Sobota, 19 kwietnia

Kwarantanna na szlakach Harriman State Park

Spod woalki olbrzymiego kapelusza wyziera końska twarz, z szeroką męską szczęką. To Mary Williamson Averell Harriman.  Zdjęcie pochodzi z początku XX wieku, jest czarno-białe i niewyraźne. Trudno co prawda zorientować się, jakie ptaszydło siedzi na kapeluszu Mary, ale za to widać w miarę wyraźnie, że przy bardzo szczupłej talii, zapewne podkreślonej gorsetem, góruje nad stojącym obok mężem, Edwardem…

Mary była córką nowojorskiego bankowca i kiedy wyposażono ją w odpowiednie, acz domowe wykształcenie, spełniła oczekiwania rodziny i wyszła za mąż za młodego wybijającego się biznesmana, Edwarda Harrimana. Edward, skoro już o wykształceniu mowa, porzucił szkołę w wieku lat 14 i został gońcem na Wall Street. Osiem lat później był już członkiem New York Stock Exchange, zatem kiedy jako trzydziestojednoletni mężczyzna poślubił pannę Averell, jej ojciec bez wahania wprowadził go w interesy swojej kompanii, Ogdensburg and Lake Chaplain Railroad, której był dyrektorem. W dwa lata później Edward odkupił zrujnowaną małą linię kolejową w Ontario, zmodernizował ją i odsprzedał z przyzwoitym zyskiem. Tak rozpoczął swoją niewątpliwie błyskotliwą karierę modernizatora podupadających biznesów kolejowych, która przyniosła mu miliony. 

Harrimanowie lubili kupować grunty. Skupili się na górzystych terenach odległych od Nowego Jorku o jakieś 30-40 mil, położonych nad rzeką Hudson i stopniowo poszerzali swoją posiadłość. Ktoś napisał o Edwardzie, że „kolekcjonuje góry tak, jak inni kolekcjonują porcelanę”. Ostatecznie Harrimanowie stali się właścicielami 30 tysięcy akrów zalesionych wzgórz, na których oprócz lasów mieściły się liczne kamieniołomy.

Krótko przed śmiercią Edwarda Harrimanowie dowiedzieli się o projektach wybudowania więzienia na zboczach Bear Mountain. Natychmiast wszczęli negocjacje z władzami stanowymi, oferując 10 tysięcy akrów ze swoich zasobów. Miałyby one rozszerzyć już istniejący Palisades Park.  W zamian zażądali odstąpienia od projektu, który ich zdaniem, zburzyłby harmonię okolicy. Dołożyli do tego milion dolarów (dziś to ponad 27 mln) na infrastrukturę parku. Śmierć nieco tylko ponad sześćdziesięcioletniego Edwarda w 1909 roku nie przerwała tych negocjacji. Dokładnie sto dziesięć lat temu, we wrześniu 1910 roku, 18-letni wówczas Averell Harriman, przyszły, 48. gubernator stanu Nowy Jork, przekazał w imieniu rodziny 40 km kwadratowych ziemi na własność Palisades Interstate Park Commision. 

Edward zostawił niemal cały majątek żonie, która przeżyła go o 23 lata. Czas ten wykorzystała na zarządzanie olbrzymim, obliczanym wówczas na 70-100 mln dolarów, imperium. Zawdzięczamy jej wspomaganie Amerykańskiego Czerwonego Krzyża, tworzenie parku narodowego w Yosemite Valley, ufundowanie wydziału leśnictwa w Yale University, nie wspominając o wspomaganiu artystów.  Ustanowiła także, istniejącą do dziś nagrodę imienia jej męża za osiągnięcia w rozwijaniu bezpieczeństwa transportu kolejowego. Niestety, Mary również hojnie łożyła na niesławną Eugenics Record Office, instytucję, która zajmowała się zbieraniem danych wśród obywateli, które potem miały miały być użyte do opracowania propagandy eugenicznej. No cóż…  

Dziś Harriman State Park to prawie dwieście km kwadratowych idyllicznej krainy, w której można się łatwo zgubić. Trzydzieści jeden jezior, niezliczone strumienie i strumyki, setki kilometrów wyznaczonych tras i drugie tyle nieoznaczonych, skały, roślinność, widoki, świeże powietrze i cisza. I możliwość zatrzymania się na chwilę…

II.

Historyczne fakty związane z powstaniem Harriman Park odszukałam już po tym, jak odkryłam to miejsce dla siebie. Odkryłam je nie sama, a dzięki Julicie Karkowskiej, niezapomnianej szefowej dodatku kulturalnego do Nowego Dziennika, w czasach, gdy był on codzienną (i przyzwoitą) gazetą, a ja byłam tam recenzentką. To Julita zawiozła mnie po raz pierwszy na drugą stronę Hudsonu, a potem jeździłam tam z nią i innymi znajomymi na krótsze i dłuższe przechadzki. Wędrowaliśmy po górach, na polanach spędzaliśmy Sylwestra, taszcząc w ciemnościach gary z bigosem i barszczem, nad jeziorami witaliśmy wiosnę. Potem przestałam tam jeździć, mimo że przenieśliśmy się do Westchester i do Harriman Park mamy bliżej niż rzut kamieniem. Nie było czasu.

Trzeba było tego nieszczęścia, które się nam wszystkim przydarzyło, żeby znaleźć ten czas i wrócić na czerwony szlak rozpoczynający się przy jeziorze Skannatati. Zaopatrzeni w wodę, maski i płyn dezynfekujący ruszyliśmy w drogę. Tylko na początku spotkaliśmy kilka osób, którym zeszliśmy z drogi lub pozwoliliśmy się wyprzedzić. Szliśmy bez pośpiechu, często się zatrzymując, oglądając powalone drzewa i kamienie, które wrosły im w korzenie, błękitno-srebrne liszaje na samotnych głazach, wyrywające się do światła spod warstwy suchych liści rachityczne pędy młodych drzewek. Wchodziliśmy coraz wyżej, po chwili ucichły ptaki, zniknął nawet krążący nad głowami jastrząb. Za to pojawił się strumień. Wydawało się, że podąża za nami i skręca specjalnie po to, żeby przeciąć nam drogę. Już go przekroczyliśmy, przeskoczyliśmy przez kamienie, uważając, żeby się nie pośliznąć, a on znów pojawiał się przed nami, jak srebrny, podstępny wąż stawał wciąż na przeszkodzie i nie opuszczał nas. Uff, prawie się udało. Prawie, bo jednak w jakimś momencie straciłam równowagę i wpadłam do zimnej wody. Wracamy? Nie, skąd, to przecież zaraz wyschnie. 

I tak sobie szliśmy. Nieszczęście, obawa, niepokój, napięcie, bezustanne powracanie myślą do tych, o których nie możemy zadbać osobiście, wyrzuty sumienia, irytacja, rozdrażnienie – wszystko zostało na dole. Nawet dzwonek telefonu nie mógł nas dosięgnąć – już dawno straciliśmy sygnał. Opowiadaliśmy sobie historie z dzieciństwa, byliśmy jak dzieci.  Nikt za nami nie szedł, nie trzeba było podnosić zsuniętej z twarzy maski.

Po jakimś czasie zmienił się krajobraz, zrobiło się jaśniej, byliśmy bliżej nieba. Małe zdjęcie mapki w telefonie sugerowało, żeby skręcić w lewo. Pojedyncze głazy zmieniły się w skalne ściany, przez chwilę straciliśmy z oczu znaki na drzewach. Trzeba było przedrzeć się przez płaską polanę porośniętą suchymi krzakami, żeby znów wejść na szlak. I znów pojawił się strumień, który za jakimś załomem odważnie spadał dwa metry w dół. Wyraźnie schodziliśmy po zboczu. Na wąskiej ścieżce ktoś porozrzucał, a może zgubił cząstki pokrojonego zielonego jabłka. Po prawej stronie ścieżki, wśród wciąż nagich drzew nagle wyrosło kwitnące owocowe drzewko. W zapadającym powoli mroku błyszczało bielą, zwiastowało nadzieję. 

Jeszcze dwie sarny, które tak idealnie zlały się z podłożem, że trudno je było odróżnić od poszycia. Próbowałam bezskutecznie je sfotografować. „Przecież spotykasz je codziennie za domem” – zaśmiał się mąż. „Ależ, to zupełnie co innego spotkać je tutaj” – zaoponowałam naciskając migawkę. Jeszcze raz szeroko rozlany strumień – tym razem ktoś poukładał kamienie tak żeby łatwo było przeskoczyć na drugą stronę. Pomiędzy drzewami zalśniła tafla wody. A jednak szlak wciąż zakręcał, ścieżka wznosiła się w górę i opadała, a jezioro wcale się nie przybliżało. Ale w końcu przecisnęliśmy się pomiędzy ostatnim głazem i drzewem, które niemal weń wrosło kładąc się splątanym warkoczem korzeni na jego spadzistym boku…

Na parkingu wciąż stało kilka samochodów. Mężczyzna zaganiał do środka czarnego SUV dwójkę małych dzieci. Naciągnęliśmy na twarze czarne maski, które poprzedniego dnia przyszły w przesyłce z Kalifornii. Nie było innego wyjścia.

5 myśli w temacie “Sobota, 19 kwietnia

  1. Bardzo dobrze się to czyta. Widać, że Autorka w opis sytuacji i miejsca włożyła odrobinę własnej duszy, że to jest Jej miejsce i dobrze się w nim odnajduje. W czasach ogólnoświatowego nieszczęścia każdy z nas szuka, próbuje odnaleźć odrobinę ucieczki od otaczającego nas szaleństwa. Może to eskapizm, ale jakże pozytywny, pomaga nam przetrwać, niesie nadzieję na normalność. Odrobina tej pozytywnej energii udzieliła się także i mi, za co bardzo Autorce dziękuję. Będę wracał do Jej świata.

    Polubione przez 1 osoba

  2. A ja poznalam Harriman Park dzieki nadzwyczajnej Halinie Niedzielskiej , tez wspolpracowniczce dawnego Nowego Dziennika. Ona zalozyla klub turystyczny, w sezonie przynajmniej kilkanascie wycieczek, w tamte rejony.
    . Zbiorka czesto pod budka informacyjna na Grand Central. Potem p. Halina nawiazala kontakt z Nowojorskim Klubem. Integracja a moze obserwacja : my i
    oni. Do dzis wielu owczesnych uczestnikow to zapaleni turysci i wspinacze. Teraz jest nowy bardzo aktywny klub turystyczny. Penetruja m.in.wspanialy masyw Minnewaska.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.