Niedziela, 5 października

Uciec czortom

Wróciłam z prac komisji wyborczej, była trzecia nad ranem. Przewaga Trzaskowskiego nad Nawrockim wydawała się oczywista i niepodważalna. Szłam spać ze spokojnym sercem. Niedzielę spędziliśmy leniwie, najpierw wylegując się długo, a potem łażąc po muzeach i dopiero wieczorem dotarliśmy do domu. Zdejmowałam czarny t-shirt, kiedy moja lewa ręka zaczęła się dziwacznie zachowywać. Nie znałam takiego uczucia, nigdy wcześniej nic podobnego się nie zdarzyło. Przez chwilę pomyślałam, że to zmęczenie, które do rana minie. Coś jednak mówiło mi, że trzeba podnieść alarm. Michael od razu zorientował się, że coś jest na rzeczy.

– Sprawdzę, który szpital ma dyżur neurologiczny – powiedział – i pojedziemy zobaczyć, co się dzieje.

I od tego właściwie momentu już nic nie pamiętam. Ani tego, jak weszłam do szpitala (sama!), ani tego, o co mnie pytano. Obudziłam się po dziesięciu dniach dramatycznych snów, filmów z pogranicza horroru i kryminału. Jeden z nich pokazywał mnie na przejściu granicznym jakiegoś państwa. Jakiego? Nie wiem. Nie chcę doszukiwać się niepotrzebnej i na wyrost symboliki i choć odsuwam tę myśl to życie i śmierć nasuwają się same.

– Nie wpuścimy cię – upierał się pogranicznik. – Nie ma takiego imienia “Izabela” przez “z”. Izabela pisze się przez “s’.

– To nieprawda – podnosiłam głos. – W Polsce Izabela piszemy przez “z”. Sprawdźcie swoje rejestry, kalendarze, listy. Musi być przecież jakiś dowód! Z pewnością mieliście tu już takie osoby.

I ja też szukam tego dowodu, próbuję dotrzeć do swoich dokumentów, które udowodnią, że jestem kim jestem, ale wygląda na to, że moje ręce są przywiązane. Błagam o łyk wody, w nosie tkwi nieznośny kawalek plastyku. Jakimś sposobem uwalniam jedną rękę i wyszarpuję z nosa to świństwo. Jest to bolesne, ale udaje mi się. Przez moment oddycham swobodnie, dopóki ktoś (kto, na Boga?) spostrzega, co zrobiłam i już za chwilę plastykowy wężyk z odnóżami niepozwalającymi na wysunięcie się, na powrót tkwi w moim nosie, a ręka znów jest przywiązana. Wtedy zapadam w sen drugi. To, co widzę , to opowieści Babci. Sen przenosi mnie do małego domku nad Ikwą, w którym panuje zamieszanie i hałas. Dorośli pakują sprzęty, do drewnianych skrzyń wkładają garnki, blachy do pieczenia, żeliwne formy – te do mazurków, te do bab wielkanocnych. Dzieci są przerażone i nie wiedzą, co się dzieje. Nikt im nie wyjaśnił dziejowych zmian, wiedzą tylko, że mają gdzieś, daleko, jechać. Dorośli przeglądają każdą rzecz, każdy drobiazg, książki, zdjęcia, drobiazgi domowe, haftowane serwety i ciężkie prześcieradła. Są nawet rośliny w doniczkach, które potem przetrwają wiele lat w nowym świecie, w nowym życiu. Układają to wszystko w pudłach, coś się rozsypuje, coś brzęczy, coś tłucze. Potem widzę wysokiego blondyna, to brat mojej babci, Aleksander, Oleś. Pod osłoną nocy, tej ostatniej nocy, którą tam spędzają, wymyka się z domu i puka do drzwi sąsiedniego. Otwiera mu piękna dziewczyna. Nad szerokim czołem ma upięty warkocz, który rozsypuje się, kiedy Aleksander przyciąga ją do siebie i szepce do ucha:
-Jedź ze mną, jedź ze mną, moja jedyna.

A ona odwraca się, prowadzi go do środka i tam dosiada go, podając mu nabrzmiały, ciemny jak winne grono sutek i mówi te straszne słowa, które on będzie sobie nosił w sobie przez następne cztery dekady:

-Я не можу, я не можу, я не залишу батька й матір.

I nie mówi mu, że ma w sobie jego dziecko.

Kiedy to wszystko przesuwa się przed moimi oczami jak film nieznanego reżysera, gdzieś z tyłu głowy kołacze się przytomna myśl – dlaczego muszę na to patrzeć? Co i komu zrobiłam, że teraz, będąc nie wiadomo gdzie, leżąc ze skołtunionymi włosami, pokłuta i posiniaczona, prosząca o coś do picia i umierająca z pragnienia, widzę moją rodzinę opuszczającą swój dom, zamykającą po raz ostatni drzwi. Babcia chowa klucz pod doniczkę stojącą przed drzwiami. Kto i kiedy go wyjmie – nie wiadomo. Kto zamieszka w domku nad Ikwą, która toczy srebrne fale?

Na dworcu kolejowym czekają wiele godzin, Heniuś, który ma dopiero 12 lat nudzi się strasznie i chce do domu, którego już nie ma. Wandzia, starsza o rok, poważniejsza, już znalazła koleżanki i kawałkiem cegły wyrysowały kwadraty do gry w klasy. Jest ciekawa tego, co się wydarzy, ale rysująca się na horyzoncie ciężka sylwetka góry Bony, z ruinami zamku opadającymi w stronę urwiska, budzi w niej dziwny smutek. W końcu na stację wtacza się pociąg z wagonami jak dla przewozu zboża lub zwierząt i każdej rodzinie zostaje przydzielone miejsce. W niektórych wagonach jest ich kilka – zdążą się w ciągu najbliższych sześciu tygodni zaprzyjaźnić, zacieśnić już istniejące znajomości – Seńkowscy, Olaszewscy, Głowaccy… Będę ich potem odwiedzać z babcią, siedzieć pod fortepianami przywiezionymi “z domu”, na których od lat nikt nie zagrał, wdychać zapach zakurzonych kanap okrytych adamaszkowymi narzutami.

I teraz, kiedy ich nie ma od tylu, tylu lat, przychodzą do mnie, mam ich na wyciągnięcie ręki. Tak mało wiem, nie zdążyłam się wszystkiego dowiedzieć. Nie pytałam, nie byłam dość ciekawa. Nie wiedziałam, jak i o co pytać. Niosła mnie młodość, która ma ważniejsze sprawy, która nie chce się zatrzymywać przy rodzinnej martyrologii, która czuje za trzech ludzi i żyje potrójnie. Dziadkowie umarli już dawno, Mama odeszła cztery lata temu, ale nigdy, przenigdy, nie chciała mówić o tamtych czasach. A przecież już wszystko – jako trzynastolenia panienka – musiała zapamiętać. Nigdy niczego się od niej nie dowiedziałam, więc może to, co przychodzi teraz do mnie teraz, w tym pooperacyjnym zawieszeniu, pozwoli mi się jakoś do nich zbliżyć? A może oni mnie wołają do siebie?

Zatem widzę ich wszystkich, widzę też Olesia, do którego wiele dekad po rozstaniu przyjeżdża Anna, piękna jak dawniej pięknością ukraińskiej już nie молодіци, ale dojrzałej kobiety, w której wciąż tli się uczucie dla jasnowłosego Polaka. I wtedy on mówi:

-Nie chcę.

W moim śnie nie-śnie słyszę dźwięk policzka, który Anna mu wymierza, zanim wyjdzie z jego skromnego starokawalerskiego mieszkania. Ja o tym wszystkim dowiaduję się z szeptanych rozmów mamy i babci. Obie są oburzone i rozczarowane, a Oleś przestaje przychodzić do nas niedzielne obiady.

Potem scena się zmienia i przenoszę się w teraźniejszość. Przypominam sobie, że miałam komuś w czymś pomóc, w zrobieniu pilnego researchu. Opanowuje mnie obsesyjna myśl o tym, że muszę mieć telefon – teraz, natychmiast. Próbuję to powiedzieć, ale lewy policzek zaczyna drgać i tylko wydobywam z siebie nieartykułowane dźwięki. Pod wpływem myśli o niespełnionej obietnicy nagle otwieram oczy. Ktoś woła:

– She is alive!

Widzę nad sobą zatroskane twarze mojego męża i jego siostry. Nie bardzo rozumiem, co się dzieje, więc patrzę ze zdumieniem na białe ściany, żółtawe zasłony i moje ręce i nogi, mocno przytwierdzone do łóżka.

Mój mąż pochyla się nade mną i cierpliwie i spokojnie tłumaczy mi, co się stało:

– Nie martw się, czeka cię długie dochodzenie do siebie, ale wszytko będzie w porządku.

– Nie byłaś nieprzytomna – opowiada mi kilka dni potem. – Więc co? Byłam zawieszona pomiędzy pomiędzy życiem i śmiercią? Jak blisko byłam przekroczenia tej jedynej, ostatecznej granicy, której nie pozwolili mi w moim śnie przejść celnicy, bo uznali, że nie ma takiego imienia jak Izabela pisana przez “z”?

Michael jest przy mnie codziennie. Codziennie też przyjeżdża jego siostra, która pewnego dnia przywozi płyn do splątanych włosów i specjalną szczotkę i zaczyna żmudny proces rozczesywania wroniego gniazda, które mam na głowie. Będę jej za to wdzięczna do końca życia.

Jestem już na tyle silna, że przenoszą mnie do innej sali i zmieniają mi program dnia – pobudka o 6 rano, lekarstwa, pobieranie krwi, mierzenie ciśnienia, śniadanie, ustalone poprzedniego dnia. Jestem głodna jak wilk, więc kiedy – jako jedna pierwszych – przychodzi w odwiedziny Pani Beatka, bezczelnie domagam się tosta z serem. Potem pojawiają się inni goście – Ałła, Karolina z Danem i Adasiem, meksykański przyjaciel Piotrek, córka Michaela – Miriam, Chuck i Susan Fishmanowie, z Bostonu przyjeżdżają Katka i Noelle, jest Jacek z Małgosią, Agata i Anita, Ania i Andrzej (przywożą sernik – Boże, jak to smakuje!) Hania i David – to także dzięki nim, a nie tylko dzięki lekarzom, terapeutom i lekarstwom odzyskuję z dnia na dzień siły. Dostaję dziesiątki wiadomości i życzeń na parapecie pysznią się piękne kwiaty, ktoś przyniósł orchidee, ktoś inny nową Masłowską. Wygląda na to, że jestem najpopularniejszą pacjentką na oddziale – do nikogo nie przychodzą takie tłumy. W telefonie pojawiają się życzenia powrotu do zdrowia od osób mniej mi znanych, a także tych, z którymi nie zawsze łączyły mnie najlepsze stosunki. To jest klasa – myślę z uznaniem.

Ćwiczenia terapeutyczne są żmudne i nudne. Terapeutka od speech therapy zadaje mi pytanie:

– Poszłaś do 7/11 i kupiłaś colę za $1.70, paczkę czipsów za $3.90 i żelki za $2.20. Dałaś jej $10. Ile reszty dostałaś?

– W życiu nie kupiłabym coli ani czipsów – zgrywam się. – Żelki, no może. A poza tym takie rzeczy to ja obliczam w głowie na śniadanie.
Nie do końca spełniam tę zapowiedź, ale terapeutka i tak jest zadowolona. Umawiamy się, że będę wszystko zapisywać w kalendarzu, co i tak już od dawna robię. Potem przychodzi czas na fizjoterapię i wracam na górę totalnie wykończona.

Wciąż nie mam telefonu ani komputera, kiedy zmęczy mnie czytanie Masłowskiej wpatruję się w żółtawe zasłony, sprytnie umieszczone na szynach tak, że jeden pokój można podzielić na cztery mniejsze. Widzę, że są brudne, dawno nieprane. Chyba wracam do zdrowia, skoro moja głowa notuje takie rzeczy. Na siebie wolę nie patrzeć, jedynym pocieszeniem jest sprawdzanie umieszczonej w nogach łóżka wagi, z której wynika, że dziennie tracę ćwierć funta. Nie jest to najlepsza droga do doprowadzenia się do porządku w departamencie ciężaru ciała, ale dobre i to. Zresztą nie mam apetytu, z obrzydzeniem wybieram potrawy w menu i odsyłam ledwo napoczęte.

Kiedy wreszcie dostaję komputer, okazuje się, że wcale nie jest mi potrzebny. Obiecywałam sobie, że natychmiast zacznę pisać, tymczasem to jest trudne. Tak trudne, że odkładam laptop na stolik. Niech sobie tam leży bez otwierania, bo przypomina mi o mojej nieudolności, o niemożności zmuszenia mojego ciała, moich palców, do posłuszeństwa. Ale wciąż próbuję walczyć innymi sposobami. To tak jakbym walczyła o własną niezależność, wręcz o wolność, której ktoś chce mnie pozbawić. Postanawiam zatem wstać sama i przejść kilka kroków do umywalki, żeby umyć zęby. Ale łóżko jest tak zaprogramowane, że wystarczy, że spuszczę jedną nogę na podłogę, a już rozlega się ogłuszający alarm i za chwilę pojawia się siostra Ratched, a wraz z nią jej pomocnica. Te dziewczyny są bardzo pomocne, bardzo miłe, każda z nich ma Apple Watch, związane do tyłu włosy i serdeczny uśmiech na twarzy. I chyba u większości z nich ta serdeczność jest szczera. Co ważne, żadna z nich nie przekracza moich granic, żadna z nich nie nazywa mnie po imieniu, zamiast tego słyszę “Mrs. Barry” i to też pomaga mi w zwalczaniu uczucia bezsilności i poczucia zależności od innych.

Burke Rehab Center zbudowany jest w kształcie czworoboku. Zamknięty dziedziniec otoczony jest krużgankiem, a środek zajmuje olbrzymi trawnik, po którym skaczą zające, a w przekwitłych już rododendronach kryją się świstaki. Każdy dzień dla mnie tutaj to rzeczywiście “dzień świstaka”, ale to przecież dla mojego dobra – tak sobie to tłumaczę na wszystkie strony, jednocześnie czując wdzięczność dla wszystkich, którzy mnie ratowali i dla medycyny, która jest dla mnie niezwykłym, niepojętym cudem, którego nie rozumiem, ale uważam, że w moim życiu się wydarzył.


Zamknięta w Burke słyszę jak tam, na zewnątrz, toczy się życie. Michael przynosi na sobie zapach miasta i jego wibrujące dźwięki. Powinniśmy być gdzie indziej, robić co innego, pływać w przezroczystych wodach Zatoki Messeńskiej, może podpatrywać burzyki na zachodnim wybrzeżu Irlandii, a może po prostu doprowadzać do porządku mój polski dom.

Mieszają się we mnie wszystkie uczucia, żal za straconym latem i czasem, który jeszcze upłynie poza centrum zanim dojdę do siebie, za plażą, słońcem, winem. Postanawiam to wszystko jednak znosić z godnością, a straty uznać za urojone nieważne katastrofy, które nijak się mają do tego, co zyskałam, co mi zostało darowane.

Po miesiącu przebywania w ośrodku rehabilitacyjnym wreszcie pozwalają mi pójść do domu, a moja radość nie ma granic. Dziękuję wszystkim po kolei, doktorowi Mammadovovi, z którym przez miesiąc ćwiczyłam mój rosyjski wyjaśniam, co po polsku oznacza jego imię – Orkhan.

KIedy jedziemy do domu, świat wygląda zupełnie inaczej niż wtedy, gdy Michael wiózł mnie nocą i w pośpiechu do szpitala. Majowa delikatna, świeża seledynowa zieleń, którą zapamiętałam z ostatniego dnia przytomności zmieniła się w malachitową burzę, która spływa z drzew jak jęzory lawy. Jest gorąco i moim jedynym marzeniem jest natychmiast udać się na plażę. Michael szybko rozwiewa moje mrzonki. Żadnej plaży w tym roku, żadnego chodzenia po nierównym terenie. W domu zastaję chodzik, laskę i specjalne krzesełko do wanny. Brzeg dywanu także przyklejony jest do podłogi szeroką niebiedską taśmą. Stanowczo odmawiam używania chodzika i krzesełka. Nakładka na toaletę pozostaje nierozpakowana. Michael po paru dniach odeśle ją do producenta.

Dni płyną powoli, nie wolno mi się zbliżyć do kuchenki, wziąć do ręki noża. Mój cudowny mąż ma wszystko pod kontrolą – posiłki, lekarstwa o wyznaczonych porach, wizyty lekarskie, dowożenie na terapię. Ale widzę jego zmęczenie. Praca i zajmowanie się chorą osobą, która chwilami jest nieznośna to niezbyt wygodna sytuacja. Całe szczęście przesypiam większość dnia, przesypiam cały lipiec i pół sierpnia. We wrześniu będzie nieco lepiej.

Któregoś dnia, wkrótce po moim powrocie, jedziemy do miasta. Jest upał, półnagie dziewczyny biegną w tłumie, jest jasno i kolorowo. Przypominam sobie przebój Anny Jantar z 1974 roku “Tyle słońca w całym mieście” – piosenki, której słowa nie miały najmniejszego sensu, a którą śpiewała cała Polska. Nucę ją pod nosem całą drogę z Grand Central, gdy powoli i ostrożnie – ja posiłkując się laską – zmierzamy w okolice Carnegie Hall. Moja domowa doktor łapie się za głowę przeglądając papiery ze szpitala – widziała mnie miesiąc przed tym niefortunnym zdarzeniem i nic nie wskazywało na jakiekolwiek zagrożenie. Znów dziękuję Bogu za Michaela – wie o co i jak zapytać, jasno i logicznie i razem z Sharą układają plan wizyt u innych doktorów. Shara wypisuje też recepty, tych tabletek jest mnóstwo, o wiele za wiele. W domu pojawia się plastykowe pudełko z przegródkami na leki na każdy dzień tygodnia. Obiecuję sobie, że kiedy tylko przestanę brać te świństwa, które robią ze mnie zombie i od których zaczynają mi wypadać włosy, wyrzucę je do śmieci. Wyrzucę na pewno, żeby już nic nie przypominało mi o tej chwilowej – chcę wierzyć – niedyspozycji. Cóż, każdemu się przydarza, przydarzyło się i mnie.

Kiedy kilka tygodni po wyjściu ze szpitala stanowczo żądam plaży, Michael już nie protestuje. Wiezie mnie, dźwiga wszelkie bambetle – niebieski namiot, starą kołdrę, której od lat używamy do plażowych wypraw i jeszcze żółtą torbę z jedzeniem. Ale przedtem zamawiam w Bloomingdale’s czerwony kostium kąpielowy, który idealnie opina moją o wiele szczuplejszą niż kilka miesięcy temu sylwetkę. Kiedy lądujemy na brzegu, już nie idę, a biegnę do wody. Jest cudownym balsamem, wodą żywą, ambrozją, cudownym eliksirem, boskim nektarem. Nie mogę się nacieszyć szumem fal, gorącym piaskiem. To nie jest nudny krajobraz – co jakiś czas z Port Jefferson wypływa biały prom w kierunku Connecticut, by w połowie drogi minąć się z takim samym olbrzymim statkiem płynącym w przeciwnym kierunku. Małe stateczki i łódki niemal tłoczą się na wodach Long Island Sound. Jeszcze kilka tygodni i zostaną tylko wytrwali Azjaci, którzy będą przyjeżdżać tu na połów ryb i krabów. Siedzimy do zachodu słońca, a kiedy potem wracamy do samochodu, co kilka kroków oglądamy się za siebie i im bardziej oddalamy się od plaży, tym bardziej chcemy na niej pozostać. Nad rozlewiskiem, które dzieli nas od parkingu przelatują małe nietoperze, a słońce nie zważa na to, że nie ma właściwie słów na opisanie kolorów – karmin, karmazyn, szkarłat, bordo – to wszystko i tak nie jest właściwe i prawdziwe. Powoli niebo zalewa ciemniejące złoto. Nadchodzi zmierzch. Przypomina mi się przepiękna pieśń renesansowa Wacława z Szamotuł, którą kiedyś śpiewałam w małym zespole Con Amore. https://youtu.be/qY5lnV51PmY

Już się zmierzcha, nadchodzi noc

prośmy Boga o pomoc

aby On naszym stróżem był

od złych czartów nas obronił,

którzy najlepiej w ciemności

używają swej chytrości

Uciekamy do samochodu, zostawiając za sobą ciemniejące niebo, na którym pojawiają się pierwsze gwiazdy. Nie damy zaskoczyć się czartom.