Sobota, 4 kwietnia 2020

Kensico Cemetery

Spacery po cmentarzu to dość makabryczny pomysł podczas pandemii – zauważył mój mąż, wsiadając do samochodu, po czym dodał – ale z drugiej strony możemy być pewni, że nie będzie tam zbyt wielu spacerowiczów. 

Był wczesny ranek, wyszliśmy z domu prawie dokładnie o godzinie, którą ustaliliśmy poprzedniego wieczoru. Sukces! Czas kwarantanny sprzyja prokrastynacji i niedotrzymywaniu przyrzeczeń, nawet tych dawanych samemu sobie… GPS pokazał, że w małej wiosce Valhalla, leżącej na północ od naszego miejsca zamieszkania, będziemy za niecałe 20 minut. Po drodze zastanawialiśmy się, w jaki sposób ta – pochodząca z mitologii nordyckiej nazwa – została nadana małej wiosce w Upstate New York. Szybko sprawdziłam w telefonicznym Internecie – to pewna miłośniczka literatury zaproponowała w połowie XIX wieku, by nazwać tak pocztę, której naczelnikiem był jej mąż. Kilkanaście lat później członek nowojorskiej orkiestry symfonicznej i wielbiciel Wagnera, a jednocześnie mieszkaniec tej nieodległej w końcu od metropolii osady zaproponował, by nazwę rozszerzyć na całą wioskę.

Jechaliśmy zatem do Valhalli, a naszym celem było odwiedzenie, czy też może raczej zwiedzenie lokalnego cmentarza. Przejeżdżaliśmy przez tę nekropolię poprzedniego bodaj dnia, w drodze ze spaceru wzdłuż tamy Kensico. W gasnącym świetle dnia białe ściany mauzoleów połyskiwały różowo, półkola niskich nagrobków pokrytych chińskimi literami układały się w tajemnicze tarasy. Cmentarz nie miał muru, prowadziła przez niego zwyczajna, choć bez pobocza droga, która na końcu łączyła się z drogą nr 100. Pomyśleliśmy, że dobrze byłoby zobaczyć to miejsce za dnia.

– Lubisz cmentarze?  – zapytałam chyba po raz tysiąc pięćsetny mojego męża i zaśmialiśmy się, bo to było jedno z pierwszych pytań, jakie mu zadałam, kiedy się poznaliśmy. Nie, M. nie lubi cmentarzy, choć wiele z nich razem odwiedziliśmy – żydowski cmentarz w Krakowie, nekropolie we Lwowie i Wilnie, stary zarośnięty cmentarz w Krzemieńcu, gdzie bezskutecznie starałam się odnaleźć grób prababki Heleny. I tym razem – mimo swojej niechęci do cmentarzy – znów postanowił mi towarzyszyć.

Cmentarz Kensico został założony w 1889 roku, kiedy cmentarze w metropolii nowojorskiej niemal całkowicie się zapełniły. Małe przykościelne miejsca pochówku od dawna stanowiły zagrożenie dla rozrastającego się miasta. Zaczęło się od roznoszącego się w powietrzu smrodu rozkładających się, płytko chowanych ciał, a kolejne wybuchy cholery dokonały reszty – władze miasta postanowiły zająć się tą sprawą. W 1847 roku wydano Rural Cemetery Act, pozwalający na zakładanie cmentarzy poza miastem, a w 1852 zakazano pochówków na Manhattanie. W ten sposób powstały cmentarze na Brooklynie oraz te na granicy Queens i Brooklynu, znane dziś jako „Cemetery Belt”. 

Z Europy przyszła wkrótce moda na cmentarze-parki, takie jak choćby Cimetière du Père-Lachaise. Nic dziwnego, że fundatorzy nowego cmentarza zaryzykowali kupno 250 akrów łąk rozłożonych na malowniczych, często stromych pagórkach. 

 Wkrótce po otwarciu, podkreślając komercyjny sukces i zachęcając do zaplanowania swojego lub rodziny pochówku, pisano: „Cmentarz Kensico ma za sobą kolejny rok, w którym coraz częściej udowadniał jak bardzo jest potrzebny metropolii… w przyszłości ma stać się Nowym Miastem Zmarłych w Nowym Jorku.” Zapewniając o łatwym i szybkim, czterdziestominutowym zaledwie połączeniu z Grand Central dodawano: „Kolejną cechą Cmentarza Kensico jest pewność, że nie wpłynie nań rozwój miasta. Ta pewność jest pocieszeniem dla wszystkich właścicieli działek. Kiedy pogrążeni w żałobie zostawią na naszym cmentarzu swoich drogich, nie będą musieli się obawiać, że ich szczątki zostaną kiedykolwiek zbezczeszczone przez rozwój cywilizacji”.

Dochodziła dziewiąta, kiedy znaleźliśmy się na miejscu. Jechaliśmy wolno przez żydowską część cmentarza, otwartą w latach pięćdziesiątych i nazwaną ogrodami Sharon. Nie bardzo wiedząc jak się poruszać, zatrzymaliśmy się przy biurze cmentarza. Drzwi wejściowe zagrodzone były muzealną barierką z bordowym aksamitnym sznurem. Wysiadłam z samochodu, zakryłam twarz maską i stanęłam przed wejściem. Musiano mnie zauważyć ze środka, bo po minucie wyszedł starszy mężczyzna z pytającym wyrazem twarzy. „Czy możemy dostać mapę cmentarza?” – zapytałam. Po chwili zaparkowaliśmy samochód i uzbrojeni w dwie mapy ruszyliśmy na zwiedzanie. Chociaż słońce wyglądało zza chmur, ranek był wietrzny i chłodny, dlatego dość energicznie maszerowaliśmy przez zieloną łąkę, za którą zaczynały się pagórki pokryte pomnikami. Wiało tak, że już na pierwszym szczycie, podziwiając wielki celtycki krzyż, musiałam podnieść kaptur kurtki…

Wspinaliśmy się i schodziliśmy po stromych zboczach prawie trzy godziny. Przystawaliśmy przed okazałymi sarkofagami, oglądaliśmy jeszcze bardziej okazałe mauzolea. Zaglądaliśmy do środka przez szklane drzwi, żeby zobaczyć kolumbaria, czasem ozdobione kwiatami, czasem przedmiotami należącymi do zmarłych. Na jednej z urn położono męskie słoneczne okulary, modne i drogie. Próbowaliśmy fotografować witraże umieszczone na tylnych ścianach tych małych świątyń, co nie było łatwe do zrobienia przez szyby w drzwiach ozdobione często bardzo gęstą, kutą w żelazie koronkę. I zastanawialiśmy się, co powoduje, że ludzie po śmierci chcą mieć granity i marmury, uskrzydlone anioły, kamienne lwy, strome schody i ciężkie kute łańcuchy, odgradzające ich od żywych.

Potem powędrowaliśmy do sekcji aktorów, ufundowanej przez Actors Fund of America i National Vaudeville Association. Setki bardziej i mniej znanych aktorów występujących na deskach Broadwayu znalazły to swój odpoczynek. Wielu z nich umarło w koszmarnej biedzie i zapomnieniu. Mają jeden wielki obelisk, na którym wyryto słowa: „The play is done, the curtain drops slow falling to the prompter’s bell”.  To początek wiersza Williama M. Tackeraya “The End of the Play”, pięknego i długiego utworu, którego sens tłumaczą te cztery wersy wyryte w białym kamieniu. (https://www.bartleby.com/246/569.html)

Lubię cmentarze. Lubię patrzeć na nagrobki, które czasem są dziełem sztuki, a czasem pomnikiem cudownego kiczu. W Valhalli stoją rzędy aniołów, które musiały wyjść z tego samego zakładu kamieniarskiego, ale są też i takie, które mają inny, niesztampowy wyraz twarzy, inne ułożenie rąk, bardziej ozdobne szaty. Lubię patrzeć na anioły, których czas nie oszczędza, które gdzieś w wiejących na wzgórzach Kensico wiatrach straciły nos lub rękę, pokryły się srebrnymi wykwitami porostów. Lubię patrzeć na twarze na wyblakłych w słońcu fotografiach, czytać imiona, zgadywać daty narodzin i śmierci pokryte mchem. Lubię się zastanawiać, kim byli ludzie, którzy dawno temu zamienili się w pył, co zrobili w życiu, skąd pochodzą, szukać podobnych nazwisk, odkrywać nieoczywiste związki. Lubię też odwiedzać groby tych, którzy – choć nie znałam ich osobiście – w jakiś sposób wpłynęli na moje życie. 

Nie wiedziałam, czy znajdę grób, który bardzo chciałam odwiedzić. Z mapką w ręku obeszłam jedno z licznych rond na spacerowych alejkach, spojrzałam przed siebie i …Siergiej Wasiljewicz Rachmaninow był tuż, naprzeciwko mnie. Wzruszona podeszłam do skromnego grobu z kamiennym prawosławnym krzyżem. Rachmaninow skomponował jeden z najpiękniejszych koncertów fortepianowych w historii muzyki – Koncert fortepianowy nr 2 op.18. Miałam może 12 lat, kiedy w domowej kolekcji LP odkryłam album z tym koncertem w wykonaniu Swiatoslawa Richtera i prawdopodobnie wtedy zaczęła się moja wielka i niespełniona miłość do muzyki klasycznej.

Rachmaninow był kompozytorem, ale także koncertującym pianistą. Długo nie mógł ożenić się ze swoją ukochaną ze względu na bliskie pokrewieństwo, Cerkiew nie dawała mu pozwolenia. Kiedy w końcu ożenił się z Natalią, wiedli w Rosji ciekawe i dostatnie życie. Ale do czasu…  Uciekli z Petersburga 23 grudnia 1917 r. z dwiema córkami, w otwartych saniach. Udało im się dostać do Skandynawii, a rok później do USA.  Siergiej umarł w Kalifornii na strasznego raka, o którym nie wiedział, że go ma. W ostatnich dniach życia, w narkotycznej śpiączce, ręką wykonywał ruchy jakby grał na fortepianie. Chciał zostać pochowany w Szwajcarii, ale trwała wojna. O dziwo, odwiedziliśmy go dzień po 147. rocznicy jego urodzin. 

Wracaliśmy schodząc po stromym zboczu cmentarza, spierając się czy iść prosto czy w prawo. Poszliśmy więc kawałeczek prosto, w ostatniej chwili zauważając grób rodziny de Niro. Za chwilę znaleźliśmy schody, których stopnie kruszyły się ze starości. Schodziliśmy ostrożnie. Zrobiło się ciepło, wiatr zelżał. Było zaledwie południe.  

9 myśli w temacie “Sobota, 4 kwietnia 2020

  1. Lubię cmentarze, połowę moich studiów spędziłem w podkarpackim na cmentarzach. Łemkowskich i tych z Wielkiej Wojny. Napis nad wejściem do jednego z nich głosił: „Byliśmy tacy jak wy, będziecie tacy jak my”.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Koniecznie muszę tam zawitać w czasach odpowiednich… też kocham cmentarze! Jakoś tak – może niezbyt odpowiednio do tego czasu – romantycznie mi się zrobiło… Anioły przepiękne, jak to zwykle na cmentarzach, ale te lwy!!! Kocham! Piękna wycieczka i piękny tekst, Iza!

    Polubione przez 1 osoba

  3. Thank you for your moving piece. I, to my great embarrassment, still haven’t visited Rachmaninoff although I, too, love cemeteries and try to visit them anywhere we travel. Did you know that Putin wanted (and probably still wants) to move Rachmaninoff’s burial to Russia? He is collecting Russia’s dead.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.