Niedziela, 7 listopada

„Mam honor pracować dla Polski”. Rozmowa z Krzysztofem Kasprzykiem (2006)

Pierwsza wiadomość, która wyświetliła się dzisiejszego ranka na ekranie mojego telefonu brzmiała:

„Wiesz, że umarł Krzysztof Kasprzyk? Miałam Ci powiedzieć, od tygodnia był w śpiączce… strasznie przykro.”

Pod nią były jeszcze trzy inne o podobnej treści. Czytałam je kilkakrotnie i nie rozumiałam ich treści…

Poznaliśmy się pod koniec lat 90., w Calgary, kiedy Krzysztof jako konsul generalny RP w Vancouver objeżdżał tereny podległe jego placówce. Potem wielokrotnie przyjeżdżał do Edmonton, gdzie spotykałam się z nim jako przedstawicielka Towarzystwa Kultury Polskiej, w którym wówczas pracowałam. Rozmawialiśmy o kulturze, stosunkach polsko-żydowskich, które Krzysztofowi zawsze leżały na sercu i o problemach Polonii w Albercie. A także o gotowaniu, które było hobby Krzysztofa i o pięknie Ameryki Północnej, którą znał i kochał. Kiedyś, będąc w Edmonton, przyszedł na lunch. Podałam śledzie w oleju ze smażonymi prawdziwkami…

A potem, kilka lat później, spotkaliśmy się na rogu Manhattan Avenue i Norman Avenue na Greenpoincie. Dwa lata wcześniej przeprowadziłam się do Nowego Jorku i kiedy dowiedziałam się, że został nowym konsulem w Nowym Jorku, nie mogłam się doczekać jego przyjazdu. To przypadkowe spotkanie na greenpoinckiej ulicy odświeżyło naszą znajomość. 

I ta znajomość przetrwała. Kiedy już wyjechał do Polski na stałe, nasz kontakt się nie urwał, wręcz przeciwnie. W połowie ubiegłej dekady stał się nawet bardziej intensywny. Krzysztof wspierał każdą nowojorską działalność i inicjatywę związaną z Komitetem Obrony Demokracji, który tu zakładaliśmy. Doradzał, pomagał – rozmawialiśmy przez telefon, wymienialiśmy emaile. Był naszym konsultantem i przyjacielem. Widywaliśmy się też w Polsce, ostatni raz w lutym, kiedy z moim mężem przyleciałam na pogrzeb moich Rodziców i z powodu zawirowań w Amsterdamie, wylądowaliśmy w Krakowie, a nie we Wrocławiu. 

Przyszedł do nas rankiem do hotelu, wypiliśmy kawę. To był środek covidowej epidemii w Polsce i nawet się nie uściskaliśmy. Byliśmy wszyscy zmęczeni, przerażeni i pełni jak najgorszych myśli, choć próbowaliśmy się wzajemnie pocieszać. Krzysztof odwiózł nas na dworzec. Któż mógł wiedzieć, że było to nasze ostatnie spotkanie. 

Poniżej przypominam wywiad, który przeprowadziłam z Krzysztofem Kasprzykiem w 2006 roku. Wiele spraw tam poruszanych dotyczy lokalnych problemów polonijnej społeczności nowojorskiej, wiele być może jest już nieaktualnych, ale zamieszczam go w całości, bo z każdego zdania, które Krzysztof wtedy wypowiedział, przebija profesjonalizm, pasja i uczciwość. To cechy, jakie reprezentował w swojej służbie dyplomatycznej. Żegnaj, najlepszy Konsulu… 

Calgary, 1996

1 października miną dwa lata od chwili, kiedy objął Pan urząd konsula generalnego w Nowym Jorku. W pierwszym swoim wywiadzie, udzielonym „Nowemu Dziennikowi” wkrótce po przyjeździe, powiedział Pan, iż pragnie w czasie swojego urzędowania osiągnąć taki stan „by ludzie mówili, że to konsulat przyjazny i fachowy, a z konsulem generalnym wadzili się o wielkie sprawy Polaków tam i Polaków tu”. Ile z tego udało się do tej pory osiągnąć?

O to trzeba by zapytać tych, którzy załatwiają u nas swoje sprawy (śmiech), choć mam nadzieję, że taką sytuację udało się choćby częściowo osiągnąć. To nie jest proste: konsulat jest ogromny, wykonujemy tysiące czynności konsularnych. Proszę pamiętać, że obsługujemy jedenaście stanów Wschodniego Wybrzeża, gdzie mieszka ponad 3,5 miliona ludzi deklarujących związek z polskością. Naszych klientów zachęcamy do jak najszerszego korzystania z poczty elektronicznej, do wyszukiwania informacji na naszej stronie internetowej. To pozwala nam dawać sobie radę z ogromną liczbę kontaktów i zapytań w najróżniejszych sprawach. Z drugiej strony sporo naszych klientów woli tradycyjną formę kontaktów, a więc albo telefon, albo przyjazd do konsulatu. Czasami dochodzi więc do spiętrzeń i ludzie muszą postać w kolejce, co, jak wiadomo, podnosi poziom adrenaliny. W promieniu pół mili od naszego budynku jest sporo innych placówek zagranicznych. Za rogiem jest konsulat generalny Meksyku czy Gwatemali. Tam kolejki ustawiają się o piątej rano. Apeluję zawsze do naszych petentów o pewną wyrozumiałość: mamy codziennie ogromną liczbę procedur konsularnych, mamy bardzo dużo sytuacji, które wymagają „ruchliwości” konsulów, ich obecności w innych stanach w sprawach imigracyjnych, opieki konsularnej czy wypadków losowych. Tych, którzy przyjeżdżają do konsulatu staramy się obsługiwać jak najrzetelniej i najbardziej przyjaźnie. Jeśli czasem coś iskrzy w codziennych kontaktach to także dlatego, że część petentów jest odległa od prawa polskiego, od treści ustaw i przepisów. Bywa więc, że ktoś nie chce czegoś przyjąć do wiadomości, uważając to za swoistą szykanę. Trudno – tak już jest w stosunkach między państwem a obywatelem, że niektóre przepisy „uwierają pod pachami”. Ale nie po to walczyliśmy o to, aby Polska stała się państwem prawa, by teraz to kontestować. I my, konsulowie – urzędnicy państwowi zawsze będziemy działać wedle ustaw. W ubiegłym roku pojawiła się bardzo duża niedogodność, która bardzo daje nam się we znaki, a jeszcze bardziej naszym petentom. Chodzi o nową ustawę o paszportach, która wprowadziła obowiązek osobistego złożenia podania o paszport przed konsulem. Oznacza to, że nasz obywatel i równocześnie członek polonijnej społeczności w stanie Maine przy granicy z Kanadą, albo ktoś z rubieży Ohio, chcący wymienić nieważny  paszport na nowy, MUSI przyjechać do konsulatu. Podobnie jego rodzina. Pół biedy, gdy trzeba przyjechać z New Jersey czy z Connecticut, bo to się da załatwić w ciągu jednego dnia, ale jeśli ktoś mieszka w odległości dziesięciu godzin jazdy samochodem, to potrzebuje na to dwóch dni, co koszty otrzymania paszportu czyni dużo wyższymi niż byśmy sobie tego życzyli.

– Jakie jest uzasadnienie tego nowego przepisu?

– Wiele osób odbiera to jako szykanę ze strony państwa, ale Polska musiała przecież dostosować swoje ustawodawstwo dotyczące ruchu osobowego, dokumentów osobistych, bezpieczeństwa ich wystawiania, przekraczania granic do coraz bardziej zaostrzających się międzynarodowych standardów. W dużej mierze jest to rezultat nacisków na społeczność globalną przez Stany Zjednoczone, które wciąż mają do czynienia z codzienną migracją milionów ludzi i  zagrożeniem terroryzmem. Wszyscy płacimy cenę za Nine Eleven. Konsulat jako urząd państwowy pierwszy przyjmuje na siebie niezadowolenie klientów i dlatego staramy się im wychodzić naprzeciw. Podjąłem decyzję o uruchomieniu systemu dyżurów konsularnych w odległych od Nowego Jorku miastach. Przedstawiciele konsulatu wyjeżdżają w weekend i w danym miejscu, po uprzedniej intensywnej akcji informacyjnej via polonijne organizacje i media, a także poprzez stronę PolishConsulateNY.org,  przyjmują aplikacje paszportowe wraz z niezbędnymi dokumentami. Rozpoczęliśmy od rejonu Bostonu, gdzie byliśmy już dwukrotnie,  potem byliśmy w Cleveland, niedawno w Filadelfii, a ostatnio w New Britain. Łącznie z tych wyjazdów przywieźliśmy prawie tysiąc aplikacji paszportowych, co pokazuje do jakiego stopnia nasi obywatele – jeśli pojawia się taka sposobność – pragną być obsłużeni na miejscu. Będziemy jeździć w tym celu nadal, ale nie wszędzie. Z New Jersey czy bliskiego Connectitut można na Manhattan przyjechać bez kłopotu. Poza tym konsulat nie może działać na wyjeździe, a konsulowie nie mogą pracować siedem dni w tygodniu. Tak więc trafiają do konsulatu całe pudła aplikacji, które trzeba szybko przeprocesować i wysłać do Centrum Personalizacji Dokumentów MSWiA w Warszawie, gdzie zadrukowywane są książeczki paszportowe wszystkich naszych obywateli rozsianych po świecie. Dlatego bywa, że na paszport czeka się miesiącami, nad czym jako konsul ubolewam, ale na co nie mam żadnego wpływu.

Mówię o tym tak wiele, bo to najistotniejszy w tej chwili urzędniczy styk konsulatu z Polonią, nadto budzący wiele emocji..

– Skoro jesteśmy przy paszportach, to zapytam jeszcze o to, jak wygląda sprawa wjazdu do Polski i wyjazdu z niej na amerykańskim paszporcie. Kontrowersja wokół tego trwa już od kilku lat…

– Moim zdaniem nie ma to już miejsca.

– Jaki jest zatem status quo?

– Powiem coś niepopularnego wśród polonijnej społeczności: jeżeli ktoś jest obywatelem dwóch państw, Polski i USA, to musi mieć świadomość, że w Polsce będzie traktowany wyłącznie jako jej obywatel, ze wszystkimi tego konsekwencjami. To, czy ma obywatelstwo USA, nie ma znaczenia. Jako polski obywatel podlega jurysdykcji państwa polskiego. Zawsze bardzo proszę, aby Państwo o tym pamiętali. Wejście w tak drobną kolizję z prawem jak choćby stłuczka na drodze, nie może się skończyć wyciągnięciem paszportu amerykańskiego i oświadczeniem, że „ja jestem obywatelem USA i proszę dać mi spokój”. Posiadanie polskiego obywatelstwa to nie tylko powód do dumy i śpiewania Mazurka Dąbrowskiego. Przecież oprócz przywilejów, obywatel każdego państwa ma wobec niego także powinności. To jednak nie jest jeszcze odpowiedź na Pani pytanie. Otóż, w kwestii przekraczania granicy, służba graniczna RP nie może domniemywać, że osoba okazująca paszport amerykański, ale posiadająca polskie nazwisko i mówiąca po polsku ma również obywatelstwo polskie. A to właśnie było kiedyś przyczyną kontrowersji i konfliktów i tu jest ta pozytywna zmiana. Natomiast, jeśli ktoś ma w kraju jakiś „brud za paznokciami” jak niezapłacone alimenty, uchylenie się od służby wojskowej, kłopoty  z urzędem skarbowym, czyli nieuregulowane podatki – to państwo będzie, poprzez stosowanie narzędzi, jakie daje prawo, dążyć do uregulowania należności. Natomiast chcę wyraźnie powiedzieć, że do Polski można swobodnie wjechać na paszporcie amerykańskim, wszakże obywatele USA wjeżdżają do nas bez wiz, ale należy pamiętać, że na mocy przepisów można wtedy przebywać na terytorium Rzeczypospolitej tylko do 90 dni. To też jest bardzo często powód do drobnych konfliktów, bo ktoś po pobycie półrocznym w Polsce, do której wjechał jako obywatel USA, dziwi się na granicy, że „coś od niego chcą”, albo że służba graniczna nie akceptuje okazania w takiej chwili paszportu polskiego. Zresztą proponuję przypasować te sytuacje do surowych przepisów imigracyjnych tu na miejscu, w USA – a wszystko staje się jasne. Powtórzę: obywatelstwo to prawa, ale też i trochę obowiązków i nie można, podróżując po świecie naginać danej sytuacji do tego, co egoistycznie wygodne. Inny nasz problem to narzekania na cenę paszportu – sto trzydzieści dolarów za dokument ważny przez dziesięć lat. Drogo? Trzynaście dolarów na rok, dolar z groszami miesięcznie. Paszport amerykański kosztuje niemal tyle samo, a Ameryka, póki co jest nieco zamożniejsza od Polski.

– Bardzo wiele dzieje się w konsulacie i wokół niego, jeśli chodzi o życie kulturalne…

Istotnie, jest tego trochę. Przyznam, że mam pewną słabość do kultury. Uważam, że kultura – parafrazując znane powiedzenie Jerzego Waldorffa o muzyce – łagodzi obyczaje i zbliża ludzi. W dzisiejszym świecie, w którym jest tak wiele podejrzliwości i paranoi – doświadczamy tego choćby na lotniskach – kultura jest najbardziej wartościowym nośnikiem porozumienia i rozumienia, budowania tolerancji, zaufania, uczenia szacunku dla odmienności, dla rozpoznawania duchowości innych. To może brzmi górnolotnie, ale to właśnie stanowi podglebie mojej idei konsulatu otwartego, placówki zapraszającej do siebie wszystkich, których może zainteresować to, co oferujemy. Zależy mi także na tym, by w konsulacie dochodziło do mieszania się Polaków z Amerykanami czy też wszystkimi odcieniami etniczności. Do pewnego stopnia to się nam udaje się, ale kosztem morderczych wysiłków. Mówiliśmy już o tym, że konsulat jest substytutem różnych urzędów państwowych w Polsce, nawet udzielam ślubów, w zeszłym roku było ich pół setki. Z drugiej strony ten konsulat ma bardzo wiele znamion dużej ambasady wypełniając powinności polityczne, public relations, kulturalne – właśnie przez prowadzenie w pełni otwartej promocji. Wreszcie – co powtarzam w każdym wywiadzie – jesteśmy umiejscowieni w metropolii, która ma największą diasporę żydowską na świecie, w znacznej części wywodzącą się z Polski i naszym ważnym zadaniem jest rozwijanie dialogu polsko-żydowskiego.

– Niedawno odbyło się tu, w konsulacie, interesujące spotkanie polsko-żydowskie…

Tak, mówimy o promocji książki „Trudne pytania w dialogu polsko-żydowskim”, która ukazała się w dwóch wersjach językowych. Wieczór był wspólną inicjatywą Forum Dialogu Między Narodami, American Jewish Committee i naszego konsulatu. Otóż istnieje w Polsce mała fundacja, owo Forum, którą założył Andrzej Folwarczny, kiedyś jeden z najmłodszych posłów III RP, a dziś jej prezes i niestrudzony budowniczy mostów między odmiennymi kulturowo i religijnie środowiskami, głównie między Polakami a Żydami. Chodzi o to, by grupy młodych liderów, młodych środowisk profesjonalistów, przyszłych elit, przenikały się i uczyły się od siebie wzajemnie. I tak zrodziła się w Polsce idea wydania książki, która stanowiłaby zbiór odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, jakie można zadać, jeśli chodzi o stosunki polsko-żydowskie. Żadnych tabu, wszystko to, co najbardziej boli: pytania o antysemityzm w Polsce, o szmalcowników w czasie wojny, o Jedwabne, ale także pytania wobec Żydów, choćby na temat ich, często niezrozumiałej, odmienności religijnej i kulturowej, czy np. dotyczące ich „wszechwładnej” według opinii wielu, roli w świecie. To są pytania, które zadaje młodzież po jednej i po drugiej stronie: młodzi Żydzi przyjeżdżający na „Marsze Żywych” do Auschwitz, ale także i młodzi Polacy. Książka powstała w ten sposób, że z ponad tysiąca pytań zebranych w specjalnie przygotowanych ankietach odsączono kilkadziesiąt. Na każde z nich pada w książce krótka eseistyczna odpowiedź człowieka o dużym autorytecie zawodowym, moralnym czy politycznym. Piszą w niej ludzie wielcy, tacy jak Władysław Bartoszewski, historyk Israel Gutman, niegdyś dyrektor instytutu Yad Vashem, filozof Leszek Kołakowski, są tam pisarze, intelektualiści, dyplomaci. Na naszą promocję książki przybyło około stu osób, wpływowych postaci, głównie świata żydowskiego Nowego Jorku. Zależało nam, by w środowisku często niechętnym Polsce rozeszła się wiadomość, że taka wartościowa książka ukazała się właśnie w Polsce. Zrobimy jeszcze jeden wieczór jej poświęcony– tym razem dla środowiska polsko-amerykańskiego.

– Gdzie tę książkę można w Nowym Jorku kupić?

Wiem, że jej dystrybucja wciąż nie jest zakończona, książka została wydana dwa-trzy miesiące temu. Z pewnością będzie ją można kupić w księgarni Nowego Dziennika. Została wysłana do New York Public Library, wyślemy ją też do bibliotek uniwersyteckich, do Centers of Jewish studies, tam, gdzie naprawdę powinna się znaleźć. Książka jest skierowana przede wszystkim do ludzi młodych i byłoby idealnie, gdyby była dostępna w szkołach średnich, albo gdyby amerykańscy nauczyciele historii wiedzieli o jej istnieniu i zechcieli się nią posłużyć jako dodatkowym narzędziem dydaktycznym. Ale to jest bardzo duże zadanie dla wydawców i dla AJC. My możemy ich tylko w tym wesprzeć. Ta książka to tylko jeden z kroków na długiej i wyboistej drodze odbudowy stosunków polsko-żydowskich. Konsulat sporo robi tu od lat i nie przypadkiem moja poprzedniczka p. Agnieszka Magdziak-Miszewska wkrótce po powrocie z Nowego Jorku została ambasadorem RP w Izraelu. Powiem jeszcze, że za kilka tygodni wychodzi w Stanach inna, bardzo ciekawa książka: Rethinking Poles and Jews: Troubled Past, Brighter Future. Zredagował ją profesor Brooklyn College, Robert Cherry. Jest to zbiór esejów, napisanych przez bardzo ciekawych ludzi, którzy bez cienia oportunizmu omawiają nieprzyjazne Polsce stereotypy panujące wśród Żydów i przedstawiają sposoby ich zwalczania. Sporo jest tam też o Polonii amerykańskiej i jej czołowych organizacjach. Zamierzamy więc w miarę aktywnie poprowadzić promocję także i tej książki.

– W krajobraz życia polonijnego w Stanach Zjednoczonych wpisany jest od sześćdziesięciu trzech lat Kongres Polonii Amerykańskiej. Jak dziś, po śmierci prezesa Moskala, wyglądają stosunki Konsulatu Generalnego Rzeczypospolitej z tą organizacją?

– Znałem prezesa Moskala osobiście, ponieważ w drugiej połowie lat osiemdziesiątych mieszkałem w Stanach jako prywatna osoba, praktycznie już emigrant. Większość tego czasu spędziłem w Chicago i tam, będąc szefem polsko-amerykańskiego czasopisma, miałem okazję poznać kierownictwo KPA, ZNP i innych organizacji. Nie byłem wielkim zwolennikiem prezesa Moskala. Był przywódcą z minionej epoki, ciasnym, aintelektualnym, ograniczającym horyzonty organizacji, którymi kierował, otoczonym złymi doradcami. Bronił dobrego imienia Polski, Polonii i Polaków, ale czynił to tak, że jego działania nie mogły przynieść zamierzonych skutków. Jego śmierć otworzyła nowy rozdział w historii KPA. Prezesem został reprezentant dużo młodszej formacji, pan Frank Spula. Od tego czasu w działalności Kongresu ma miejsce pewne otwarcie, pojawiają się nowe formy działalności. Nasze stosunki są bardzo dobre, mamy stałe partnerskie kontakty. Jak wiadomo, w New Jersey mieszka pan Ludwik Wnękowicz, wiceprezes KPA i szef komisji do spraw polskich. W minionym roku tam właśnie narodziła się inicjatywa kilku organizacji, żeby podjąć bardziej praktyczną współpracę z Ministerstwem Spraw Zagranicznych i skrystalizować robocze płaszczyzny współpracy biznesowej i kulturalnej Polonii z krajem, ustalić wspólnie skuteczniejsze metody podnoszenia prestiżu polskiej grupy etnicznej w Ameryce.

– A czy sama Polonia włączy się do tej współpracy?

– Polonia jest jakby zdławiona sama w sobie. Bardzo wielu jej członków, którzy przyjechali tu w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu, trzydziestu lat, szybko zasymilowali się i zostali cenionymi profesjonalistami, nie zrzesza się. Powstaje pytanie, czy w ogóle jest możliwe, by tych wartościowych ludzi, których mamy tak wielu w całej Ameryce – a gdziekolwiek bym nie był, zawsze się na nich natykam – połączyło jakieś spoiwo, jakaś agenda, na rzecz której mogliby wspólnie działać. Otóż po wielu latach spędzonych w Ameryce uważam, że w połączeniu z naszymi cechami narodowymi to jest praktycznie niemożliwe. Ameryka jest krajem, który bardzo silnie rozwija cechy indywidualistyczne; znakomita większość ludzi zajęta jest własnym życiem, morderczą pracą zawodową, pięciem się po szczeblach profesjonalnej kariery, wykształceniem potomstwa… No i sytuacja „świeżych” imigrantów jest na tyle niekorzystna, że każdy musi nadgonić opóźnienie społeczne i cywilizacyjno-materialne, z jakim tu przyjechał. Pozostaje mu więc bardzo niewiele czasu na działalność wspólną, na organizowanie się, na pracę dla wspólnego dobra, do której wielu z nas – pamiętając PRL – żywi pewną niechęć. Sądzę ponadto, że z punktu widzenia interesów amerykańskich Polaków jeszcze jedno jest ważne: nikły poziom uświadomienia potrzeby budowy wspólnego frontu politycznego w obliczu wyborów na wszystkich możliwych szczeblach, poprzez wysuwanie własnych reprezentantów na różnego rodzaju stanowiska w administracji lokalnej, miejskiej, stanowej, aż po najszlachetniejszy polityczny produkt grupowy, czyli wypromowanie własnych kongresmanów w Izbie Reprezentantów czy senatorów w Senacie lub np. sędziów aż po Sąd Najwyższy. Tu jesteśmy naprawdę słabi.

– Czy to można jakoś naprawić?

– Trudno powiedzieć. To zależy tylko od samej Polonii. My, jako reprezentanci Polski, dyplomaci czy konsulowie, możemy tylko o tym rozmawiać, z roztropnością, z sympatią i partnerstwem, wspierać mądrymi działaniami, ale tak naprawdę o sile grupy etnicznej w danym państwie przesądza to, co sama chce zrobić. Przeczytałem wczoraj zasmucającą historię: Chicago stara się o organizację olimpiady letniej w roku 2016. Z tej okazji wyszła tam broszura podpisana przez burmistrza, który rządzi tym miastem od prawie dwudziestu lat, a w niej przesłanie do świata, coś w rodzaju „Welcome to Chicago” w jedenastu językach. Proszę sobie wyobrazić, że wśród nich nie było języka polskiego! W Chicago, mieście, które poza Polską jest największym na świecie skupiskiem Polaków i obywateli amerykańskich polskiego pochodzenia! To wprost nie do wiary. Przeczytałem też bardzo szyderczy felieton o tym w Chicago Tribune, szyderczy pod adresem władz miasta, które pozwoliły sobie na ten afront, czyli dowód lekceważenia Polaków i ich małej siły. Martwmy się takimi sytuacjami. Cóż z tego, że jest nas dużo, skoro nie stanowimy realnej siły. I nic nie pomoże, że jesteśmy na bodaj piątym miejscu wśród dziesięciu najzasobniejszych grup etnicznych. Widać pomnażamy bogactwo w sposób zachowawczy, zbyt mało oddajemy pieniędzy i siebie na cele zbiorowe. To zatem co stało się w Chicago powinno być przedmiotem wnikliwej refleksji miejscowej Polonii i organizacji, a nie tylko pustych żalów, że nas pominęli.

– Wróćmy na nasze nowojorskie podwórko. Od jakiegoś czasu coraz bardziej widoczna staje się działalność Instytutu Kultury Polskiej, który istnieje tu od ponad siedmiu lat…

– Jest to mała, ale bardzo dobrze działająca placówka – wspólne dzieło Pawła Potoroczyna i Moniki Fabijańskiej, która po zakończeniu przez Pawła misji wygrała konkurs i z jego zastępczyni przedzierzgnęła się w dyrektora. Ta instytucja bardzo okrzepła, wyżłobiła ścieżki profesjonalnego działania wśród amerykańskich elit i dlatego jej działalność jest dobrze widoczna.  Instytut jest odrębną placówką Ministerstwa Spraw Zagranicznych i realizuje tzw. dyplomację kulturalną, coś, o czym mówiłem wcześniej. Polska ma kilkanaście takich instytutów w świecie, nowojorski jest jedną z najmłodszych placówek, ale dzięki profesjonalizmowi Pawła i Moniki został tu wypracowany zupełnie nowy model promocji kultury polskiej za granicą. To nie jest placówka z salką kinowo-odczytową, galerią czy biblioteką, wokół której gromadzi się grono admiratorów naszych propozycji kulturalnych. Tu, w Nowym Jorku, na tym szalenie trudnym rynku, aby skutecznie działać trzeba mieć najlepsze cechy biura menadżersko-prezenterskiego i umieszczać konkretne projekty w amerykańskim kontekście, w amerykańskich prestiżowych instytucjach jak teatry, muzea, galerie i centra kultury, kluby muzyczne, campusy uniwersytetów. Dam przykład. Jesienią występował w Nowym Jorku Tomasz Stańko, jazzman światowego formatu. Jego koncert w konsulacie mógłby mieć znamiona etnicznej hermetyczności, dlatego zagrał w Birdland, jednym z najlepszych klubów jazzowych Ameryki. Podobnie ze sztuką; celem ekspansywnej promocji prac wybitnego artysty nie może być pokazanie ich w konsulacie (nawet tak pięknym jak nasz), czy też w jakimś centrum polsko-amerykańskim, ale w liczącej się galerii lub muzeum na Manhattanie, które mają swoją machinę PR, marketing, dojście do krytyków czołowych gazet itp.  I to się Monice Fabijańskiej, która jest człowiekiem sztuki i specjalizuje się w promocji visual arts, bardzo udaje. Umieszczenie polskiego artysty w MoMA czy w Los Angeles County Museum of Art to jest najskuteczniejszy model. I tylko on pozwala na partnerski układ z profesjonalnymi menadżerami i prezenterami kultury w USA. Trzeba przy tym także umieć pozyskiwać amerykańskich sponsorów i  w tym też Instytut odnosi sukcesy; w rezultacie  obecność ciekawej, często młodej kultury z Polski profesjonalnie zakorzenia się w amerykańskich elitach, w prestiżowych instytucjach, stale też zaczyna być obecna w opiniotwórczych mediach. Ale wszystko wymaga cierpliwości i długiego planowania. Osobiście pragnę sprowadzić do Nowego Jorku dużą wystawę szopek krakowskich, tego około religijnego wytworu kultury ludowej, którego nie ma nigdzie indziej na świecie. Zaraziłem już tym pomysłem jedno z muzeów na Upper West Side, jesteśmy po wstępnych rozmowach, ale jeśli chodzi o finał projektu, to mówimy dopiero o roku 2009, jeśli nie o 2010, a więc o czasie, gdy mnie w Nowym Jorku już nie będzie. Przed kilku laty miałem zaszczyt dwukrotnie – w muzeum w Houston i w San Francisco – otwierać wspaniałą wystawę arcydzieł z Polski o nazwie „Leonardo da Vinci and the Splendor of Poland”. Jej perłą była „Dama z łasiczką” Leonarda. Ale by móc ją w Ameryce pokazać przygotowania – szukanie sponsorów, depozyty dzieł itp. – trwały siedem lat. To pokazuje, jak mozolne są tego typu przedsięwzięcia. Tak więc cieszmy się, że mamy tutaj ten niewielki, ale jakże dynamiczny instytut, który dzięki tworzącej go garstce bardzo młodych ludzi brawurowo wybudował nowy model polskiej oferty kulturalnej dla takiego potwora obfitości, komercji i konkurencyjności, jakim jest Nowy Jork. Ja osobiście cieszę się także dlatego, że obie nasze placówki ściśle współpracują – choć bywa, że kłócimy się strasznie. Monika była kuratorem jednodniowej, zupełnie niesamowitej wystawy, którą zorganizowała w październiku w ramach obchodów stulecia naszej pięknej siedziby. Ideą była zamiana całego konsulatu w jedno muzeum sztuki współczesnej. Na wszystkich piętrach, na przepięknej klatce schodowej, nawet w moim gabinecie, Monika umieściła prace trzydziestu kilku wybitnych polskich artystów młodszego pokolenia, Były nowe media, wideo, instalacje. Rezultat? Przez ten jeden wieczór przez konsulat przewinęło się prawie półtora tysiąca nowojorczyków, w tym wielu z branży i był to nieprawdopodobny sukces. I tak właśnie konsulat ma żyć.

– Mówiąc o zeszłorocznych obchodach stulecia De Lamar Mansion to było to rzeczywiście fantastyczne wydarzenie, które konsulat zaoferował mieszkającym w tym mieście. Kiedy będzie następne tak wielkie?

Jest taka szansa, za 99 lat (śmiech), gdy konsulat i jego siedziba będą obchodzić kolejną okrągłą rocznicę. To było największe promocyjno-kulturalne przedsięwzięcie w historii placówki, trwało przez dziewięć dni. Udało nam się ściągnąć wiele wielkich nazwisk. Sięgnąłem do wszystkich moich znajomości i przyjaźni, jakie przez te lata w Ameryce nawiązałem i muszę powiedzieć, że wszyscy odpowiedzieli na moje zaproszenie z entuzjazmem, a przecież byli tu laureaci Oscarów, postaci sławne i wybitne, największe nazwiska w swoich dziedzinach. Był Janusz Głowacki, grał Stańko, byli dziennikarze z NYT, spierali się Kaczmarek i Rybczyński, był wybitny amerykański pisarz i laureat nagrody Pulitzera, swój magiczny koncert zagrał David Lynch, legenda kina … Zorganizowaliśmy te obchody, bo chcieliśmy wykorzystać wszelkie możliwości promocyjne, jakie daje okrągła „setka”. Szkoda tylko, że zlekceważyli to przedstawiciele polskich mediów akredytowani w Waszyngtonie, zepsuci poszukiwaniem newsów i ciągłym zanurzeniem w oparach wielkiej polityki. Gdyby przyjechali choćby w ostatni dzień, podziwialiby, jak i tysiące nowojorczyków, konsulat oświetlony w zupełnie niesamowicie baśniowy sposób przez Bartka Kresę, polskiego wizjonera z Kalifornii. Ze „stuletniego” przedsięwzięcia wyrosło jedno: formuła otwartego salonu artystyczno-intelektualnego; to się nawet tak po angielsku nazywało „De Lamar Mansion Centennial Salon of Arts & Ideas”. Przechowaliśmy tę formułę i raz w miesiącu organizujemy imprezę pod tym właśnie hasłem. Chciałbym, aby zapadło ono w świadomość publiczności, a muszę powiedzieć, że udało się wtedy, w październiku, zgromadzić wokół nas bardzo wielu ciekawych ludzi, mówiących wieloma językami, o różnych kolorach skóry. Konsulat żył wtedy tą pyszną różnorodnością, która cechuje Nowy Jork i Amerykę. Nic więc dziwnego, że chcemy tę ofertę kultury salonowej, do której zobowiązuje nas piękno pałacyku, utrzymać. Projekt ruszył już od stycznia, mieliśmy bardzo pionierską wystawę, kilka koncertów kameralnych. Kameralistyka jest zresztą mocną stroną naszej oferty, koncerty pianistyczne udają się nadzwyczajnie, również dlatego, że mamy wspaniały instrument, a salony same zapraszają, żeby w nich grać.

– Mówimy tu o wielkich wspaniałych nazwiskach, znanych i zapoznanych twórcach. A czy inni, mniej znani artyści też mogą liczyć na to, że konsulat udzieli im gościny?

Zawsze. Wręcz faworyzujemy młodych, utalentowanych. Poza tym konsulat jest otwarty dla wszystkich, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia. Niezależnie od niekończącego się nurtu imprez kulturalnych konsulatu, zależy mi na tym, aby istniało w nim życie intelektualne, wymiana myśli, idei. U nas odbywa się bardzo wiele imprez po użyczeniu naszych salonów ambitnym przedsięwzięciom. Każdy może przyjść, ale musi przedstawić projekt czy portfolio. My się wtedy temu przyglądamy, oceniamy wartość artystyczną, także integracyjną z punktu widzenia środowiska polonijnego. W ten sposób „oddajemy” komuś konsulat na dany wieczór.

– A poza regularnymi spotkaniami i imprezami, czy czeka nas coś szczególnego, wyjątkowego?

– Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w październiku będzie mieć miejsce chyba najistotniejsze wydarzenie polityczne w historii konsulatu, poza wizytami prezydenta państwa. Chcemy przed wejściem do placówki odsłonić niewielki pomnik profesora Jan Karskiego, bohatera dwóch narodów, polskiego i żydowskiego, człowieka, który pierwszy przekazał światu wiadomość o tym, że Niemcy rozpoczęli w okupowanej Polsce ludobójstwo Żydów na masową skalę. Zamysł jest taki, by tego dnia, o tej samej godzinie w Izraelu odsłonięto identyczny pomnik Karskiego. Jeśli się uda, uruchomimy satelitarny most TV, bezpośrednią transmisję z tego wydarzenia przekażemy do Polski. Staramy się też o to, by na odsłonięciu pojawiły się jedno czy dwa z największych nazwiska amerykańskiej polityki. Niestety, nie mogę nic więcej powiedzieć. To jest wielki projekt, o dużej odpowiedzialności politycznej. Poza tym chcemy wykorzystać to wydarzenie do promocji samej postaci Karskiego, który jest przecież wielką ikoną tamtych dramatycznych czasów. A ponieważ pamięć jego postaci jest bardzo szanowana przez środowiska żydowskie, da nam to nowy impuls w kontaktach z tymi środowiskami. Chcemy, by przy tej okazji napisano o Karskim i o inicjatywie w czołowych mediach Nowego Jorku. Dzięki kontaktom politycznym kilku liderów środowiska polsko-amerykańskiego, dzięki np. zaangażowaniu pana Cheta Szarejko, udało się namówić miasto na przemianowanie odcinka 37. Ulicy, między alejami Madison i Park, na Jan Karski Way. W dniu odsłonięcia pomnika nastąpi też oficjalne przemianowanie ulicy. Warto podkreślić, że władze miasta w ostatnich latach na takie przemianowanie zgodziły się tylko trzy razy: w przypadku Katherine Hepburn, Kurta Vonneguta i Jana Karskiego właśnie. Jeżeli wszystko się powiedzie z naszym projektem, zmienimy na zawsze otoczenie konsulatu. Profesor Karski będzie siedział na ławeczce przy partii szachów, na oparciu ławeczki będzie informacja, kim był i dlaczego świat winien mu jest cześć i pamięć, a nowojorczycy i turyści z całego świata będą mogli się z nim fotografować.

– Kto jest autorem pomnika?

­- Krakowski artysta rzeźbiarz, pan Karol Badyna. Pomnik jest już w zasadzie gotowy do wysyłki i niedługo powinien do nas dotrzeć.

 – Jest to Pańska czwarta placówka dyplomatyczna…

Tak naprawdę trzecia, tyle że w Los Angeles pracowałem dwukrotnie…

– Tak, słusznie, dwa razy w Los Angeles i raz w Vancouver, w Kanadzie. Te dotychczasowe placówki zawsze były na Zachodnim Wybrzeżu. Proszę powiedzieć nam o różnicach pomiędzy tamtymi miejscami a Nowym Jorkiem, z punktu widzenia dyplomaty…

Ameryka to wielki kraj (śmiech) i wszędzie jest inaczej. Cała moja praca, a jestem po raz trzeci konsulem generalnym i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa ostatni, ma dla mnie jedno spoiwo. Jest to praca dla odrodzonego demokratycznego państwa polskiego. Zresztą wtedy właśnie, w 1991 roku, kiedy świeża wolność tak pachniała w Polsce, przyszedłem do tej pracy. Wspaniałe jest także to, że przez te wszystkie lata wspierali mnie i doceniali wszystkie wysiłki znakomici amerykańscy i kanadyjscy Polacy, którzy są wszędzie, bo jak śpiewał Młynarski, „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, ale my wszędzie jesteśmy” (śmiech). Szesnaście już lat kariery w służbie zagranicznej to dla mnie świetny okres. Żałuję tylko, że czas biegnie tak szybko, a już najszybciej tu w Nowym Jorku, który jest absolutnie szaloną metropolią i jednocześnie największym wyzwaniem w tej pracy. Bo w Nowym Jorku wszystkiego – poza czasem wolnym i miejscami do parkowania – jest za dużo (śmiech): żółtych taksówek, pieniędzy, wieżowców, pysznego jedzenia, petentów (śmiech), pracy. Niemniej tym bardziej tego byka trzeba brać za rogi. Czasem w nocy patrzę za siebie i bardzo mile wspominam wtedy np. okres vancouverski. Tam powierzono mi misję stworzenia placówki, zostałem pierwszym w historii konsulem generalnym w Zachodniej Kanadzie, gdzie wybudowałem formalną obecność Polski. Było to jak lepienie domku z plasteliny, według własnych wyobrażeń i własnego, jeszcze podówczas niedużego doświadczenia dyplomatyczno-konsularnego. Pomogła mi jednak Ameryka i jej dobra znajomość, podszyta wielkim i odwzajemnionym uczuciem. Bo to wielki kontynent, pod każdym względem, także ludzkim. Z tamtego czasu pozostało mi bardzo wiele znajomości i przyjaźni i dlatego wspominam go z tak wielkim sentymentem. Kalifornia z kolei, poza tym, że uchodzi za jeden z przysłowiowych rajów na ziemi, co nie do końca bywa prawdą, przyniosła mi kilka bardzo spektakularnych momentów. Jednym z nich był Oscar dla Andrzeja Wajdy, przy którym Paweł Potoroczyn (podówczas mój zastępca) błyskotliwie i bardzo się napracował, a ja trochę przy nim. Wtedy też zaspokojona została moja próżność, która pewnie tkwi w każdym; poznałem osobiście wiele postaci z pierwszych stron gazet, wybitnych gwiazd światowego kina. Poza tym praca w Kalifornii miała jeszcze jeden niezwykły walor: uchodziłem za konsula – pielgrzyma. Odbyłem prawie 60 podróży lotniczych, przez 4 lata przejechałem 150 tysięcy mil autem, ponieważ okręg konsularny był ogromny – od Teksasu po Alaskę i Hawaje. Byłem więc w nieustannych podróżach, co na szczęście lubię. Dzięki temu cały zachód Ameryki mam w małym palcu i mogę powiedzieć, że widziałem więcej niż 99 procent Amerykanów. Przyroda amerykańska jest wielka, majestatyczna, niepowtarzalna, zwłaszcza na Dzikim Zachodzie i zapomnieć o niej nie sposób. A Nowy Jork? No cóż, wieńczy moją amerykańską przygodę. Wielka pieśń Woody Guthriego mówi: This land is your land, this land is my land/ From California to the New York Island. No właśnie. Więc teraz mieszkam tu, pośród kanionów Manhattanu, mam honor pracować dla Polski. Dobiegam połowy kadencji, a resztę to już ocenią z zewnątrz. Chciałbym zrobić dużo więcej, ale w Nowym Jorku nie da się zrobić wszystkiego, bo jak powiedziałem, wszystkiego jest tu za dużo. I dlatego w przyszłym tygodniu spędzę dzień tam, gdzie w Ameryce zawsze znajdowałem ukojenie – w Dolinie Śmierci.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.