Piątek, 8 maja 2020

„A przecież niewątpliwie żyję…”

Nie liczę dni, nie jestem do końca pewna, czy upłynęło dopiero sześć czy już siedem tygodni od chwili naszego zamknięcia. Pisząc „nasze zamknięcie” przez chwilę miałam na myśli moje miejsce pracy, bibliotekę, z której wyszłam w piątek po południu, 13 marca. Sądziłam, że po weekendzie, w poniedziałek, wsiądę rano do podmiejskiej kolejki, a potem do metra, by o 8:45 pokonać ostatnie stopnie pięciu pięter, na które muszę się wspiąć każdego dnia w drodze na Brooklyn, uśmiechnę się do witającego mnie w drzwiach oficera Vasqueza i kwadrans potem usiądę przy biurku w History and Religion Division, czekając na czytelników. Ale pomyślałam, że przecież to „nasze” rozciąga się na osiem milionów ludzi mieszkających w moim mieście i na 328 milionów mieszkańców tego kraju, i na miliony mieszkańców innych krajów. Pozamykaliśmy muzea, galerie, biblioteki. Czynne są szpitale. I kostnice.

Dni płyną szybko. Internet, ten boski wynalazek, przy którym niewątpliwie majstrował szatan, jest naszym wybawieniem. Na ekranie komputera oglądamy filmy, słuchamy wiadomości, spotykamy rodzinę i znajomych. Czytamy gazety i książki. Komputer jeszcze bardziej stał się głównym przedmiotem codziennego użytku w naszych domach. Łączy nas ze światem. Jest drzewem wiadomości dobrego i złego. Tyle że złego jest dziś więcej niż dobrego.

W pierwszych dniach zamknięcia, kiedy jeszcze nie ogłoszono ścisłych regulacji nakazujących zostanie w domu, w codziennym przyzwyczajeniu chodzenia do pracy zrywałam się piętnaście po szóstej. Zabierało mi chwilę, żeby sobie przypomnieć, że nie muszę wstawać. Spać też już nie mogłam. Więc klik pyk! w klawisze srebrzystego komputera i oto na ekranie miałam najświeższe wiadomości. Przez całe lata zaczynałam dzień od czytania „Wyborczej”, na później zostawiając sobie informacje lokalne. Ten porządek został odwrócony przez wydarzenia, które umieściły nas, mieszkańców Nowego Jorku, na pierwszych stronach gazet całego świata – najważniejsze stały się informacje o tym, co dzieje się obok nas – dwadzieścia mil od naszego domu, dziesięć mil, dwa przystanki stąd, za rogiem sąsiedniej ulicy. Z dnia na dzień krzywa zakażeń wirusem w Nowym Jorku rosła niemal pionowo, a dzienna liczba zgonów zaczynała przerażać swoją trzy-, a potem czterocyfrową liczbą. Któregoś ranka przeczytałam, że w ciągu poprzednich 24 godzin umarło ponad tysiąc osób. 

I to był wstrząs, nagłe uderzenie wstrzymujące oddech. Po szoku pojawiło się niedowierzanie, próba zaprzeczenia, potem smutek i przeraźliwe poczucie bezradności. Nie byłam w stanie nic powiedzieć, nie umiałabym tego skomentować. Tysiąc ludzi – mniej więcej tylu ma mieszkańców nowy budynek z trzystu sześćdziesięcioma mieszkaniami, który niedawno powstał na mojej ulicy. Próbowałam sobie wyobrazić sytuację, że w ciągu jednej nocy opustoszał, że wszyscy ci ludzie nagle zniknęli.

Następnego dnia po południu pojechaliśmy do Mt. Sinai Hospital. Zaparkowałam przy bramie prowadzącej do Conservatory Garden w Central Park, małego ogrodu z pergolą porośniętą wisterią, którą co roku na wiosnę podziwiam. Nie ma piękniejszego koloru, nie ma nic subtelniejszego niż fioletowo-niebieskie kwiaty zwisające nad ścieżką altany… Za kutą bramą, przywiezioną w 1894 roku z Paryża przez Vanderbiltów, rodzinę nowojorskich bogaczy, zielenił się trawnik, na który sypały się płatki przekwitających magnolii. Byłam, co prawda, zaopatrzona w maseczkę, ale nie chciałam tam wchodzić. Siedząc w samochodzie i czekając na męża, który sprawdzał stan swojego laboratorium, myślałam o setkach ciał, niemieszczących się w domach pogrzebowych.

Krok po kroku podejmowaliśmy kolejne środki ostrożności. Pudełko z niebieskimi gumowymi rękawiczkami zamieszkało na stałe na okrągłym stoliku w przedpokoju, obok położyliśmy zestaw masek i własnoręcznie zrobiony płyn dezynfekujący, na który poszła reszta polskiego spirytusu, przeznaczonego na domową nalewkę.

Wprowadziliśmy domowy reżim – po zakupy jeździ jedno z nas, drugie przygotowuje kuchenny stół, na którym rozkładamy przyniesione produkty i po kolei je odkażamy.   Myjemy każde jabłko, każdą mandarynkę, każdego pomidora. Nie wychodzimy z domu bez potrzeby. Przyniesiona ze skrzynki poczta musi odleżeć przynajmniej kilka godzin – wirus potrafi długo przetrwać na papierze. 

Obserwowaliśmy się z pewnym niepokojem, doszukując się symptomów: „Kaszlesz? Boli cię gardło? Zmierz temperaturę!”. W poniedziałek, kiedy po raz pierwszy nie poszłam do pracy, w pierwszy dzień naszego zamknięcia, widziałam się jeszcze z kilkoma osobami. Zbierałam podpisy na liście poparcia dla kandydatki na prezydenta Rzeczypospolitej – Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Podpisy musiały być złożone osobiście, z wpisanym peselem, więc przejechałam przez całe pustoszejące już miasto, od Fort Lee za mostem Waszyngtona po Queens, zachowując co prawda wszelkie środki ostrożności, ale tylko w takim stopniu, w jakim były nam one znane na początku pandemii. Nie, nie nosiłam jeszcze wtedy maseczki. Nie miałam rękawiczek. A jeśli któraś z tych osób była już chora? A może ja jestem zarażona? To było nierozsądne. Konieczne, ale wciąż nierozsądne. Dopiero uczyliśmy się, co należy robić, jak należy się zachowywać.

Nagle zaczęliśmy używać telefonu do tego, do czego naprawdę jest przeznaczony – do rozmów. Na ekranie komórek przestały pojawiać się SMS-y, nagle przypomnieliśmy sobie, że wciąż mamy landline – tradycyjny telefon ze słuchawką na długim kablu, do którego trzeba sobie przystawić krzesło, jeśli zanosi się na dłuższą rozmowę. I rzeczywiście, ten telefon się rozdzwonił, znajomi przypomnieli sobie stary i niemal nieużywany numer. To miłe – odebrać telefon do męża i przez chwilę porozmawiać z osobą, która dzwoni. Komórki pozbawiły nas wielopiętrowych relacji z bliskim – nie wołamy nikogo do telefony, nie przekazujemy wiadomości.  Dziś komórki, porzucone w kącie, domagają się naładowania.

Jednocześnie zadomowił się w naszym życiu ZOOM – specjalny program do zebrań, w których jednocześnie może uczestniczyć wiele osób. ZOOM stał się szybko nowym narzędziem mojej pracy, pracy bibliotekarza. Po początkowym chaosie wróciliśmy bowiem do codziennych, choć cząstkowych obowiązków. Ale nie od razu. Po dramatycznych negocjacjach administracji i związków zawodowych – bo przecież w pierwszej chwili, zapewne nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji, burmistrz de Blasio zażądał, by trzy nowojorskie systemy biblioteczne pozostały otwarte – podjęto decyzję o zatrzymaniu nas w domu przez dwa tygodnie. Zaledwie dwa dni potem ogłoszenie o dwóch tygodniach przerwy zastąpiono frazą – closed until further notice. Zatem trzeba było się zorganizować na nowo, zastosować nowe metody pracy. Właśnie tu ZOOM okazał się niezwykle przydatny – nie tylko dlatego, że można zobaczyć znajome twarze kolegów z pracy. Przede wszystkim dlatego, że zapraszamy ludzi, którzy nie mogą fizycznie przyjść do biblioteki, do miejsca, do którego są przyzwyczajeni, którego im brakuje, za którym tęsknią, które kochają. Dzięki ZOOM-owi mają okazję, by skorzystać, przynajmniej w jakimś stopniu, z tego, co biblioteka im oferuje. Niezwykłe było to, jak szybko nauczyliśmy się nowych zadań, ile powstało nowych pomysłów spotkań, programów, głośnych czytań poezji i prozy, wywiadów, koncertów, wirtualnych zabaw… 

ZOOM, Skype, Messenger zagościły w naszym życiu na dobre. Kilkanaście dni temu przed ekranem komputera zdmuchiwałam w gronie przyjaciół, którzy wirtualnie przybyli na moje party, urodzinową świeczkę. Tydzień później zorganizowałam prezentację znakomitego zbioru artykułów zawartych w periodyku Polin. Studies in Polish Jewry, poświęconych muzyce żydowskiej na ziemiach polskich. Moim gościem był Ben Matis, jeden z trzech edytorów tomu. I znów publiczność dopisała, łącząc się z nami z różnych miejsc Ameryki i świata. Niedługo potem, w grupie znajomych, rozmawialiśmy o nowej biografii Walentynowicz. Anna szuka raju Doroty Karaś i Marka Sterlingowa: żywa dyskusja, ciekawe różnice poglądów, mądre spostrzeżenia. Warto było!  Tylko trochę szkoda, że nie mogliśmy się uściskać na dzień dobry i do widzenia. 

Tak, kwarantanna jest uciążliwa. Noszenie maseczki, w Nowym Jorku obowiązkowe, jest wielce nieprzyjemne. Pod grubym materiałem robi się gorąco, natychmiast parują mi okulary. Ale jej noszenie jest konieczne. Dla mojego dobra – noszenie maseczki przez innych. Dla dobra innych – noszenie maseczki przeze mnie. Więc stosujemy się do tego, weszło nam to w krew. Ręce mam wysuszone od ciągłego mycia i stosowania różnych płynów odkażających. Jednak to też jest konieczne, niezbędne. Może stanowić o życiu lub śmierci. Na spacerach często schodzimy z chodnika ustępując drogi idącym z naprzeciwka. Przyzwyczailiśmy się do tego, że jeśli nie zrobimy tego my,  to napotykani przez nas ludzie mogą o tym nie pomyśleć. Niektórzy wiedzą, o co chodzi, stosują się do reguł, szanują bliźniego swego. Unoszą rękę w pozdrowieniu, ktoś czasem zażartuje, że następnym razem na pewno się obejmiemy. Inni maszerują całą szerokością chodnika i ścieżki. Zdarzyło się nam, że poproszony o zejście na drugą stronę chodnika młody człowiek pokazał nam środkowy palec. Czasem widać, że wspólny spacer dzieci i rodziców jest męką dla jednych i dla drugich, że ten czas pozostanie niewykorzystany, że nie zadzierzgną się bliższe więzy, nie nawiąże się nić porozumienia. Ojciec kroczący z obrażoną miną i dwoje dzieci ze spuszczonymi głowami, które znudzone szurają butami po chodniku, nie jest wcale rzadkim obrazkiem. Ale bywa i na odwrót – wielu umiejętnie wykorzystuje ten czas na pokazywanie dzieciom świata, na wzajemne poznawanie się. Spacerują wielopokoleniowe rodziny, wszystkie dzieci razem, nikogo nie brakuje, nikt nie wymawia się pilnymi zajęciami. 

Zwolniliśmy. Mamy więcej czasu. Możemy zrobić coś, na co nam tego czasu zawsze brakowało. Szkoda tylko, że to przystopowanie, spowolnienie, złapanie oddechu nie było naszym własnym pomysłem, że zostało nam narzucone w tragicznych okolicznościach przez los, przez splot wydarzeń. Jest nadzieja, że wejdzie ta powolność się nam spodoba, że przyzwyczaimy się do braku codziennej presji, szantażu, który wobec nas stosuje codzienne życie. Że nauczymy się wybierać rozważniej priorytety, dostrzeżemy walor spokoju, zauważymy czym są harmonia i ład. Że nie damy zagonić się znów w pułapkę zastawioną na nas przez wielkie miasto, natłok informacji i jakże atrakcyjną i miłą, ale niebezpieczną i w rezultacie  niedobrą możliwość posiadania tysiąca wyborów.

Nowojorskie życie, rozbuchane, migocące i hałaśliwe nabrało innego wymiaru. Zwiedzam wirtualnie Metropolitan Museum. Na dłużej zatrzymuję się przed moim ulubionym Vermeerem, patrzę na służącą pogrążoną we śnie. W realu zawsze jest przy niej tłok, zazwyczaj ktoś niecierpliwy mnie potrąca, z grzeczności ustępuję miejsca następnej osobie, która już czeka na swoją kolej. Teraz mogę patrzeć na tę śpiącą dziewczynę tak długo, jak zechcę. Mogę zbliżyć się do obrazu tak blisko, że rozpoznaję ślady pędzla na białej koszuli i wszystkie odcienie niebieskiego na haftowanej tkaninie, przykrywającej stół, przy którym zasnęła. Następnego wieczoru udaję się do opery, malując przedtem usta czerwoną szminką. Metropolitan codziennie daje inne przedstawienie, jakże jestem za to wdzięczna. Jasne, brakuje mi tłumu, pluszowych foteli, w które można się zapaść, podnoszącego się żyrandola, „ostrzącej” instrumenty orkiestry. Mam czas. Wszystko jest na moich warunkach. Screen Shot 2020-05-08 at 10.02.40 PM

W tych dniach odosobnienia mamy czas na myślenie o sprawach innych niż te najbardziej palące, natychmiastowe i trywialne – o tym, że pranie, że pusta lodówka, że rachunki do zapłacenia. Myślę, co będzie potem, kiedy już wyjdziemy z domów, kiedy pozwolą nam wrócić. Co stanie się z restauracjami, do których chodziliśmy? Z małymi etnicznymi sklepikami, będącymi często rodzinnym dwuosobowym biznesem? Czy liczba księgarni, która w Nowym Jorku z ponad trzystu spadła w ostatnim dziesięcioleciu do niespełna osiemdziesięciu, znów się zmniejszy? Czy przetrwają zakłady szewskie, niemal zawsze prowadzone przez rosyjskich lub chińskich imigrantów? Jak radzą sobie kelnerki ze znajomej japońskiej restauracji? Czy mój ulubiony zakład kosmetyczny przetrwa? A co z Corazon, manikiurzystką, samotną matką dwójki dzieci?

Niedługo się dowiemy. Gubernator Cuomo zapewnia, że po 15 maja zaczniemy powoli wracać do normalności, jakakolwiek miałaby się ona okazać. Czy możliwy jest powrót do tego samego punktu, w którym byliśmy w marcu?  Z pewnością nie. Nie jesteśmy chyba jeszcze w stanie ocenić ekonomicznych skutków pandemii. Nie wiemy, ile z naszych aktywności, które – jak dziś sądzimy – tylko czasowo przeniosły się do Internetu, pozostanie tam na zawsze. Na pewno zajęcia uniwersyteckie będą odbywać się online do końca semestru, na pewno wiele zaplanowanych na tę wiosnę konferencji odbędzie się wirtualnie. Na pewno skoczyła do góry sprzedaż książek elektronicznych. Na pewno zbankrutuje drogi i elegancki dom towarowy Barneys New York, w którym przez 20 lat kupiłam dwie czy trzy rzeczy. Na pewno będzie nam trudniej podróżować. Nie ma mowy, byśmy w najbliższym czasie zdjęli maseczki. Być może (oby!) zmaleją szanse Trumpa na reelekcję.

Pytań jest wiele. Musimy je zadawać sobie i innym. Myśleć o tym na co dzień. Zaplanować najgorsze scenariusze i pocieszać się najlepszymi. Nie tracę optymizmu, choć nie skaczę z radości. Nie ma powodu do zbytniego entuzjazmu. Na wszystkim dokoła kładzie się cień śmierci. Myśl o tym, jak samotnie umierali i wciąż umierają ludzie, ciągle mi towarzyszy. Będziemy naznaczeni. Do siatki zbiorowej pamięci ludzkich traum i nieszczęść dopiszemy jeszcze jedno. Będziemy szukać rady i źródła siły w historii i pocieszać się myślą, że już nie raz ludzkość była w opałach.

Powrót będzie trudny, ale jest możliwy. Będzie inaczej, ale w końcu, kiedyś, radośnie. Pozbieramy się. Będziemy żyć. 

13 myśli w temacie “Piątek, 8 maja 2020

  1. Tak było i jeszcze jest. Świetnie to uchwyciłaś. Ta niepewność, ten szok. Co będzie i jak będzie, ale tak to prawda w tym lęku jakoś odrodziła się szczera troska i bliskość. Czekam na więcej!

    Polubienie

  2. „Zaplanować najgorsze scenariusze i pocieszać się najlepszymi.”- zapamiętam…
    ‚Jak żyć – spytał mnie w liście ktoś,
    kogo ja zamierzałam spytać
    o to samo.
    Znowu i tak jak zawsze,
    co widać powyżej,
    nie ma pytań pilniejszych
    od pytań naiwnych.’

    Polubienie

  3. Izabela J. Barry opisała to, co wielu z nas teraz czuje i przez co zbiorowo przechodzimy – strach, niepewność, nieustanne sprawdzanie najnowszych doniesień, ale też i nabywanie nowych umiejętności (jak prawidłowo zdjąć rękawiczki, nowe funkcje ZOOMa), oraz najważniejsze, nadzieję, że jak już będzie po wszystkim, to powstaniemy. Wierzę w to mocno, tylko wydaje mi się, że jeszcze jesteśmy daleko od punktu krytycznego. I że jesień da nam popalić, a po niej przyjdzie bardzo ciężka zima i dopiero może wiosna nas uratuje. Ale to moje przemyślenia, Iza jest bardziej skoncentrowana na tym, co dzisiaj, za co serdecznie jej dziękuję, bo jak wiadomo rzeczywistość nieopisana nie istnieje, a więc żeby wyrwać się ze snu i popatrzeć na to, co mamy, potrzebujemy nowych opisów, zwiedzeń, głębokich rozmów. Róbmy to.
    Przeczytałam z wypiekami na twarzy, choć to nie jest artykuł sensacyjny. Niby nie dzieje się wiele, a jednak zderzamy się ze wszystkim. Bardzo polecam refleksje o Nowym Jorku i o nas wszystkich w Stanach z perspektywy najfajniejszej polskiej bibliotekarki Ameryki Północnej.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.