Sobota, 19 września

Minęło lato, książki pozostaną…

Od dawna interesuje mnie nie tylko to, co ludzie czytają, lecz także sam widok człowieka pogrążonego w lekturze. Dlatego fotografuję czytających nowojorczyków – czasem ukradkiem, czasem po uzyskaniu ich zgody. Najczęściej spotykam ich w metrze, gdzie książka staje się prywatną przestrzenią, małym schronieniem pośród tłoku, hałasu i pośpiechu. Na Facebooku prowadzę poświęcony tym fotografiom dział zatytułowany Books of New York i kiedy tylko rozgryzę jak działa Instagram 😉 przeniosę tam te zdjęcia. Robię je z fascynacji tym szczególnym momentem, kiedy człowiek, choć otoczony setkami innych ludzi, przestaje zauważać świat i przenosi się gdzieś zupełnie indziej.

Od dawna interesuje mnie jednak nie tylko, co ludzie czytają, ale również dlaczego właśnie ta, a nie inna książka trafia do nich w określonym momencie życia. Lektury wybieramy przecież z wielu powodów: z ciekawości, potrzeby zrozumienia świata, pragnienia ucieczki od codzienności, a czasem po prostu dlatego, że ktoś, komu ufamy, powiedział – musisz to przeczytać i podpowiedział nam tytuł. Bywa, że książka długo czeka na półce, zanim nadejdzie jej czas. Bywa też, że sięgamy po nią przypadkiem, a ona niespodziewanie zostaje z nami na długo. Bywa, że książki długo czekają na swoją kolej i chyba każdy ma przy łóżku swoją “kupkę wstydu”.

Postanowiłam więc zapytać przyjaciół i znajomych, co ostatnio przeczytali i która z książek okazała się dla nich ważna, poruszająca, zabawna, niepokojąca albo po prostu godna zapamiętania. Niektórych właściwie nie trzeba było nawet prosić – natychmiast dzielili się tytułami, wrażeniami i całymi historiami związanymi z lekturą. Inni bronili się przed odpowiedzią tak, jakbym pytała nie o przeczytaną książkę, lecz domagała się ujawnienia zeznania podatkowego albo jakiegoś starannie skrywanego sekretu alkowy 😉 Ta nieoczekiwana powściągliwość także wydała mi się interesująca. Najwyraźniej pytanie o książki bywa bardziej osobiste, niż mogłoby się wydawać.

Interesowały mnie bowiem nie tyle same tytuły i nazwiska autorów, ile osobiste spotkania z książkami: zachwyty, rozczarowania, odkrycia i myśli, które nie znikają po zamknięciu ostatniej strony.

Zebrane odpowiedzi tworzą coś więcej niż listę polecanych lektur. Są małym zbiorowym portretem ludzi, których znam i cenię – ich wrażliwości, zainteresowań, lęków, poczucia humoru i sposobów patrzenia na świat. Bo kiedy opowiadamy o książkach, które naprawdę nas poruszyły, niemal zawsze opowiadamy również o sobie. Kolejność prezentowanych wypowiedzi nie została podporządkowana żadnemu szczególnemu kluczowi. Sięgałam po nie po prostu kolejno, w miarę jak do mnie napływały i układały się w tę opowieść o książkach oraz ich czytelnikach. Tylko ostatnie miejsce zachowałam świadomie dla siebie – skoro zapytałam innych o ich lektury, wypada przecież, żebym na zakończenie sama odpowiedziała na własne pytanie.
Wszystkim serdecznie dziękuję za udział — i przepraszam za moje uporczywe nagabywanie. Mam nadzieję, że efekt był tego wart!

Radka Franczak

Ewa Wieżniawiec “O wilku mówiono w izbie” (KE, 2025) – dawno nie czytałam tak świetnie napisanej książki, chwyciła za gardło, trzymała do samego końca, sprawiła, że zniknęłam na cały dzień dla wszystkich. Ryna, główna bohaterka wraca z prac w Niemczech do miejsca swojego pochodzenia – położonej koło bagien białoruskiej fikcyjnej wsi Nauhalne.


Elisabeth Asbrink “Moja wielka piękna nienawiść” (Wielka Litera, 2025) – biografia Victoii Benedictsson, znacznie więcej niż biografia pisarki, tło społeczne zilustrowane pod kątem statusu kobiet w tym świecie, świetnie sportretowane, świat artystyczny, zasady które nim rządziły, zarys historyczny – cały świat wokół z taką właśnie koncentracją na kobietach. i oczywście postać pisarki. Bardzo inspirująca, dla mnie książka która naświetla wciąż ciemne miejsca w literaturze i historii.


Iwa Kołodziejska “Podolskie zielniki. Praktykowanie wiedzy o roślinach na Podolu Wschodnim (Ukraina)” (
Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, 2023) – świetna, niesamowita. Opis relacji łączących ludzi i rośliny na podstawie badań prowadzonych przez autorkę w latach 2009-2018. Bardzo czekam na kontynuację (jeśli będzie).


“Maria Lubomirska. W słowach i obrazach” (Ośrodek KARTA, 2023), to książka którą przeglądałam całe lato. Fotografie Marii Lubomirskiej, polskiej fotografki, jej zapiski, fragmenty listów – chciałabym więcej.

Wspaniałe zdjęcia, zapis czasu 1904-1918r.


Kamel Daoud “Huryska”, (ArtRage, 2025) – bardzo ważna książka, wydana w serii wydawniczej Rahla, która z miejsca stała się moją ulubioną serią. Oran, Algieria, bohaterką jest kobieta, której głos czytamy przez cały czas. Wstrząsający opis jej punktu widzenia, doświadczeń związanych z wojną domową w latach 90tych, która uderzyła najbardziej właśnie w prawa kobiet. Wojna domowa w Algierii – jedno z tych historycznych wydarzeń o którym wciąż mówi się za mało i konsekwencjach.


Jokha Alharthi “Ciała niebieskie”(ArtARage, 2024) – kolejna książka z serii Rahla, autorka omańska pisarka dostała za książkę nagrodę Bookera. Bardzo książka dla mnie – poetycka, jednocześnie osadzona w realiach, które są misternie zarysowane – i głos bohaterki i wszystkie postacie i zdarzenia w tle.
Między snem a jawą, i podskórnie też cały czas czuję tu temat życia kobiet.

W ramach serii czytam też ” Idąc na rzeź” Mahmud Doulatabadi


Werner Herzog “Przyszłość prawdy”, (Obroty, 2024) – Herzog napisał książkę w 2024, czytałam ją w momencie kiedy zupełnie nie miałam czasu na czytanie – i mimo, że tak dużo jeszcze wydarzyło się w tym temacie “prawdy” od 2024 do dziś – miałam poczucie, że esej są aktualne, pozostało mi w głowie wiele pytań i inspiracji. Małe zdarzenia, które tworzą ostatecznie mapę powiązań.

Jacek Dehnel

Z wiekiem coraz rzadziej trafia się na arcydzieła – ale nie jest to niemożliwe. Dzięki tłumaczce Małgorzacie Gralińskiej pojawił się w polszczyźnie Walter Kempowski. „Wszystko na darmo” (ArtRage, 2023) – powieść, którą wydał na rok przed śmiercią, w 2006 roku – toczy się w początkach roku 1945 gdzieś w Prusach Wschodnich, w majątku państwa von Globigów, Georgenhofie; pan domu bawi jako oficer we Włoszech, pani snuje się po pokojach, ich synek unika spotkań Hitlerjugend, wymawiając się bólem gardła, a cały dom trzyma w ryzach cioteczka-rezydentka. Zachodzi tu co jakiś czas wścibski nazista Drygalski. Gdzieś tam jest front, propaganda pociesza. Pojawiają się pierwsi uchodźcy.

Kempowski – który latami budował wielką kronikę niemieckiego społeczeństwa w czasie wojny – to rewers Manna z „Buddenbrooków”: mistrzowsko pokazuje rozpad mitu niemieckiego mieszczaństwa i solidności; każdy z bohaterów jest tak czy inaczej uwikłany w nazizm, tak czy inaczej uwikłany w drobne nieuczciwości, ale i zdolny do nieoczekiwanych aktów przyzwoitości. Wspaniałe są tu dialogi – zdania twierdzące kończą się często nie kropką, a znakiem zapytania, jakby wszystko w tym skłamanym, rozpadającym się świecie było podsiąknięte niepewnością, wątpliwością.


Wielka opowieść o ucieczce i rozpadzie przywodzi na myśl genialną „Francuską suitę” Irène Némirovsky, (Albatros, 2006) – toczącą się przecież raptem parę lat wcześniej, kiedy to zwycięska armia niemiecka wkraczała we Francję jak w masło; te same drobne podłości, te same kompromisy (nie)moralne. Warto przeczytać te dwie wybitne powieści w parze.

Sylwia Chutnik

„Kameliowy Sklep Papierniczy” Ito Ogawy, (Tajfuny, 2023), to książka dla wszystkich, którzy wciąż wierzą, że papier ma swoją pamięć, a odręcznie napisany list potrafi powiedzieć o nas więcej niż dziesięć wiadomości wysłanych w pośpiechu. Bardzo bliska jest mi jej czułość wobec papieru, atramentu, pisma i całego rytuału pisania. Tego momentu, kiedy trzeba na chwilę zwolnić i naprawdę zastanowić się, co chcemy powiedzieć drugiemu
człowiekowi. Ogawa pokazuje też, że list jest często próbą nawiązania kontaktu, bywa też pożegnaniem, wyrażenia uczuć albo uporządkowania relacji, które nie zawsze dają się łatwo nazwać. Lubię tę książkę za jej niespieszność i przekonanie, że bliskość buduje się z drobnych gestów, uważności i czasu poświęconego drugiej osobie. To jedna z tych lektur, po których człowiek ma ochotę wyjąć papier z szuflady, znaleźć pióro i napisać do kogoś, z kim dawno nie rozmawiał. Oczywiście, praktykuję to, od kiedy nauczyłam się czytać i pisać, ale po lekturze tej powieści napisałam od razu pięć i pobiegłam do najbliższego papiernika na zakupy!

Jan Zieliński

„Józef Mackiewicz, Barbara Toporska, Roman Brykczyński, Listy.” (Kontra, Londyn 2026). Korespondencja z kuzynem Mackiewicza, wzbogacona przeciekawymi wypisami z rodzinnych kronik oraz wspomnień kilku matron, sięgających głęboko w wiek XIX.


Kinga Skwira, „Zacznijcie beze mnie”. Ilustrowała Basia Ślusarczyk. (Girls and Queers to the Front, Warszawa 2026).
Oryginalne. Ożywcze. Odlotowe. A przy tym ciepłe.

Hania Czernik

Lato skwierczało szczególnie tego roku nawet jak na Kolorado, zwykle i tak gorące i suche w lipcu i sierpniu – ‘słońce paliło, a ziemia szła w popiół prawie’. Chodziło mi nieustannie po głowie zdanie Sylvii Plath otwierające jej „Szklany klosz”: “It was a queer, sultry summer /…/and I didn’t know what I was doing in New York.” To było dziwne, duszne lato i ja też nie wiedziałam, co robię w Denver.. 🙂

Czytałam więc, książka dawała nie tylko psychiczne wytchnienie, pozwalała odpocząć od letniej kanikuły, ale i od opresyjnej atmosfery politycznej… Zbiegiem okoliczności gros lektur stanowiły powieści i opowiadania pisane przez kobiety. Najpierw to były Japonki: Asako Yuzuka, Yoka Ogawa i Sayaka Murata. Ich proza najczęściej zwięzła i oszczędna, jak ikebana czy minimalistyczne wnętrze japońskiego domu, w której słychać niemal spadające płatki kwiatów wiśni, a czasem szokująca w koncepcji i obrazach, zmuszała do postawienia sobie zaskakujących pytań… We wszystkich tych książkach metafizyczne sugestie okazywały się tak różne od europejskiej grecko- judeo- chrześcijańskiej tradycji, którą u nas wszystko przesiąknięte…

Szczególne wrażenie wywarła na mnie jednak krótka powieść Duriana Sukegawy „Sweet Bean Paste”, wydana w Polsce pod tytułem „Kwiat wiśni i czerwona fasola” (WUJ, 2018). To poruszająca proza, która w ciepły i subtelny sposób opowiada o odkupieniu win i krzywd, o samotności i znalezieniu sensu życia.

Fabuła skupia się wokół Sentaro, mężczyzny z trudną, bliżej nie zdefiniowaną przeszłością, prowadzącego mały sklepik z dorayaki – tradycyjnymi japońskimi naleśnikami przekładanymi słodką pastą z czerwonej fasoli. Jego monotonne życie zmienia się diametralnie, gdy zatrudnia on ekscentryczną staruszkę o imieniu Tokue, posiadającą sekretny przepis na idealne nadzienie i niezwykły dar jego przyrządzania przeistaczający zwykły proces gotowania w prawdziwe misterium..

Książka, z pozoru pełna opisów kulinarnych i miłości do natury, dotyka niepowierzchownie tematu wykluczenia społecznego oraz udowadnia, że wartość ludzkiego życia nie zależy od jego produktywności i w żadnym wypadku od jego statusu. To pełna empatii, słodko-gorzka historia o tym, jak niespodziewana przyjaźń potrafi uleczyć dawne rany, także te zadawane przez państwo japońskie ofiarom trądu, zwanego chorobą Hansena – aż do 1996 roku zamykanym przymusowo w obozach, skazywanym na izolację od rodzin, od społeczeństwa, choć leki na trąd, wcale nie taki zakaźny jak wieść gminna niosła, znane były od lat 40 dwudziestego wieku..


O ile w japońskiej prozie dominuje cisza i samotność, o tyle zupełnie inną atmosferę niesie ze sobą powieść „Cesarzowa Piotra” (Wyd. Literackie, 2025) poczytnej litewskiej pisarki Kristiny Sabaliauskaitė znanej polskiemu czytelnikowi z wcześniejszej wielotomowej powieści „Silva Rerum”.

„Cesarzowa Piotra” dudni wprost od przemarszu wojsk i dworskich intryg, wypełniają ją gwałty i rzezie, tłumne pijatyki rosyjskiego dworu, a klamrę narracyjną stanowi zbliżająca się śmierć wspominającej swoje burzliwe i brutalne życie Katarzyny I – pierwszej cesarzowej Rosji, która przyszła na świat jako Marta Helena Skowrońska, uboga sierota o litewsko-polskich korzeniach. Z pozycji niewolnicy i praczki, dzięki sprytowi, inteligencji emocjonalnej oraz trójkątowi miłosnemu z udziałem Aleksandra Mienszykowa i cara Piotra I Wielkiego, trafia na sam szczyt władzy imperium. 

Książka Litwinki jest niezwykle poruszająca i niestety zdumiewająco aktualna.. Rosja Piotra zwanego Wielkim nie różni się się w swojej istocie tak bardzo od Rosji Putina, przerażającej i mimo pozorów ucywilizowania wciąż barbarzyńskiej…

Michał Nogaś

Wakacje to czas nadrabiania zaległości, oczekiwania na nowości, a także — to mój przypadek — czytania, na potrzeby wywiadów i spotkań, książek, które za chwilę się ukażą. Przeczytałem więc kilkanaście, a może i więcej pozycji, z których kilka na długo zapadły mi w pamięć. Co chciałbym polecić innym?

Z pewnością do tego grona należy nowa książka Agnieszki Daukszy, profesorki Uniwersytetu Jagiellońskiego, laureatki przyznawanego w Rybniku „Juliusza” (konkurs na najlepszą biografię) i finalistki „Nike” — za „Jaremiankę”. Niedaleko pada granat od jabłoni”, (Karakter, 2026) to rzecz znakomita, napisana językiem nie do podrobienia, wyczulonym na najważniejsze słowa, szepty, na niedopowiedzenia i gesty, których czasem nie da się jednoznacznie opisać.

W formie nie do końca możliwej do nazwania — gdy wciąż słychać o potrzebie szufladkowania, przypisywania do gatunków — autorka opowiada o skomplikowanym, filmowym wręcz życiu „nieznacznej” — jak sama ją nazywa (co stanowi nawiązanie do tytułu poprzedniej książki Daukszy) — Liny z Sambora, Żydówki, która — prowadzona na śmierć — najpierw, za namową siostry, wyrzuciła w krzaki swoją maleńką córeczkę, a następnie sama salwowała się ucieczką.

Gdy, cudem ocalona, wróciła na miejsce porzucenia dziecka, okazało się, że Ewy nie ma. Tak zaczęła się historia poszukiwań, w wyniku których los Liny przeciął się z losem małżeństwa Tuwimów, pewnej dziewczyny ze Związku Radzieckiego i wielu innych. Dauksza pisze o macierzyństwie, tożsamości, kłamstwie, niepewności, bazuje na wspomnieniach głównej bohaterki, rozmowach z jej bliskimi — odtwarza świat wymarły,wypalony i tworzy literaturę najwyższej próby.


Wspaniała i wciągająca jest nowa powieść Macieja Płazy, zdobywcy „Angelusa” za „Robinsona w Bolechowie”, Nagrody Literackiej Gdynia i Nagrody im. Kościelskich za „Skorunia”, dwukrotnie nominowanego do „Nike”. Jego “Kasperl i Margit”, (Wydawnictwo Literackie, 2026) powieść poznańsko-berlińska, to połączenie historii łotrzykowskiej z arystokratyczną, hymn na cześć stolicy Wielkopolski oraz rzecz o międzywojennym Berlinie, widzianym z zupełnie innej niż w kultowym filmie Fosse’a, perspektywy.

Bohaterowie Płazy — syn prostytutki z Chwaliszewa oraz córka hrabiego patrioty – poznają się stosunkowo późno. Wcześniej pisarz kreśli ich losy osobno, naprzemiennie. On z podwórkowego chłystka i zawadiaki przemienia się w powstańca, by następnie – w Berlinie – zwrócić się ku sztuce dalekiej od salonów. Ona dobrze i bezpiecznie wychodzi za mąż, ale jej wybranek, lekarz, traci rozum i siebie na froncie I wojny światowej, więc po rozpadzie małżeństwa kobieta przenosi się do niemieckiej stolicy i staje się gwiazdą jednej z najważniejszych scen.

W potężnej, kilkusetstronicowej powieści Płaza znakomicie operuje różnymi rejestrami języka, odtwarza słownik gwary poznańskiej, gra z historią XX wieku — efekt może wbić czytelnika w fotel, ostrzegam!


I jeszcze jeden tytuł, najnowsza reporterska książka Katarzyny Surmiak-Domańskiej „Świat przed nami nie istniał. Jak wojna została w naszych domach” (Agora, 2026), w której pojawia się także opowieść autorki tego bloga. To opowieść o traumach, z którymi mierzyć muszą się dzieci czy wnuki ocalałych z II wojny światowej, wszyscy ci — nasi rodzice, dziadkowie, kuzyni — których faszerowano martyrologią, zaciągano na siłę do izb pamięci, wysyłano na wycieczki do byłych nazistowskich obozów koncentracyjnych, opowiadano w czasie rodzinnych obiadów o rzezi
wołyńskiej czy gwałtach na Zieleniaku.

To — z wielu powodów — książka misyjna, powinien ją przeczytać każdy, kto próbuje zrozumieć, skąd w Polakach tyle złości, niechęci wobec drugiego, gniewu, wściekłości, ale też lęku, strachu, powinna trafić w ręce każdego, kogo dziwi, że 18 proc. obywateli III RP cierpi na PTSD. W zbiorze historii zebranych przez Surmiak-Domańską, w opowieściach bohaterów odnajdzie się większość z nas, bo wojna — choć zdaje się odległa — wciąż burzy spokój, prześladuje, nie daje spokojnie żyć. Czy to fenomen? A może zaniedbanie systemowe i brak zgody na jasne powiedzenie sobie, że o zdrowie psychiczne należy dbać na równi z tym fizycznym? „Świat przed nami nie istniał” to powinna być lektura obowiązkowa każdego, kto nad Wisłą wkracza w dorosłość — by nie popełniał błędów własnych przodków.

Ewa Maliga

Ostatnimi czasy zapadłam w czarną dziurę albo – jak kto woli – króliczą norę (rabbit hole). Nazywa się Empik Go. Mam subskrypcję od kilku lat i bardzo sobie ją chwalę, choć niestety spowodowała w ostatnich miesiącach rozluźnienie moich dotąd twardo egzekwowanych zwyczajów, czyli stosowania płodozmianu – jedna książka po polsku, jedna po angielsku… Aplikacja – jak to zwykle bywa – po lekturze poleca mi kolejne, więc podążam jak w owczym pędzie i moja lista polskich lektur odłożona na wirtualną półkę wydłuża się w zastraszającym tempie. A jeszcze należy dodać, że zasadniczo czytam uszami, czyli jestem wielką fanką audiobooków – mam swoich ulubionych lektorów (Filip Kosior anyone?:)) i cenię sobie, że mogę słuchać, równocześnie wykonując inne, często nudne czynności życia codziennego!

Ale do brzegu: polecam dwie moje ostatnie lektury z zasobów Empiku.
Pierwsza pozycja to „SPATIF. Upajający pozór wolności” Aleksandry Szarłat (Wydawnictwo Czarne, 2023). Historia legendarnego warszawskiego Klubu Aktora Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu, znakomicie udokumentowana przez autorkę, to zbiór anegdot i portretów najważniejszych postaci kultury powojennej Polski.

Szarłat przez kilka lat przepytywała bywalców klubu, by stworzyć obraz tego
niesamowitego miejsca, gdzie czołowe postaci warszawskiego środowiska
artystycznego toczyły dysputy o życiu, suto zakrapiane alkoholem i w towarzystwie ponurych panów z bezpieki, siedzących przy sąsiednich stolikach. Wśród nazwisk: Stanisław Dygat, Kalina Jędrusik, Agnieszka Osiecka, Marek Hłasko, Leopold Tyrmand, Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, Janusz Minkiewicz, Jerzy Andrzejewski, Tadeusz Konwicki, Joanna Rawik, Ireneusz Iredyński i Janina Staniszkis, by wymienić tylko najbardziej znanych… SPATIF był bardzo ważnym miejscem aż do stanu wojennego,
potem wszystko się zmieniło i choć lokal nadal działa, to już niestety nie odgrywa takiej roli jak dawniej. Jako dziecię wychowane i wykształcone w PRL-u pochłonęłam 16 godzin słuchania w 3 dni!


„SPATIF” doprowadził mnie do kolejnej lektury – „Radykalna. Wszystkie sprzeczności Jadwigi Staniszkis” Krzysztofa Katkowskiego (Wydawnictwo Otwarte, 2026) Staniszkis – zmarła w 2024 pierwsza dama polskiej socjologii – radykalna, idąca pod prąd, wymykająca się schematom, ze skomplikowanym życiem prywatnym, często kontrowersyjna w poglądach (zwłaszcza pod koniec życia) zawsze mnie fascynowała, choć niejednokrotnie ze zdumieniem słuchałam jej wywodów. I ta jej czerwona szminka!

Cytuję za Empikiem: „Autor prowadzi nas przez naukowe idee Staniszkis, jej medialne starcia, skomplikowane relacje i przyjaźnie – w szczególności tę z Jarosławem Kaczyńskim. Rozmawia z Piotrem Glińskim, Mateuszem Morawieckim, Leszkiem Balcerowiczem, Ryszardem Bugajem czy Aleksandrą Jasińską-Kanią i tworzy portret osoby, której nie da się zaszufladkować. Kobiety, która zamiast uprawomocniać stabilizację, wolała stabilnie… destabilizować. […] Staniszkis była pierwszą w Polsce badaczką, która udowodniła, że socjologia bywa sportem ekstremalnym”. Nic dodać, nic ująć… Jako wielbicielka biografii wszelakich nie mogłam się oderwać.

Cezary Łazarewicz

To ja polecam trzy książki. Według kolejności ich ukazywania się.

Pierwsza to Marka Węcowskiego „Homer na nasze czasy” (Znak Literanova, 2026). Bo to była lektura obowiązkowa przed filmem Nolana „Odyseja”. Węcowski pokazuje, że Homer, to znaczy jego dzieła, nie jest jakąś ramotą sprzed tysięcy lat, ale że może posłużyć do odczytania współczesności. No, a oprócz tego to bardzo ciekawa historia pisarza, który nie wiadomo, czy istniał, ale wiadomo, że wciąż budzi zainteresowanie świata. A Marek świetnie pisze i jest erudytą, znawcą i badaczem starożytności, znany z prac naukowych, ale słabiej z popularnonaukowych. Jego pierwsza książka „Tu jest Grecja. Antyk na nasze czasy”, Iskry, 2023 też była świetna.


Druga książka to naszego znajomego Alka Koraba – „Chory kraj” (Znak, 2026). Jego fascynujące i odkrywcze (dla mnie) opowieści o Ameryce znalazły wreszcie miejsce w reportersko publicystycznej książce. Pochłonąłem ją za jednym kęsem i przeciertałem oczy ze zdumienia pytając się co kilka akapitów: czy to ta Ameryka, która była naszym marzeniem?

Książka Alka wyjdzie dopiero pod koniec września. 


I trzecie. „Klub książki CIA. Najpilniej strzeżona tajemnica zimnej wojny” Charliego Englisha (Prószyński i S-ka, 2026) To książka o podziemnym ruchu wydawniczym w Polsce. Z jednej strony opisuje jak ten ruch był tworzony i funkcjonował w Polsce, z drugiej o akcjach CIA, które wspierały niezależny w Polsce. O ile pierwsza część jest mi dość dobrze znana, to druga część raczej słabo. Jest to chyba jedyna taka książka na rynku polskim, która szczegółowo opisuje sposób finansowania ruchu wydawniczego w Polsce. No i zawsze to miło, gdy obcokrajowiec, w tym wypadku Brytyjczyk, pisze o nas dobrze, a nawet się nami zachwyca. English stawia w swojej książce karkołomną teze, że komunizm upadł dzięki książką. Ludzie je czytali i przejrzeli na oczy. Teza jest mocno naciągana, ale co tam, brzmi imponująco, że my Polacy, z których 2/3 według badań czytelnictwa nie bierze obecnie książki do ręki, byliśmy kiedyś tacy oczytani.

Małgorzata Majewska

Atakuje mnie od razu pierwszym zdaniem: „zaczęło się około drugiej w nocy od żałosnego skowytu psów”. A potem jest jeszcze gęściej. Ale to tylko opisy – myślę. Pozwalają mi pozostać w roli czytelniczki-obserwatorki. Nie angażują do trzeciej strony i zdania: „dzieliło ich pół godziny rejsu wodolotem – akurat tyle, żeby dodać smaku każdemu spotkaniu”. I już jest po mnie. Głosy z głębi Paolo Rumiza (Znak Literanova 2026) wciągają w otchłań własnych doświadczeń. Nie pozwalają po prostu czytać. Zmuszają do pytań, jak to u mnie i ze mną jest. Męczą spotkaniem z sobą samą. Ale potem dają poczucie odkrycia w sobie nowych obszarów: i to tych emocjonalnych, i dosłownych. Bo po tej książce żadna podróż już nie będzie taka sama.

Izabela Barry

Mam słabość do książek wspomnieniowych, pod warunkiem, że autor nie próbuje mi wmówić, iż jako siedmiolatek rozumiał geopolitykę, stalinizm i skomplikowane stosunki polsko-żydowskie. Maciej Hen na szczęście tego nie robi. W „Tratwie z pomarańczami” (Filtry, 2025) pozwala dziecku być dzieckiem, a potem nastolatkowi – nastolatkiem: ciekawym, zachłannym na świat, naiwnym, śmiesznym, czasem nieznośnym, stopniowo odkrywającym również własną seksualność.

Spotykamy się więc w powojennej Warszawie, w domu pisarza Józefa Hena. Są rodzice, szkoła, podwórko, książki, muzyka, pierwsze fascynacje i cały katalog drobnych rzeczy, które po kilkudziesięciu latach trwają w pamięci wyraźniej od rzeczy rzekomo ważnych. Są także pierwsze erotyczne doświadczenia, opisane z dużą szczerością i bez szczególnej pruderii, w jakiś sposób rozczulające. Hen nie robi z młodzieńczego erotyzmu ani wielkiego dramatu, ani romantycznego wtajemniczenia. Jest ciekawość ciała, pożądanie, skrępowanie, nieporadność i trochę komizmu. Krótko mówiąc – dojrzewanie bez retuszu.

I właśnie to wydaje mi się w tej książce ważne. Hen nie konstruuje autobiografii wyłącznie z wydarzeń, które po latach uznano za historycznie istotne. Życie przecież nie wie, że właśnie uczestniczy w Historii. Człowiek zakochuje się, słucha muzyki, czyta książki, odkrywa seks, kłóci się z rodzicami i przeżywa własne małe katastrofy, podczas gdy gdzieś obok przygotowuje się katastrofa znacznie większa.

Bo Historia – jak to Historia – w końcu upomina się o swoje. Jest pamięć Zagłady, jest świadomość żydowskiego pochodzenia, jest antysemityzm i wreszcie Marzec ’68. To, co polityczne, coraz bardziej bezceremonialnie, by nie powiedzieć – po chamsku i bez skrupułów -wchodzi w przestrzeń prywatną.

Ale Maciej Hen nie oddaje Historii całego swojego dzieciństwa i młodości. I może właśnie dlatego tak dobrze działa tytułowa tratwa.

Tratwa to przecież szczególny środek transportu. Nie wybiera się jej wtedy, kiedy morze jest spokojne i można wygodnie podróżować statkiem. Tratwę skleca się z tego, co akurat jest pod ręką, kiedy trzeba utrzymać się na powierzchni. W świecie autora taką tratwą staje się rodzina, ale także język, książki, muzyka, poczucie humoru, erotyczne przebudzenie, ciekawość świata i pamięć najdrobniejszych szczegółów. Wszystko to, co wobec wielkiej Historii może wydawać się błahe, okazuje się materiałem ratunkowym.

A pomarańcze? Jestem przekonana, że są czymś więcej niż efektownym dodatkiem do tytułu. Przywołują kolor, smak, zapach, konkret zmysłowego doświadczenia. W szarości powojennej rzeczywistości pomarańcza była czymś szczególnym, niemal egzotycznym (ach, ja sama też to pamiętam!).  Pomarańcza, pachnąca, o niezwykłym, prawie niespotykanym w polskiej przyrodzie kolorze – świetnie pasuje do sposobu, w jaki działa pamięć Hena: nie przechowuje przeszłości w równych, ponumerowanych pudełkach. Zachowuje smak, piosenkę, twarz, dotyk, zdanie usłyszane przed kilkudziesięciu laty w czuły, liryczny i pieczołowity sposób.

Dlatego „tratwę” można (a może nawet należy) rozumieć również jako samą pamięć. Jest niedoskonała, sklecona z fragmentów, czasem czegoś na niej brakuje, czasem jakiś szczegół okazuje się podejrzanie wyraźny. Ale to ona przenosi nas przez czas. Hen nie rekonstruuje przeszłości jak historyk. Raczej wyławia z niej to, co jeszcze unosi się na powierzchni.

Bardzo podoba mi się ta niepozorność tytułowej metafory. To nie arka, która ma ocalić świat, nie okręt płynący ku wielkiemu przeznaczeniu, nawet nie porządna łódź. Tratwa – coś kruchego, prowizorycznego i trochę absurdalnego. Coś, co wbrew wszystkiemu – jednak płynie.

Może właśnie o tym jest ta książka. Nie o tym, jak pokonać Historię – bo pojedynczy człowiek raczej jej nie pokonuje – lecz jak nie pozwolić zagarnąć jej własnego życia. Jak ocalić prywatną pamięć przed oficjalną narracją… jak zachować smak, zapach, śmiech, pożądanie, muzykę i twarze bliskich, kiedy wokół szaleją ideologie i polityka.

Zazwyczaj nie zapraszają nas w podróż transatlantykiem. Zazwyczaj musimy płynąć na tym, co udaje się zachować w zakamarkach pamięci, a potem jakoś sklecić w całość, powiązać miłością patyki i deseczki wspomnień. Dobrze, jeśli na tej chybotliwej powierzchni zostanie kilka pomarańczy.

Wtorek, 13 maja 2025

Kiedy myślę o P(olsce)

Tekstów zaczynających się od słów “Kiedy myślę o Polsce” albo “Kiedy myślę – Polska” są w sieci dziesiątki.  Bywają wiersze rozpoczynające się od tej frazy, są wypracowania uczniów, są poważne eseje, ba! w 2019 roku pod hasłem “Myśląc Polska” odbyła się konwencja programowa partii politycznej Prawo i Sprawiedliwość. Wiele w tych tekstach szumu – czasem skrzydeł orlich, a czasem husarskich, a także wiele w nich szumu medialnego, monotonnych litanii narzekań, pretensji i wzajemnych oskarżeń. Nie brakuje połamanych krzyży, żołnierskich hełmów błyszczących w słońcu, zwycięstw militarnych okupionych krwią i – rzecz jasna – nie brakuje Pana Boga, który zawsze stoi po naszej stronie. Są też bociany, złociste kłosy, mazurskie chaty i pochylone wierzby, czasem zdarza się i rozpłakane dziewczę, wszystko podlane sosem z mazurków Chopina. Jednym słowem – ojczyzna z landszaftu, patriotyczne monidło, nieznośny ersartz szkolnych czytanek i tromtadracja do sześcianu. Ale tak właśnie postanowiłam zatytułować moje refleksje – trochę na przekór, a może także trochę jako ostrzeżenie dla samej siebie, żeby nie popaść w sentymentalizm i łzawość.

Nie, nie wyśmiewam się, broń Boże. Każdy mówi o Polsce tak jak potrafi i na ile wystarcza mu wyobraźni. No właśnie – wyobraźni. Boję się, że nasze myślenie o Polsce jest często ograniczone smutnymi nakazami źle pojętego patriotyzmu, które nie pozwalają przekroczyć pokrytych pozłotkiem ram obrazków tyleż pięknych, co niekoniecznie prawdziwych. 

Polska, czyli kraj Polan to kraj rozległych pól, jezior i lasów, maków i bławatków i majaczącej na horyzoncie sylwetki Giewontu, gdzie w skalnych jaskiniach śpią zbrojni rycerze;  kraj, którego granice przesuwano w tę i z powrotem bez naszej – Polaków – zgody;  kraj różnorakich dialektów i gwar, które socjalistyczna urawniłowka postanowiła zniszczyć i prawie jej się to udało. To kraj, w którym na wschodzie  wszyscy się znają z dziada pradziada i kraj ziem zachodnich, gdzie jeszcze niedawno nikt nie naprawiał płotu, bo po co, skoro zaraz przyjdą Niemcy. To kraj lęków i niepokojów, tak trwale zapisanych w naszym kodzie genetycznym, że odżywają w każdym pokoleniu bez specjalnego wysiłku ze strony tych, którym zależy na tym, by te niepokoje nigdy nie gasły. Polska… kraj, na którego cmentarzach leżą nie tylko Polacy, ale i żołnierze obcych armii, bo tędy przetaczały się szlaki wojennych wypraw wschodnich i zachodnich mocarstw, które chętnie ten kraj traktowały jako szlak swoich podbojów. Tędy maszerowały setki tysięcy bezimiennych mężczyzn i kobiet w wojskowych szynelach, których guziki rdzewieją zagrzebane w ziemi. Owe groby w kraju, w którym śmierć jest fetyszem, a szacunek do niej świadczy o prawości człowieka niejednokrotnie stają się powodem karczemnych awantur o to, kto ma prawo tu spoczywać i kto ma prawo do pamięci. Wreszcie  – Polska – kraj, który wciąż istnieje, a mógł już zniknąć zupełnie kilka razy. 

 Polska to także – od zawsze – kraj ludzi ciężko pracujących, próbujących związać koniec z końcem, kraj byle jakiej niedoinwestowanej służby zdrowia, edukacji kiedyś podległej rosyjskiej propagandzie, potem wydanej na żer kościelnym hipokrytkom;  kraj wewnętrznych konfliktów, które zwykle nabierają rumieńców w obliczu historycznych zmian i konieczności podejmowania ważnych decyzji. Polska to kraj zmęczonych ludzi, którzy lubią wzajemnie się oskarżać o najgorsze zbrodnie, a w swojej frustracji nie raz popadają w absurdy rodem z filmowych komedii. Kraj, w którym wszystko, absolutnie wszystko – od miejsca urodzenia po końcówkę nazwiska ma polityczne znaczenie.  Dziwny kraj. Mój kraj.

Continue reading “Wtorek, 13 maja 2025”

11 października 2023

Wybory o historycznym znaczeniu…

Od wyborów parlamentarnych dzieli amerykańską Polonię niewiele ponad dwa dni. W 52 komisjach wyborczych rozmieszczonych w pięciu okręgach konsularnych zagłosuje 47 tysięcy 559 osób, które zdecydowały, że niezależnie od swego miejsca zamieszkania wezmą udział w wyborach i zadecydują o losach swojej ojczyzny. To rekordowa liczba, jeszcze nigdy Polonia nie zaangażowała się tak licznie w proces kształtowania politycznego kształtu kraju, z którego pochodzi. Każdy będzie głosował zgodnie ze swoim sumieniem, a także ze swoją wiedzą na temat Polski i tego, co się w niej dzieje.

23 września, a więc już ponad dwa tygodnie temu, w ramach kampanii wyborczej przyjechał do Nowego Jorku Profesor Adam Bodnar, były Rzecznik Praw Obywatelskich, Dziekan Wydziału Prawa w Warszawie Uniwersytetu SWPS, współpracownik i członek rad doradczych licznych organizacji humanitarnych w kraju i za granicą, autor dwóch książek i kandydat do Senatu Rzeczypospolitej, a przede wszystkim człowiek o wielkim autorytecie.

Miałam zaszczyt współorganizować tę wizytę. Razem przeszliśmy przez Greenpoint, gdzie Profesor był rozpoznawany przez przechodniów i witany z entuzjazmem. Korzystając z okazji poprosiłam profesora Bodnara o rozmowę. Została ona zamieszczona w Nowym Dzienniku, a ja pozwalam sobie przytoczyć ją tutaj. Mamy jeszcze dwa dni na zastanowienie się na kogo głosować. Być może ta rozmowa pozwoli czytelnikom podjąć decyzję.

Continue reading “11 października 2023”

Czwartek, 9 czerwca 2022

Czerwiec, Lechoń

Jak co roku na początku czerwca, Facebook przypomniał mi zdjęcie, które umieściłam tam siedem czy osiem lat temu. Jest to zdjęcie niewielkiego artykułu, skopiowane z archiwów New York Timesa, a sam artykuł ukazał się 9 czerwca 1956 roku. Treść notatki, krótka i sucha, brzmiała tak: Jan Lechon Serafinowicz, 57-letni polski poeta na wygnaniu, zmarł wczoraj po południu w wyniku upadku z dachu hotelu Henry Hudson, 351 West Fifty-seventh Street. Serafinowicz upadł na tylny dziedziniec hotelu, a jego zgon stwierdzono o godzinie 14.00. Policja nie była w stanie stwierdzić, czy zgon nastąpił w wyniku nieszczęśliwego upadku czy skoku. Pan Serafinowicz, były attaché kulturalny Ambasady Rzeczypospolitej w Paryżu, przybył do Stanów Zjednoczonych z Brazylii w 1941 r. Wraz z innym poetą, Kazimierzem Wierzyńskim, autorem książki „Życie i śmierć Chopina”, założył w Nowym Jorku polskojęzyczny tygodnik poświęcony sprawom literackim i politycznym. Ostatnio pracował dla Radia Wolna Europa, biorąc udział w audycjach nadawanych w Polsce. Pan Serafinowicz, który swoje utwory sygnował jako Jan Lechon, zyskał miano poety w swojej ojczyźnie, gdy miał 18 lat. Pisał krótkie wiersze w formie klasycznej, zwykle dotyczące historii Polski. Mieszkał w pokoju przy 505 East 82 Street. Jak twierdzą jego przyjaciele, od lat był w ciężkiej depresji…  (tłum. IB)

Continue reading “Czwartek, 9 czerwca 2022”

Poniedziałek, 27 grudnia 2021

Messiah

Monumentalnego dzieła Jerzego Fryderyka Haendla „Messiah” w całości po raz pierwszy wysłuchałam w Edmonton. Z pewnością nie było to zaraz po naszym przyjeździe do Kanady – jako nowi przybysze nie mieliśmy pieniędzy na takie rozrywki jak chodzenie do filharmonii. Myślę, że upłynęły 3-4 lata, zanim wybrałam się wreszcie na ten tradycyjny w północnej Ameryce, a właściwie w całym anglosaskim święcie przedświąteczny koncert i od tego czasu „chodzenie na Mesjasza” stało się moim corocznym zwyczajem. W ciągu trzydziestu kilku lat spędzonych w dwóch krajach Ameryki Północnej zdarzyło mi się opuścić koncert może dwa razy, zapewne z powodu wyjazdu do Europy. Rok temu – jak miliony zamkniętych w domach – słuchałam „Mesjasza” przez radio…

“The Chandos portrait of Georg Friedrich Händel”
by James Thornhill, c. 1720
Continue reading “Poniedziałek, 27 grudnia 2021”

Niedziela, 7 listopada

„Mam honor pracować dla Polski”. Rozmowa z Krzysztofem Kasprzykiem (2006)

Pierwsza wiadomość, która wyświetliła się dzisiejszego ranka na ekranie mojego telefonu brzmiała:

„Wiesz, że umarł Krzysztof Kasprzyk? Miałam Ci powiedzieć, od tygodnia był w śpiączce… strasznie przykro.”

Pod nią były jeszcze trzy inne o podobnej treści. Czytałam je kilkakrotnie i nie rozumiałam ich treści…

Poznaliśmy się pod koniec lat 90., w Calgary, kiedy Krzysztof jako konsul generalny RP w Vancouver objeżdżał tereny podległe jego placówce. Potem wielokrotnie przyjeżdżał do Edmonton, gdzie spotykałam się z nim jako przedstawicielka Towarzystwa Kultury Polskiej, w którym wówczas pracowałam. Rozmawialiśmy o kulturze, stosunkach polsko-żydowskich, które Krzysztofowi zawsze leżały na sercu i o problemach Polonii w Albercie. A także o gotowaniu, które było hobby Krzysztofa i o pięknie Ameryki Północnej, którą znał i kochał. Kiedyś, będąc w Edmonton, przyszedł na lunch. Podałam śledzie w oleju ze smażonymi prawdziwkami…

A potem, kilka lat później, spotkaliśmy się na rogu Manhattan Avenue i Norman Avenue na Greenpoincie. Dwa lata wcześniej przeprowadziłam się do Nowego Jorku i kiedy dowiedziałam się, że został nowym konsulem w Nowym Jorku, nie mogłam się doczekać jego przyjazdu. To przypadkowe spotkanie na greenpoinckiej ulicy odświeżyło naszą znajomość. 

I ta znajomość przetrwała. Kiedy już wyjechał do Polski na stałe, nasz kontakt się nie urwał, wręcz przeciwnie. W połowie ubiegłej dekady stał się nawet bardziej intensywny. Krzysztof wspierał każdą nowojorską działalność i inicjatywę związaną z Komitetem Obrony Demokracji, który tu zakładaliśmy. Doradzał, pomagał – rozmawialiśmy przez telefon, wymienialiśmy emaile. Był naszym konsultantem i przyjacielem. Widywaliśmy się też w Polsce, ostatni raz w lutym, kiedy z moim mężem przyleciałam na pogrzeb moich Rodziców i z powodu zawirowań w Amsterdamie, wylądowaliśmy w Krakowie, a nie we Wrocławiu. 

Przyszedł do nas rankiem do hotelu, wypiliśmy kawę. To był środek covidowej epidemii w Polsce i nawet się nie uściskaliśmy. Byliśmy wszyscy zmęczeni, przerażeni i pełni jak najgorszych myśli, choć próbowaliśmy się wzajemnie pocieszać. Krzysztof odwiózł nas na dworzec. Któż mógł wiedzieć, że było to nasze ostatnie spotkanie. 

Poniżej przypominam wywiad, który przeprowadziłam z Krzysztofem Kasprzykiem w 2006 roku. Wiele spraw tam poruszanych dotyczy lokalnych problemów polonijnej społeczności nowojorskiej, wiele być może jest już nieaktualnych, ale zamieszczam go w całości, bo z każdego zdania, które Krzysztof wtedy wypowiedział, przebija profesjonalizm, pasja i uczciwość. To cechy, jakie reprezentował w swojej służbie dyplomatycznej. Żegnaj, najlepszy Konsulu… 

Calgary, 1996
Continue reading “Niedziela, 7 listopada”

Poeta na emigracji

Rozmowa z Wasylem Machną

Przedwczoraj, 12 maja, ukazała się w Polsce nakładem PIW książka nowojorskiego poety, Wasyla Machny “Kalendarz wieczności”, w przekładzie Bohdana Zadury. Zanim przeczytam tę wspaniale zapowiadającą się powieść, prawdziwy fresk historyczny, rozciągający się od XVII wieku po czasy współczesne, przypomnę bardzo dawny wywiad z poetą. Mówi on o ważnych rzeczach, o tożsamości artysty, o rozdarciu, o związkach z językiem i o twórczej samotności.

https://piw.pl/pl/kalendarz-wiecznosci

Nie dalej jak dwa tygodnie temu oboje uczestniczyliśmy w pewnym wieczorze literackim. W trakcie rozmowy padło pytanie skierowane do bohaterki wieczoru, znanej pisarki: czy uważa się za pisarkę emigracyjną. To samo pytanie chciałabym dziś zadać Tobie: Czy jesteś poetą emigracyjnym?

To jest bardzo ważne i ciekawe pytanie. Mam wiele przemyśleń na ten temat i kiedy to pytanie pada w wywiadach, a pada w miarę często, to odpowiadam jednoznacznie: nie, nie jestem poetą emigracyjnym. 

Uważam, że bycie twórcą emigracyjnym straciło rację bytu po upadku komunizmu w naszym regionie geograficznym, w Ukrainie czy w Polsce. Formuła pisarza emigracyjnego zamykała się przede wszystkim w fakcie publikowania poza granicami swojego kraju i w braku możliwości powrotu do ojczyzny, przy czym chodzi tu o powrót zarówno fizyczny, jak i metaforyczny. Dziś taka sytuacja nie ma miejsca. Moje książki wychodzą w Ukrainie, w każdej chwili mogę tam pojechać, na krócej, na dłużej. Emigracja została zastąpiona globalizacją: człowiek wybiera, gdzie chce mieszkać i jak długo chce tam mieszkać. Wiem, że dla Polaków tradycja emigracji ma większą wartość gatunkową niż dla Ukraińców. Jeśli chodzi o mnie, to oczywiście mój wyjazd nieco zmienił moje spojrzenie na literaturę ukraińską i zacząłem zauważać obecność pewnych rzeczy, które dzielą tych, którzy tam zostali i tych, którzy wyjechali. Nie chcę jednak postrzegać ich jako elementów istotnych, znaczących czy też przejmować się nimi. Pisarz, który wyjechał i zamieszkał gdziekolwiek, jak długo uprawia swój zawód w ojczystym języku i jak długo ma czytelników, którzy mieszkają w jego ojczystym kraju, tak długo jest częścią kultury tego kraju, a nie kraju, w którym zamieszkał, czy też częścią tworu zwanego emigracją. 

Continue reading “Poeta na emigracji”

Pomiędzy szamaństwem a racjonalnością

Dawna rozmowa z Adamem Zagajewskim

W zimny listopadowy wieczór 2007 wysiadłam z metra na Union Square i pobiegłam do budynku New School. Sala była wypełniona po brzegi, a na scenie odbywało się poetyckie misterium i jakkolwiek patetycznie to brzmi, tak właśnie było. Tego wieczoru Ameryka otrzymała tłumaczenie niemal całej twórczości Zbigniewa Herberta. Nie oznaczało to, oczywiście, że Ameryka nie znała Herberta przedtem. Czytywała go przecież od niemal czterdziestu laty, bo był tu chyba jednym z najbardziej popularnych europejskich poetów. W samym New Yorkerze ukazało się około trzydziestu pojedynczych przekładów wierszy poety, głównie w tłumaczeniu Bogdany i Johna Carpenterów z Ann Arbor, którzy przez ponad trzydzieści lat niestrudzenie zajmowali się udostępnianiem Herberta anglojęzycznemu czytelnikowi.

Continue reading “Pomiędzy szamaństwem a racjonalnością”

Z warszawskiej ulicy Gęsiej na nowojorską Upper West Side

O życiu Suli Benet, polsko-amerykańskiej antropolożki

Urodziła się w samym sercu żydowskiej przedwojennej Warszawy, na ulicy Gęsiej, jako Sula Epstein czy też Epsztajn. Niewiele wiadomo o jej polskim życiu, poza tym,  że  w latach dwudziestych wyszła za mąż  za niejakiego Samuela Beneta, by wkrótce potem zostać wdową. Była studentką jednej z najbardziej szanowanych i niezależnych polskich instytucji edukacyjnych – Wolnej Wszechnicy Polskiej.  Studiowała pod kierunkiem profesora Stanisława Poniatowskiego, etnografa i antropologa i także pod jego kierunkiem obroniła pracę magisterską, która przyniosła jej rozgłos i zaproszenie na stypendium do Nowego Jorku w 1936 roku.

Ul. Gęsia
Continue reading “Z warszawskiej ulicy Gęsiej na nowojorską Upper West Side”

Piątek, 5 czerwca

I can’t breathe

I powtórzę jeszcze raz, bo powtarzania tej historii nigdy dosyć. 46-letni George Floyd, zamieszkały w Minneapolis, 25 maja około ósmej wieczorem wszedł do sklepu, chcąc kupić paczkę papierosów. Płacąc, położył na kontuarze 20-dolarowy banknot. Sprzedawca popatrzył na banknot pod światło i stwierdził, że jest on podrobiony. Wkrótce potem pojawiła się policja i czterech policjantów postanowiło aresztować George’a, który nie stawiał oporu. Kiedy mimo to powalono go na ziemię, jeden z policjantów ukląkł na jego szyi (UKLĄKŁ NA JEGO SZYI) i pozostał w tej pozycji przez osiem minut i czterdzieści sześć sekund. George, zanim umarł, wzywał matkę i powtarzał zdanie, które słyszeliśmy wiele razy w ostatnich latach: I can’t breathe. Trzech pozostałych policjantów stało obok, nie reagując. W jakimś momencie George przestał błagać o zwolnienie ucisku, bo stracił przytomność. Po chwili przyjechał ambulans, ale policjant jeszcze przez minutę trzymał kolano na szyi George’a. Przypadkowy przechodzień nagrał całą scenę telefoniczną kamerą.

Continue reading “Piątek, 5 czerwca”