Niedziela, 16 sierpnia 2020

Ach, kochany Augustynie…

Kiedy wczoraj wyszłam z domu, uderzyła mnie fala gorącego powietrza. W kapeluszu i masce, w ciemnych okularach, biegłam do samochodu i już w drodze zdejmowałam po kolei kapelusz i maskę. Okulary zostawiłam. Wyraźnego słońca nie było, ale po mojej stronie horyzontu światło raziło jaskrawym blaskiem. Jechałam do pobliskiego miasteczka, na południe, naprzeciw ciemniejącemu, wezbranemu ciężkim grafitem niebu. Kiedy po załatwieniu spraw w urzędzie wyszłam na zewnątrz, rozproszone chmury odsłaniały lazurowe niebo, a jezdnia parowała niedawną ulewą. Letnia burza przeszła nad miastem w dziesięć minut, zrosiła rabaty w parkach, zmyła nieco kurzu. Przyroda odetchnęła, ale tylko na chwilę, zaraz potem wyschły kałuże, rośliny znów omdlewały z upału, a ludzie na ulicy przyspieszali kroku. A jednak wyglądało na to, że upał się łamie, że sam jest już sobą znużony, wyczerpany…. Tak jakby nastąpiło jakieś apogeum letniej rozpusty kolorów, skwaru, gorących nocy i tropikalnych ulew o świcie i każda następna próba zapanowania nad miastem była już tylko ospałym, neurotycznym gestem.  „To chyba już ostatnia noc, kiedy będziemy potrzebować klimatyzatora” – powiedział wieczorem mąż. Wzruszyłam ramionami i wyciskając z wody kostium kąpielowy, bo właśnie wróciłam z pływania, skwitowałam jego przepowiednię: „Uwierzę, gdy zobaczę”. 

Klimatyzator chodzi bez przerwy, od półtora miesiąca. Nie znoszę tego urządzenia, które miało być cichutkie i zachowywać się dyskretnie, jak obiecywał miły sprzedawca z greenpoinckiego sklepu. Tymczasem z metalowej skrzynki w oknie dochodzi donośne warczenie zakłócające ciszę.  Śpimy pod cienką narzutą, obrębioną niegdyś wiktoriańską falbanką, z której niewiele już zostało. Okien nie otwieramy. Natychmiast wcisnęłaby się przez nie lepka wilgoć. Zamykamy drzwi do łazienki. Dzięki temu w domu panuje przyjemny chłód. 

Con Edison przysłał nam e-mail: „Zauważyliśmy, że twój rachunek za elektryczność w tym miesiącu jest większy o 120 procent od sumy, którą płacisz co miesiąc. Jeśli uważasz, że potrzebujesz rozłożenia tej sumy na raty, daj nam znać, a my z pewnością przychylimy się do twojej prośby.” To miła troska o klienta, ale też dowód na to, że wielu z nich nie płaci rachunków, że zwyczajnie ludziom pozbawionym pracy nie wystarcza pieniędzy. Bezrobocie w Nowym Jorku wynosi dziś niemal 20 procent. Takiego poziomu nie notowano tutaj od czasów wielkiego kryzysu lat 30. ubiegłego wieku.  Ale wtedy powstał rządowy program „Nowy Ład” i państwo wkroczyło w każdą niemal dziedzinę życia publicznego, przebudowując struktury społeczne. Trzeba było więcej niż dekady, żeby Ameryka wyszła z kryzysu. W lutym 1975 roku Nowy Jork stanął w obliczu bankructwa. Miasto wyczerpało swoje zasoby, konieczne do opłacenia normalnych kosztów operacyjnych i nie było w stanie pożyczyć znikąd pieniędzy. Perspektywa ogłoszenia bankructwa stała się realna. Pomogły związki zawodowe i ich fundusze emerytalne. Minęło kilka lat i Miasto stało się Mekką turystów. Dziś nikt tu nie przylatuje, ani z innych stanów, ani spoza granic państwa. Muzea i sale koncertowe pozostaną jeszcze długo zamknięte. Czy Nowy Jork umrze? Nie wiemy, co się stanie. Nikt nie wie, co się stanie i nikt nie wie, co robić. 

Ale Nowy Jork, to miasto-państwo, tak bardzo różniące się od reszty Ameryki pod każdym możliwym względem, nie jest jedynym punktem na mapie, na którym skupiają się oczy świata. Codziennie dzieje się coś, co w postcovidowej, a może wciąż jeszcze covidowej rzeczywistości budzi emocje, przerażenie, protest. Coś, co z dnia na dzień pogłębia naszą depresję. Niektórzy z nas ulegli jej już dawno, poddali się czarnym myślom. Narzekając, ględząc, litując się nad sobą, uciekając od świata zapadli się w mało produktywne trwanie. Inni, między innymi ja, arogancko podśpiewywali sobie wiedeńską pioseneczkę „Ach, kochany Augustynie, wszystko minie, minie, minie…” 

Znamy ją głównie z pewnej baśni Andersena o głupiej księżniczce, która nie poznała się na róży i słowiku. Ten, jakże adekwatny utwór z XVII wieku, powstał w czasach wielkiej zarazy wiedeńskiej, w 1679 roku, podczas której zmarło 76 tysięcy ludzi. Jego autor, Marx Augustin, dudziarz i balladzista, znaleziony pod jakimś miejskim murem, gdzie zmęczony od nadmiaru piwa zasnął, przez pomyłkę uznany został za zmarłego i wrzucony do dołu z ofiarami dżumy. Po przebudzeniu się, w niezasypanym jeszcze dole, sięgnął po swoje dudy i zagrał. W ten sposób ocalał, a jego O, du lieber Augustin stało się piosenką nadziei wiedeńczyków. „Wszystko mija”, podśpiewywałam sobie, świadoma tego, że pieniądze, wino i dziewczyny (w moim przypadku chłopcy) z piosenki mogą mijać i miną tak czy owak, nawet bez pandemii, ale najważniejsze jest, by nie tracić ducha. Być dobrej myśli. Coś robić. Umówić się z samą sobą, że nie wolno tracić głowy, nadziei, dobrej woli.

Moją pierwszą odpowiedzią na lockdown było kupienie turystycznych butów. „Tylko nie żałuj pieniędzy” – powiedział zazwyczaj dość oszczędny mąż. W tych butach jeździłam na niezliczone wycieczki. Łaziliśmy po górach, godzinami gadaliśmy, robiliśmy zdjęcia. Wracaliśmy zmęczeni, ale pełni radości. Potem, przyszła kolej na porządki. Spakowałam pięć worków niepotrzebnych ubrań, butów i torebek. Resztę posegregowałam, odświeżyłam, ułożyłam i powiesiłam w szafach. Nigdy w życiu nie miałam takiego porządku i ten fakt niezwykle podniósł mnie na duchu. Tę covidową dyscyplinę rozciągnęłam na książki. Do samochodu powędrowały torby z tomami, które uznałam – z bólem serca – za zbędne. Potem wylądowały w pojemniku Better Books World – antykwarycznej firmy sprzedającej książki w Internecie. Jeszcze później zaczęłam czytać, więcej niż mi się do tej pory udawało, pisać, wreszcie organizować spotkania. Od początku pandemii odbyłyśmy ze znajomymi dziewczynami dziewięć niezwykle interesujących spotkań książkowych w wirtualnym dyskusyjnym klubie Impromptu. 

Wszystko to działo się na fali niezgody, wręcz buntu przeciwko niesionej przez pandemię chandrze i apatii. Poddałam się fizycznie wszystkim obostrzeniom, nosiłam (i dalej noszę) maseczkę, myłam dokładnie ręce, zachowywałam odległość sześciu stóp. Towarzyszyło mi przeświadczenie, że skoro „wszystko minie”, to świat w końcu wróci do normalności. Dziś nie jestem tego taka pewna. Kiedy pytam Michaela, co zmieniło się w jego, Amerykanina, życiu po 9/11 odpowiada – zaczęliśmy zdejmować buty na lotnisku. Drobna sprawa, prawda? Ale kiedy przychodzi do rzeczywistego zdjęcia butów – rozwiązania sznurówek, rozpięcia zamka błyskawicznego, umieszczenia tenisówek, szpilek, kozaków do plastikowego pojemnika, przejścia w skarpetkach, rajstopach, albo boso, kilkudziesięciu kroków przez wykrywającą metale bramkę, stania na zimnej podłodze i czekania, aż szary pojemnik ze sprawdzonymi pod laserem rzeczami podjedzie – sprawa zaczyna nabierać innego wymiaru. Zdjęcie butów na lotnisku to rodzaj obnażenia się, to dobrowolne ustawienie się w pozycji podrzędnej w stosunku do oficera TSA, który przez kilka krótkich chwil ma nad nami władzę. Stoimy przed nim na bosaka. Mijają minuty. Bosy tłum za nami się niecierpliwi, a kolejka rośnie. Co będzie znakiem nowych, pocovidowych czasów? Czy bosi będziemy stać w kolejce do mierzenia temperatury?

O, du lieber Augustin… Wszystko powinno minąć i wrócić to czasów, które znamy. Tymczasem codziennie wydarza się coś, co raz za razem udowadnia, że upragniony powrót do zony komfortu i zadowolenia oddała się od nas coraz bardziej.

Bejrut, stolica Libanu. 4 sierpnia w Bejrucie stał się kolejnym znakiem, że normalnie może już nigdy nie być. O 18:08 tamtejszego czasu wybuchły składy z saletrą amonową. Fale wybuchu były tak silne, że odczuto je w Izraelu, Syrii i Turcji, a wybuch był słyszalny na odległym od 250 km Cyprze. Taka saletra to zwyczajny nawóz do roślin. 25 kilogramów kosztuje na Allegro 40 złotych. Prawie 3 tysiące ton skonfiskowanego na jakimś statku sześć lat temu specyfiku wybuchło, powodując śmierć ponad dwustu osób i obrażenia u ponad sześciu tysięcy. 300 tysięcy ludzi nie ma dachu nad głową. Do Libanu płyną pieniądze, ale odbudowanie zniszczeń zajmie lata. Liban, wysławiany w „Pieśni nad Pieśniami”: Z Libanu przyjdź, oblubienico, z Libanu przyjdź i zbliż się! / Zstąp ze szczytu Amany, z wierzchołka Seniru i Hermonu / z jaskiń lwów, z gór lampartów… Liban, o którym Khalil Gibran pisał: „Mój Liban to stado ptaków trzepocące skrzydłami wczesnym rankiem, gdy pasterze prowadzą owce na łąkę i wznoszące się wieczorem, gdy rolnicy wracają ze swoich pól i winnic…” (tłum.własne z angielskiego). Ten Liban został ugodzony w samo serce. Od ludzi dobrej woli zależy, czy się ze śmiertelnych dziś ran wyliże. 

Wybuch w Bejrucie Źródło

Więc Bejrut, Liban. Czytam, że pojechali tam polscy ratownicy, żeby szukać ludzi przywalonych gruzami. Ale już kilka dni potem Bejrut schodzi na dalszy plan, a czołówki gazet zajmuje nazwa innego miasta. Mińsk odmieniany jest przez wszystkie przypadki. W poniedziałek, 10 sierpnia, komisja wyborcza Białorusi poinformowała, że wybory prezydenckie po raz kolejny (który to już?) wygrał Aleksandr Łukaszenka. Ten, podobno „ciepły człowiek”, jak go nazwał pewien polski polityk, który już dawno powinien spalić się ze wstydu, zapewnił sobie następne lata na białoruskim tronie. Od niemal tygodnia na ulicach Mińska, ale także innych białoruskich miast trwają krwawe zamieszki. W Mohylewie, Witebsku, Grodnie, Homlu, stają zakłady pracy. Ludzie wychodzą na ulicę.  Konkurentka Łukaszenki, 38-letnia nauczycielka, Swiatłana Cichanouska, która według oficjalnych wyników komisji wyborczej uzyskała mniej niż 10 procent głosów, została wywieziona na Litwę. Zgodziła się na to wywiezienie, bo grożono śmiercią jej dzieciom.  Jeszcze nie wiemy, jak się to wszystko skończy. Czy reżim na Białorusi upadnie? Czy skończy się upokorzenie tego narodu, który jest nam pod wieloma względami tak bliski? Swietlana Aleksijewicz, laureatka Nobla sprzed kilku lat, wystąpiła z apelem do Łukaszenki: „Odejdź, zanim będzie za późno, zanim popchniesz ludzi w straszliwą otchłań, w otchłań wojny domowej.” Jedno jest pewne: dziś Białorusini są bardziej zdeterminowani i bardziej zintegrowani, niż my, Polacy, byliśmy przez ostatnie 30 lat.

A tymczasem z Warszawy także dochodzą złe wiadomości.  Wszystko zaczęło się od powieszenia tęczowych flag na warszawskich pomnikach. Kolorową flagę otrzymał Kopernik, Kościuszko, Kiliński, Piłsudski, warszawska Syrenka i Chrystus sprzed kościoła św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, czyli w zasadzie bohaterowie narodowi, którzy o wolność i równość walczyli, plus Syn Boży, który za równość wszystkich ludzi umarł na krzyżu. O Syrence nie wiem, ale sądzę, że też nie miałaby nic przeciwko ludziom, którzy żądają uznania swoich ludzkich i obywatelskich praw. Odpowiedzialne za akcję zawieszania flag osoby z fundacji „Sto Bzdurom” natychmiast zostały zatrzymane pod zarzutem obrazy uczuć religijnych, wandalizmu i czegoś jeszcze, czego nawet nie chcę dochodzić, tak nonsensowne mi się to wydaje. Wobec jednej z aktywistek zastosowano dwumiesięczny areszt, bo przypomniano sobie o jej działaniach z końca czerwca, wobec pewnej furgonetki. Furgonetka ta, ozdobiona homofobicznymi napisami i wyposażona w megafon, przez który ktoś siedzący w środku wygadywał głupstwa, krążyła po Warszawie. Nie będę przytaczać bzdur za jej pomocą rozpowszechnianych, ale można o nich przeczytać tu. Podobno tych furgonetek jest więcej, a zawiaduje nimi Fundacja PRO – Prawo do Życia. Nie wiem, co to za fundacja, bo zdaje się, że jej strona internetowa jest zablokowana. I dobrze. Nienawiść i głupota zawarte w tytułach artykułów widocznych na stronie startowej, każą się zastanowić nad istotą zła. Skąd wzięli się ci wszyscy ludzie, którzy posługując się oszczerstwem wykorzystują cudzą niewiedzę?  Wracając do furgonetek: mają one sądowy zakaz uprawiania propagandy – niesprawiedliwej, krzywdzącej, głoszącej kłamstwa. Powinno być jeszcze – głupiej i prymitywnej. Niestety, głupota i prymitywizm nie są przestępstwem. Ale, jak to w Polsce, przykład idzie z góry. Skoro Kaczyński ma sądowy nakaz przeproszenia Sikorskiego za bezczelne słowa o rzekomej zdradzie i nie zamierza tego uczynić („nakaz sądowy oprawię sobie w ramkę” – skomentował „Wódz”) to Fundacja Pro nie zamierza zaprzestać swojej działalności mimo sądowego wyroku. Policja także nic sobie nie robi z tego wyroku i furgonetka bez przeszkód krąży po Warszawie. Nie dziwię się, że osobom z fundacji „Stop Bzdurom” puściły nerwy. Nie dziwię się, bo mnie też puszczają. Dożyliśmy czasów, kiedy dążenie do wiedzy, tolerancja, otwarte oczy i uszy oraz przekonanie o tym, że życie jest bardziej skomplikowane niż się to nam wydaje, to cechy negatywne, niepożądane i lewackie. A zatem naganne i to w stopniu najwyższym. 

Furgonetka, o której mowa, została uszkodzona przez działaczkę tego ruchu, transpłciową osobę o imieniu Margot. Nie wiem, kim jest Margot, ale wiem, że ma pełne prawo, by czuć, że nie jest tym człowiekiem, który po urodzeniu został zapisany w USC jako mężczyzna. Wiem także, że dwumiesięczny areszt i umieszczenie Margot w celi dla mężczyzn świadczą nie tylko o bezbrzeżnej arogancji, ale także o zwykłym braku wiedzy na temat ludzkiej natury, seksualności, płciowości wśród polskich władz. I polskiego społeczeństwa. Kiedy więc w Warszawie i innych polskich miastach zaczęły odbywać się demonstracje przeciwko opresji, kłamstwu i niesprawiedliwości wobec ludzi LGBT, grupa nowojorczyków także zebrała się pod konsulatem RP w wyrazie protestu. 

Fot. Izabela J. Barry
Fot. Izabela J. Barry

Flaga LGBT, zawieszona na figurze Chrystusa przy wejściu do kościoła św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu nie obraziła uczuć katoliczki, którą jestem. Nie obraża mnie ani tęcza w aureoli Maryi, ani tęcza przykrywająca ciało umęczonego Chrystusa, dźwigającego krzyż. Chrystus kocha nas wszystkich. Czekam, aż z takim przesłaniem wystąpi polski Episkopat. Czy się doczekam?

Ciężki ten sierpień, trudny, przygnębiający. Coraz trudniej mi trzymać się postanowienia sprzed kilku miesięcy – nie dać się, nie popadać w przygnębienie. Oddychać.

O du lieber Augustin, Augustin, Augustin,
O du lieber Augustin, alles ist hin.  

7 myśli w temacie “Niedziela, 16 sierpnia 2020

  1. Z niecierpliwoscia czekam na koolejny tydzien i kolejny felieton .Tak prawde piszesz Bialorus jest nam bliska i tak jak kiedys my tak teraz oni walcza o swoja przyszlosc .Kto wie czy i nam nie przyjdzie poniwie o nia walczyc .Zycze im powidzenia .Co do LGBT masz racje ich flaga ,symbol walki o prawa dla tych ludzi zawieszona ,przed kosciolem na postaci Chrystusa w zaden sposob nie uraza moich uczuc ,wrecz przeciwnie w ten sposob czuje wiez z tymi ludzmi.Dzieki za kolejna porcje nadzieji i powiem tak jak Ty w felietonie .Ach kochany Augustynie wszystko minie ,wszystko minie .Zlo tez.

    Polubione przez 2 ludzi

  2. Felieton mądry i z wdziękiem napisany. Jak zwykle świetna pointa. Początek dziwnie przypomniał mi Szklany klosz Sylvii Plath: “It was a queer, sultry summer, the summer they executed the Rosenbergs, and I didn’t know what I was doing in New York.” A także Leśmianowskie:” Kwiaty więdły ciał naszych odurzone wonią”…Nie sądzę jednak, że świat jest gorszy niż kiedykolwiek.. Kiedy w przeszłości mogły na pomnikach pojawić się takie flagi? Kiedy mogliśmy otwarcie oburzać się na przesądy i uprzedzenia? Kiedy tak wielu mogło chociaż wstydzić się swoich uprzedzeń? Jeszcze nie tak dawno istniały surowe prawa przeciw ‚sodomii’, jak ‚czarująco’ to nazywano. ‚Hate crimes’ zdarzały się częściej niż dzisiaj. Bomby i wojny wybuchały z przerażającą regularnością.. Kobiety nie miały praw, a ciemnoskórzy ludzie wstępu do szkół i miejsc zarezerwowanych tylko dla białych.. Stare i złe nie daje za wygraną, oczywiście. I ‚dżumy’ nie umierają i nie giną- ciągle próbują „wysyłać swoje szczury , by umierały w szczęśliwym mieście”. A jednak, wierzę, „więcej w ludziach zasługuje na podziw niż na pogardę”. I świat, choć z czkawką, zmienia się na lepsze, pod warunkiem, że nie przestaniemy czuwać (tak mi się dzisiaj Camusem cytuje:-) : „by nie tchnąć dżumy w twarz drugiemu człowiekowi”..

    Polubione przez 1 osoba

  3. Szkoda, że kochany Augustyn jeszcze nie przestał dostarczać kolejnych wrażeń. W sumie za duzo tego wszystkiego, żeby jako tako ogarnąć. Ot, przed chwilą w RNŚ – (to też sierpniowe wydarzenie, ale miłe, więc polecam), powiedzieli, że Richard Obatel Czarnecki złapał wirusa.Niby nic i nie powinno cieszyć, ale przecież można uznać to za dowód, że nieprawdą jest, jakoby złego diabli nie brali. Bądźmy w pogotowiu, bo der liebe Augustin jeszcze niejednego hopsztosa nam wytnie. A Ty Iza, pisz.

    Polubione przez 1 osoba

  4. Jak ja lubie, jesli ktos widzi wiecej, szerzej, a na dodatek w takiej formie to przedstawi. To do Ciebie komplement. Nie musze sie we wszystkim zgadzac, chodzi o to, zeby poza wlasnym ego widzieć wiecej.
    Btw, w tym roku wybierałam sie wycieczkę do Libanu, kiedyś nazywano ich nawet Szwajcaria Bliskiego Wschodu. Pamietam z ostatnich lat 2 filmy libanskie. Jeden z życia fryzjerek , że tak powiem, a drugi o konflikcie inżyniera prowadzącego jakaś budowę z jakimś obrażonym mieszkańcem osiedla. Jeden był muzulmanin, drugi chrześcijanin, sprawa toczyła sie w sądzie, a prowadziła ja kobitka. Czyli, jednak tam było jakies normalne zycie i staranie sie podzwigniecia ze strasznych ostatnich kilkudziesieciu lat wojen. Bardziej normalny swiat, niz nam sie wydawalo. Co bedzie tam dalej….. na razie rzad w calosci ustapil, ale czy to już jest nadzieja dla nieszczęsnego narodu ( kolejnego)?

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.