Niedziela, 16 sierpnia 2020

Ach, kochany Augustynie…

Kiedy wczoraj wyszłam z domu, uderzyła mnie fala gorącego powietrza. W kapeluszu i masce, w ciemnych okularach, biegłam do samochodu i już w drodze zdejmowałam po kolei kapelusz i maskę. Okulary zostawiłam. Wyraźnego słońca nie było, ale po mojej stronie horyzontu światło raziło jaskrawym blaskiem. Jechałam do pobliskiego miasteczka, na południe, naprzeciw ciemniejącemu, wezbranemu ciężkim grafitem niebu. Kiedy po załatwieniu spraw w urzędzie wyszłam na zewnątrz, rozproszone chmury odsłaniały lazurowe niebo, a jezdnia parowała niedawną ulewą. Letnia burza przeszła nad miastem w dziesięć minut, zrosiła rabaty w parkach, zmyła nieco kurzu. Przyroda odetchnęła, ale tylko na chwilę, zaraz potem wyschły kałuże, rośliny znów omdlewały z upału, a ludzie na ulicy przyspieszali kroku. A jednak wyglądało na to, że upał się łamie, że sam jest już sobą znużony, wyczerpany…. Tak jakby nastąpiło jakieś apogeum letniej rozpusty kolorów, skwaru, gorących nocy i tropikalnych ulew o świcie i każda następna próba zapanowania nad miastem była już tylko ospałym, neurotycznym gestem.  „To chyba już ostatnia noc, kiedy będziemy potrzebować klimatyzatora” – powiedział wieczorem mąż. Wzruszyłam ramionami i wyciskając z wody kostium kąpielowy, bo właśnie wróciłam z pływania, skwitowałam jego przepowiednię: „Uwierzę, gdy zobaczę”. 

Czytaj dalej „Niedziela, 16 sierpnia 2020”