. Spotkaliśmy się w kawiarni Starbucks przy Union Sq. Pamiętam, jak bardzo byłam spięta i niepewna, jak bardzo starałam się zrobić na poecie dobre wrażenie. I chyba zrobiłam – autoryzację wywiadu dostałam niemal bez poprawek. Chciałam pytać go o poezję – czym jest, jak ją rozumieć. Ale także o to, jak patrzeć i jak zauważać, jak zobaczyć wszystko to, co jest najmniejsze, co może wydać się trywialne i nieważne, ale jest częścią nas, naszej obecności i naszej samotności. Czytałam przed spotkaniem Jego wiersze, w których była uważność i troskliwość, i mądrość.

Od tego czasu spotykałam Pana Adama często. Bywał w Nowym Jorku, miewał wieczory w 92Y, w 2011 roku zaprosiłam go do biblioteki na wydarzenie rozpoczynające Rok Miłosza w USA, którym była promocja książki Cynthii Haven „An Invisible Rope: Portraits of Czesław Miłosz”. W panelu dyskusyjnym brała udział autorka książki, a także Irena Gross, Anna Frajlich, Elizabeth Kridl Valkenier, Zygmunt Malinowski. 

Pamiętam też wieczór poetycki w nowojorskim konsulacie. Było to w czasach, kiedy ludzie konsulatu rzeczywiście dbali o Polonię, a sam konsulat był miejscem intelektualnego zarzewia, spotkań ludzi, którym zależało. Prowadziłam wtedy w bibliotece lekcje polskiego dla początkujących i na kilka tygodni przed spotkaniem z Adamem Zagajewskim zachęcałam moich studentów do przyjścia na jego wieczór do rezydencji przy Madison Ave. Przed drzwiami, w długiej kolejce do elektronicznej bramki spotkałam Pana Adama i jego towarzyszkę, profesor Christine Stansell z uniwersytetu w Chicago. Obok nas stanął Michael, jeden ze studentów, których namówiłam na spotkanie z polskim poetą. Przedstawiłam ich sobie i powoli posuwaliśmy się do przodu. Nagle zobaczyliśmy, że Michael cofa się, wychodzi z kolejki. „Co się stało?” – zapytałam. „Nie chcą mnie wpuścić – wskazał ręką na torbę na długim pasku. – Mam tu mojego psa”. Pan Adam sięgnął do swojej teczki i wyciągnął tomik wierszy. „Proszę – powiedział wręczając Michaelowi książkę. – Niech pan chociaż poczyta moje wiersze…”

Ostatni raz zobaczyliśmy się w Zamościu, na szczebrzeszyńskim Festiwalu Języka Polskiego. Szukałam wygodnego miejsca przed spotkaniem z Panem Adamem, gdy ktoś zawołał mnie po imieniu. Był to polsko-amerykański rzeźbiarz, prawie sąsiad z Westchester i zamościanin, Adam Niklewicz, który właśnie przyleciał z Nowego Jorku. Przechadzaliśmy się po parku, w którym miało odbyć się spotkanie kupowaliśmy tomiki poezji… Po spotkaniu zamieniliśmy kilka słów z poetą… 

Kilka tygodni temu pomyślałam, że napiszę do Pana Adama email z pozdrowieniami i zapewnię, że Nowy Jork czeka na Niego, jak zawsze. Nie zdążyłam. 

Poniżej odnaleziony dawny wywiad z Adamem Zagajewskim, który zmarł 21 marca 2021.

Czytaj dalej „Pomiędzy szamaństwem a racjonalnością”

Z warszawskiej ulicy Gęsiej na nowojorską Upper West Side

O życiu Suli Benet, polsko-amerykańskiej antropolożki

Urodziła się w samym sercu żydowskiej przedwojennej Warszawy, na ulicy Gęsiej, jako Sula Epstein czy też Epsztajn. Niewiele wiadomo o jej polskim życiu, poza tym,  że  w latach dwudziestych wyszła za mąż  za niejakiego Samuela Beneta, by wkrótce potem zostać wdową. Była studentką jednej z najbardziej szanowanych i niezależnych polskich instytucji edukacyjnych – Wolnej Wszechnicy Polskiej.  Studiowała pod kierunkiem profesora Stanisława Poniatowskiego, etnografa i antropologa i także pod jego kierunkiem obroniła pracę magisterską, która przyniosła jej rozgłos i zaproszenie na stypendium do Nowego Jorku w 1936 roku.

Ul. Gęsia
Czytaj dalej „Z warszawskiej ulicy Gęsiej na nowojorską Upper West Side”

Piątek, 5 czerwca

I can’t breathe

I powtórzę jeszcze raz, bo powtarzania tej historii nigdy dosyć. 46-letni George Floyd, zamieszkały w Minneapolis, 25 maja około ósmej wieczorem wszedł do sklepu, chcąc kupić paczkę papierosów. Płacąc, położył na kontuarze 20-dolarowy banknot. Sprzedawca popatrzył na banknot pod światło i stwierdził, że jest on podrobiony. Wkrótce potem pojawiła się policja i czterech policjantów postanowiło aresztować George’a, który nie stawiał oporu. Kiedy mimo to powalono go na ziemię, jeden z policjantów ukląkł na jego szyi (UKLĄKŁ NA JEGO SZYI) i pozostał w tej pozycji przez osiem minut i czterdzieści sześć sekund. George, zanim umarł, wzywał matkę i powtarzał zdanie, które słyszeliśmy wiele razy w ostatnich latach: I can’t breathe. Trzech pozostałych policjantów stało obok, nie reagując. W jakimś momencie George przestał błagać o zwolnienie ucisku, bo stracił przytomność. Po chwili przyjechał ambulans, ale policjant jeszcze przez minutę trzymał kolano na szyi George’a. Przypadkowy przechodzień nagrał całą scenę telefoniczną kamerą.

Czytaj dalej „Piątek, 5 czerwca”

Piątek, 29 maja

Fejkniusy

Jesteśmy w żałobie. Kiedy rzucam okiem na pierwszą stronę niedzielnego New York Timesa, ściska mnie w gardle. Tysiąc nazwisk, drobnym drukiem, wybranych z prawie stu tysięcy, a u góry tytuł: U.S. Deaths Near 100.000, An Incalculable Loss. I jeszcze dalej: They were not simply names on a list. They were us. 

Jedno z pierwszych nazwisk, które wpada mi w oko, to Bucky Pizarelli – master of jazz guitar. Nigdy nie słyszałam Bucky’ego, gitarzysty grającego na siedmiostrunowym instrumencie, na żywo, ale czasem chodziliśmy z mężem do Birdland, znanego nowojorskiego klubu jazzowego, na koncerty jego syna Johna. Z czarno-białej strony wyławiam inne nazwiska, przy każdym proste zdanie z nekrologu, coś ważnego o zmarłym, o zmarłej, mówiące o tym, co ich najlepiej określało: Thomas – dumny ze swojego litewskiego pochodzenia, Denise – uwielbiała pisać urodzinowe kartki, wiersze i listy, Alby – solista w żydowskim zespole folkowym,  Louvenia – samotna matka trojga dzieci, Stanley – puzonista, który pewnego razu nie przyjął pracy w orkiestrze Duke’a Ellingtona, Helen – znana ze swojej greckiej nadziewanej papryki. W szóstej szpalcie u dołu – Jerzy Główczewski – ostatni z polskich pilotów Royal Air Force. 

Czytaj dalej „Piątek, 29 maja”

Piątek, 22 maja

Życie upomni się o swoje…

„The world is a mess” – powiedział mój mąż, rozkładając szerokie płachty niedzielnego „New York Timesa” na kuchennym stole. „Widziałaś? – zapytał. – W Wenezueli brak paliwa, płyną do nich statki z Iranu.” „O, a to? Widziałaś to? Zajączek!” – stuknął w zdjęcie, wymawiając ostatnie słowo po polsku z tym swoim zabawnym akcentem, jednocześnie zacinając się, jak zwykle wtedy, gdy usiłuje powiedzieć coś w języku, którego nie zna. „Zajączek” to jedno z tych słów, które zapamiętał, oczywiście w zdrobniałej formie, bo w czasach narzeczeństwa mówiłam do niego pieszczotliwie i uczyłam go rodzimych czułych słówek. Zresztą dalej tak do niego mówię…

Czytaj dalej „Piątek, 22 maja”