Czwartek, 21 października

Dziewiętnastka

Wróciłam z biblioteki około piątej zmęczona i zestresowana – minął właśnie dziewiąty dzień w nowym miejscu, w pierwszej pracy zgodnej ze świeżo uzyskanym wykształceniem na University of Alberta. Po ośmiu miesiącach od otrzymania dyplomu, w czasie których wysyłałam dziesiątki aplikacji, po serii rozmów kwalifikacyjnych w bibliotekach publicznych i akademickich w różnych miejscach Kanady i Stanów, dostałam posadę u siebie, w swoim mieście, w swojej bibliotece, w której pracowałam już od kilku lat na pół etatu jako library clerk. Nie musiałam się przeprowadzać, szukać mieszkania, odnajdywać w nowym miejscu. Już jako pełnoprawny bibliotekarz zaczęłam pracować w dziale katalogowania, w pełnym wymiarze godzin, przy własnym biurku…

Rozdanie dyplomów. Z prof. Hope Olson

– Jest do ciebie wiadomość z Nowego Jorku – powiedział J. i dodał wzruszając ramionami – ale nie wiem, o co chodzi. 

Przesłuchałam taśmę telefonicznej skrzynki kilkakrotnie, zanim zrozumiałam treść. Ktoś z brooklyńskim akcentem (tego, że był to brooklyński akcent dowiedziałam się później) zapraszał mnie na rozmowę kwalifikacyjną. Nie pamiętałam, kiedy wysłałam tam moje CV. Na pewno nie w ostatnim czasie; pół roku temu? Rok? Rozmowa, na którą mnie zapraszano, miała odbyć się w piątek, w przedostatni dzień sierpnia. W przeddzień świątecznego weekendu Labour Day 2002 roku.

Sherri, moja przełożona, próbowała ukryć zaskoczenie i gniew. 

– Interview? W Nowym Jorku? – spytała groźnie. – Przecież dopiero co zaczęłaś u nas pracować! – I, przyparta do muru, bo kanadyjskie prawo nakazuje przełożonemu udzielenia wolnego dnia pracownikowi, który ma rozmowę kwalifikacyjną, dodała – Jeśli dostaniesz tę pracę, masz mnie natychmiast zawiadomić, rozumiesz?

 – Jasne – wyjąkałam i wróciłam do biurka. Wiele miesięcy potem dowiedziałam się, że biedna Sherri długo walczyła o pieniądze na dodatkową pozycję, tę, którą mi zaproponowano. Moją prośbę o wolny dzień po to, by starać się o nową pracę, potraktowała jako wyraz nielojalności i niewdzięczności. Zaraz po tej rozmowie zadzwoniłam do biura Franka Zalewskiego i zamówiłam bilet. Miałam lecieć w czwartek po południu, czekała mnie przesiadka w Toronto. 

Wydałam na bilet ponad tysiąc dolarów. W tamtym czasie były to dla mnie ogromne pieniądze, tyle zazwyczaj kosztowała podróż do Polski. Dopiero zaczęłam zarabiać, spłacać pożyczkę studencką… Ale z jakiegoś powodu nie miałam żadnych wątpliwości, że powinnam lecieć. Bo Edmonton, za którym dziś tęsknię, w tamtym czasie był dla mnie pułapką, więzieniem, świadkiem mojego nieszczęścia i moich łez.  W emailu z 23 sierpnia pisałam do grupy przyjaciółA żyje się w Edmontonówku strasznie: tydzień temu w Jasper spadło 15 cm śniegu, jutro za to ma być plus 30 stopni, bilety lotnicze do gdziekolwiek osiągnęły ceny absurdalno-astronomiczne (Nowy Jork 1400, Frankfurt 1700), Grzegorza Nowaka wyrzucono z posady dyrektora artystycznego Edmontońskiej Orkiestry Symfonicznej, a teraz właśnie odbywa się Fringe – festiwal teatrów ulicznych, którego główną atrakcją są dmuchacze kolorowych baloników w kształcie długich parówek. A kupione wczoraj warzywa i owoce, dziś są już nadgniłe. Dlatego tylko patrzę, jakby się gdzieś przemieścić…

Edmonton

O tym, czy pracę dostanę, czy mam na nią szanse – nawet nie myślałam. Nie przejęłam się też komentarzami najbliższej mi wtedy osoby, która kpiąco pytała – „Czy naprawdę sądzisz, że dostaniesz tę pracę? Że czekają tam właśnie na ciebie?”. Wykształcona, pewna siebie, z dyplomem postgraduate studies, po prostu leciałam do Nowego Jorku na rozmowę kwalifikacyjną. I już. 

Do torby zapakowałam lniany kostiumik w kratkę, granatowe lakierki na płaskim obcasie, białą letnią spódnicę z drogiej firmy French Connection, ale uszytą w Polsce, i dwa czarne t-shirty. I aparat fotograficzny. W Edmonton, choć był to sierpień, byliśmy już po pierwszych przymrozkach, więc – nieświadoma nowojorskiego klimatu – wcisnęłam do torby parę cielistych rajstop. Dziewczyny z katalogowania na pożegnanie życzyły mi szczęścia. Sherri, obrażona, udała, że nie słyszy mojego see you next week. Ja sama szczęścia sobie nie życzyłam, bo tak naprawdę wcale nie wiedziałam, czego chcę. Nowy Jork? Byłam tam raz, przez kilka dni, zwiedzałam, chodziłam, zadzierałam głowę do góry, żeby gdzieś w chmurach dopatrzyć się iglicy Empire State Building. Oszałamiający ruch, hałas, brud, ogłuszający łoskot metra, trotuary pokryte czarnymi plamami wyplutej i zadeptanej gumy do żucia… Czy tego chciałam? „Nie będę dzielić skóry na niedźwiedziu” – zdecydowałam w drodze na lotnisko. Ale pytanie „a co, jeśli?” kołatało gdzieś z tyłu głowy.

W Toronto miałam czekać niemal cztery godziny na lot do Nowego Jorku. Na siedzeniu obok mnie leżały rozrzucone części New York Timesa z poprzedniego dnia. Sięgnęłam po jedną i przeczytałam: „Uświęcona studencka tradycja targowania się ze współlokatorami o rachunek telefoniczny i niedostarczone wiadomości może wkrótce odejść w przeszłość. Coraz większa liczba studentów przybywających na kampusy posługuje się wyłącznie telefonami komórkowymi.” I dalej, że oto po raz pierwszy od 1933 roku w Ameryce spadła liczba telefonów stacjonarnych i że obecnie jest ich mniej o dziewięć milionów niż w ubiegłym roku. „Dziewięć milionów – pomyślałam. – To musi być jakaś pomyłka”. Ale nie zawracałam sobie tym problemem głowy. Wkrótce podstawiono samolot do Nowego Jorku i po godzinie wysiadałam na LaGuardii. 

Poranek następnego dnia był pochmurny. Do kostiumiku w kratkę włożyłam białą bluzkę. Nie zapomniałam o rajstopach, bo wydawało mi się, że dzień jest chłodny. Uzbrojona w kartkę z planem dojazdu na Grand Army Plaza, wyruszyłam na rozmowę. Zanim przez Manhattan dotarłam do monumentalnego gmachu brooklyńskiej biblioteki, wzniesionego w stylu Beaux-Arts, umierałam z gorąca. Granatowe lakierki z kokardką zdążyły poranić mi pięty do krwi. W łazience działu dziecięcego pospiesznie zdejmowałam rajstopy…

Na trzecim piętrze, w małej poczekalni przed wejściem do kadr, siedzieli kandydaci do pracy w bibliotece. Młody mężczyzna, zupełnie nie do zapamiętania, pewna siebie smukła blondynka z długimi włosami i starsza pani z wyraźnym rosyjskim akcentem. Miałam być ostatnia. Usiadłam koło sztucznego drzewka i obojętnie odprowadzałam wzrokiem każdą osobę, która wchodziła do biura, po czym po piętnastu minutach wychodziła, odprowadzana przez wysokiego czarnoskórego mężczyznę w świetnym jasnym garniturze. „Dziękujemy bardzo, skontaktujemy się z tobą w ciągu dwóch tygodni” – mężczyzna zwracał się po kolei do każdej z wychodzących osób. W końcu zostałam sama. 

Kiedy przyszła moja kolej, w torebce miałam już kilkanaście uskubanych ze sztucznego drzewka liści. Siadając  naprzeciwko trzech osób nie czułam żadnych emocji. Odpowiadałam na pytania, chyba powiedziałam, że nie mam serca do bycia bibliotekarzem dziecięcym. Pytano mnie o mnie, o to kim jestem, dlaczego wybrałam zawód bibliotekarza. „Lubię ludzi” – powiedziałam i przestraszyłam się, jak trywialnie to zabrzmiało. W końcu podziękowano mi i poproszono, żeby zaczekała na zewnątrz. Dziesięć minut później w drzwiach pojawił się Mr. Middlebrooks, ale wbrew moim oczekiwaniom, nie pożegnał mnie formułką o tym, że „wkrótce do ciebie zadzwonimy”. Poprosił mnie jeszcze raz do środka. Nie, ani przez moment nie przeszło mi przez głowę, że za chwilę usłyszę:

– Your interview went very well and we want to offer you a job. When would you like to start? October 7 or October 21? 

Przez chwilę nie dotarło do mnie, co powiedział. W ułamku sekundy przeleciały mi przez głowę wszystko konsekwencje tego, co przed chwilą usłyszałam: rozstanie, pożegnanie… Wreszcie z paniką wydusiłam z siebie: 

– October 21

– W takim razie zobaczymy się za sześć tygodni – powiedział Mr. Middlebrooks i podał mi rękę na pożegnanie. 

Koniecznie trzeba się sfotografować z napisem „Fifth Avenue”

Niewiele pamiętam z tego, co wydarzyło się przez kilka następnych dni. Z Nowego Jorku odlatywałam dopiero w poniedziałek. Zwiedzałam Miasto, poszłam do Museum of Natural History, ze znajomymi wałęsałam się po Soho i po Times Square, odwiedzałam restauracje i bary. W jakimś momencie odtańczyłam szalony taniec na schodach nowojorskiej biblioteki przy 42. Ulicy. Fotografowałam się z przystojnymi strażakami i policjantami. W sklepiku w West Village kupiłam sobie w prezencie ciężki srebrny pierścionek. Należał mi się. W Olive Tree przy McDougal siedzieliśmy popijając piwo do czerwonego barszczu. Wgapiałam się w Jerry’ego Seinfelda, który siedział przy stoliku obok. Z napotykanych po drodze budek telefonicznych dzwoniłam do Edmonton, ale tam nikt nie odbierał. O tym, że mam tu wrócić za sześć tygodni, nie myślałam.

Na Times Square

We wtorek rano, jak gdyby nigdy nic, weszłam do edmontońskiej biblioteki. Sherri czyhała na mnie przy drzwiach. Nie musiałam nic mówić, a ona nawet nie zadała mi pytania. „Dostałaś pracę w Nowym Jorku” – wycedziła i odwróciła się na pięcie. „Dostałam pracę w Nowym Jorku” – powtórzyłam sama do siebie i to chyba był pierwszy moment, kiedy realnie pomyślałam o tym, co się stało. 

Następne tygodnie były szarpaniną – jeszcze mogłam zdecydować, że nigdy w życiu nie pojechałam do Wielkiego Jabłka, że nie było żadnej rozmowy, że nikt nie zaoferował mi tam posady. Ale powoli zdawałam sobie sprawę, że odwrotu już nie ma. Chodziłam do pracy, brałam udział w przygotowaniach do corocznego tygodnia kultury polskiej, organizowanego przez edmontońskie towarzystwo, którego byłam wówczas wiceprezeską. Jeszcze tłumaczyłam na polski wiersze E.D. Blodgetta, kanadyjskiego poety, piekłam łososia w sosie koperkowym na przyjęcie promotora mojej pracy magisterskiej, Profesora Miodka, który właśnie podróżował po USA i Kanadzie. Jeszcze w granatowej długiej sukni, z bladoróżowym szalem z organdyny na ramionach, otwierałam spotkanie z poetką Marzanną Kielar i pisarką Ewą Stachniak, które były gośćmi naszego Towarzystwa… Jeszcze byłam tu, ale już wybiegałam myślą do przodu, w nieznane, które przerażało i pociągało zarazem.

Minął wrzesień, październik osuwał się w mgłę i przymrozki. Z drzew przy Sto Czwartej Ulicy opadła reszta liści. Przyniesione z poczty pudła powoli wypełniały się książkami i papierami. Odebrałam od mechanika volvo po generalnym przeglądzie. Nic już nie dało się zrobić, nie nastąpił cud, nie otworzyła się ziemia, niebo nie zechciało wysłać żadnego znaku. Obrazki, zapakowane w folię z bąbelkami, stały pod ścianą. Odłączony komputer też otrzymał odpowiednie zabezpieczenie. List z Brooklynu, nadany pocztą poleconą, zawierał kopię kontraktu, który miałam pokazać na granicy. 

Edmonton, 104 Street

W milczeniu zjechaliśmy na dół. Wypakowane po sufit volvo czekało, gotowe na rozpoczęcie podróży. Nie było uśmiechu, obietnicy, czułości, pożegnania. Było sarkastyczne ostrzeżenie – że na pewno nie dam rady, że Nowy Jork to nie miejsce dla takich jak ja. Podkręciłam staroświecką korbką szybę samochodu, przekręciłam w stacyjce kluczyk. Była druga po południu. Byłam wolna. 

Zjechałam na południe, ostatni raz przejechałam przez High Level Bridge i skierowałam się na południe. Ostatni raz przejechałam wzdłuż zakola rzeki. Chciałam pożegnać się z Edmonton. Wreszcie zawróciłam i wyjechałam za miasto. Jechałam szesnastką na południowy wschód. Niebo, zasnute chmurami, wisiało nisko nad brunatnoszarą równiną Saskatchewan. Ominęłam łukiem Saskatoon, potem Reginę. Wiatr przeganiał przez drogę fale suchego, jeszcze nieśmiałego śniegu. W oddali błyskały światła oddalonych od drogi farm. Żółtawe zarośla w przydrożnych rowach kołysały się monotonnie. Ciemności wkrótce przykryły krajobraz. Co jakiś czas sięgałam po cienkie papierosy, których paczkę dała mi przed wyjazdem moja przyjaciółka. Wypalałam je do połowy i szybko wyrzucałam przez otwarte okno, wsłuchując się w świst wiatru.

Saskatchewan River

Po dziesięciu godzinach, już w środku nocy, dotarłam do Estevan. W przydrożnym motelu rozbierałam się ze smutku, utulałam się w płaczu. Byłam 35 minut od granicy ze Stanami Zjednoczonymi. Rankiem miałam wjechać do Północnej Dakoty. Sama. Bez nikogo, kto zmieniłby mnie za kierownicą, kto sprawdziłby na mapie, czy trzymam się właściwej drogi. Zaczynałam być z siebie dumna. Ciekawość wypraszała z głowy niepewność, a z serca rozpacz.

– Jesteś pielęgniarką, tak? – zapytał oficer imigracyjny, rozparty za biurkiem i przysunął do siebie elektryczny grzejnik. Był wczesny poranek, mały graniczny budynek w North Portal był wyziębiony po nocy. 

– Nie – wyjąkałam – jestem bibliotekarzem.

– Jak to, bibliotekarze są objęci NAFTĄ? – zdziwił się i wyciągnął z szuflady listę zawodów, które akceptował North American Free Trade Agreement. – Niemożliwe. Jesteś pewna?

Przesuwał powoli palcem po nazwach profesji i poślinionym palcem przerzucał strona po stronie spięte krzywo kartki. 

– Jest – zawołał i rzucił w moją stronę jakieś papiery. – Musisz wypełnić te formularze. 

Odetchnęłam z ulgą. A więc jednak nie wymyśliłam sobie tego, w Ameryce ci, którzy przyjmowali mnie do pracy, także się nie pomylili. Owalna pieczątka z datą przyozdobiła szesnastą stronę w moim paszporcie. 

– Dobrej podróży – mruknął oficer i zanurzył wzrok w gazecie. 

Był piątkowy poranek, 18 października. Miałam przed sobą pełne trzy dni jazdy. Na końcu podróży czekał na mnie niemożliwy Nowy Jork. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.