Sobota, 3 października 2020

O książkach

Każda spalona książka oświeca świat – Ralph Waldo Emerson

Miałam może siedem lat, od co najmniej roku samodzielnie czytałam. Zbliżało się Boże Narodzenie i Mama zapytała, czy mam jakieś specjalne życzenia, które chciałabym, by Ona przekazała Aniołkowi. „Książeczki poproszę!” – wykrzyknęłam. Ten wykrzyknik wszedł do domowego słownika na stałe i nawet kiedy byłam już dorosłą panienką, wołałam: „Książeczki poproszę!”. Zatem „książeczki” zwykle znajdowały się pod drzewkiem, obok praktycznych prezentów, takich jak rękawiczki, piżamki i domowe kapcie z futerkiem. Tym razem z szarego papieru (mówimy o czasach, w których nie było błyszczących papierów do pakowania prezentów) wynurzyła się biała lśniąca okładka legendy o Warsie i Sawie.  Następnego dnia rano jechałyśmy do Wrocławia, do Dziadków. Na drogę, do pociągu, wzięłam swój prezent i kiedy wysiadałyśmy na Dworcu Świebodzkim, już dobrze znałam treść książki.

Czytaj dalej „Sobota, 3 października 2020”

Piątek, 31 lipca 2020

Długi tydzień

Zanim usiądę do pisania tego felietonu, odkrywam, że skończyła się kawa, a tę od czasu lockdown piję codziennie w południe. Kawę kupujemy w Antoinette Patisserie, małej kawiarni na obrzeżu pobliskiej wioski. Mogłabym wsiąść w samochód i w pięć minut dotrzeć na miejsce, ale pomna na to, że od kiedy z powodu upałów skończyły się nasze wędrówki po górach ruszam się znaczniej mniej, postanawiam się przejść. Życie układa mi się ostatnio tak, że większość dnia spędzam przy biurku. W domu, ale przy biurku. Wiele z moich zawodowych zajęć już dawno przeniosło się do Internetu i wciąż dochodzi ich coraz więcej. Niby nie tracę czasu na dojazdy, a jednak cały boży dzień tkwię ze wzrokiem utkwionym w ekran komputera: tłumaczę różnego rodzaju broszurki i ogłoszenia, prowadzę reference chat, organizuję spotkania klubu książki, próbuję ułożyć listę dziesięciu tytułów w literaturze polskiej, które mówiłyby o rasizmie, etc., etc.

Czytaj dalej „Piątek, 31 lipca 2020”

Piątek, 3 lipca 2020

Być obywatelem

Trzy i pół miesiąca bez porannego alarmu o szóstej, bez pospiesznego pakowania drugiego śniadania, biegu do pociągu, żeby zdążyć na 7:22, bez powrotów z pracy w zatłoczonym metrze i zasypiania późno, znacznie później niż się powinno, jeśli chciałoby się na drugi dzień być wyspanym i rześkim… Trzy i pół miesiąca wzmożonej ostrożności, unikania znajomych, wkładania masek na twarz przy zejściu po pocztę do lobby, dokładnego mycia wszystkich produktów przyniesionych ze sklepu… Trzy i pół miesiąca samotności, oddzielenia, niepokoju graniczącego z przerażeniem, troski o bliskich, słuchania trudnych relacji od tych, którzy w domach nie mogli pozostać… Trzy i pół miesiąca przebywania razem z najbliższą osobą 24/7, siadania razem do stołu, niespiesznych spacerów, wypadów w góry w najbardziej odosobnione miejsca, głośnego czytania, troszczenia się o siebie i lęku, gdy to drugie zakaszle, poskarży się na ból głowy…

Czytaj dalej „Piątek, 3 lipca 2020”

Piątek, 15 maja

Nienazwane uczucia

Nasz słownik uczuciowy, słownik stanów serca, jest na pierwszy rzut oka niezwykle bogaty. Dysponujemy całym zasobem słów, które są z nami od zawsze. Popatrzmy: Jesteśmy smutni, weseli, czasem radośni, zadumani, melancholijni, wściekli, zrozpaczeni. Kochamy, nienawidzimy, gardzimy, lubimy, podziwiamy, lekceważymy, podlizujemy się, zazdrościmy…  Skomplikowane, choć w jakimś sensie proste, bo znane uczucia, znane od wieków słowa. Ale co zrobić z uczuciami, które znajdują się na pograniczu stanów, zahaczają jedne o drugie, jawią się jako coś mglistego, niejasnego, nieoczywistego? Jakimi słowami je nazwać?  Bo czy tak naprawdę zawsze jesteśmy tylko smutni albo tylko weseli? Czy to, gdy nam się chce płakać, bo odwiedzamy stare znajome miejsce pierwszego pocałunku to tylko sentyment? Tylko smutek? A może jest w tym odrobina radości, że się wydarzył, właśnie w tym miejscu, z tym, a nie innym człowiekiem?

Byłam małą dziewczynką, kiedy zabrano mnie na wakacje do wujostwa pod Opole. Wieś nosi zabawną nazwę Pępice i nikt z rodziny już tam nie mieszka, ale wspomnienia, a zwłaszcza jedno, mam zawsze w pamięci, bo wizyta na wsi była atrakcją – kuzynki w moim wieku, inne dzieci, żniwa, wozy naładowane sianem, jednym słowem – nowy, nieznany świat. Otóż, w letnie późne popołudnie nagle znalazłam się za wsią, na opustoszałym lotnisku, zbudowanym w czasie I wojny światowej, a po 1945 roku „zagospodarowanym” przez wojska radzieckie stacjonujące w Polsce. Czerwone słońce ciężko wisiało nad horyzontem, z daleka słychać było porykiwania krów wracających z pastwisk. Nad drogą kołowania, po której dzielnie maszerowałam, zbudowaną z potężnych betonowych płyt, pomiędzy którymi wyrastał zielono-srebrzystymi pęczkami perz, drgało nagrzane powietrze. Byłam sama. Czy się bałam? Zapewne tak. Pamiętam przenikający mnie dreszcz emocji i obawy, czy trafię do domu, pragnienie, by jak najszybciej znaleźć się wśród ludzi i dumę z tego, że zawędrowałam samiusieńka aż tu, taka dorosła i samodzielna. A także zdziwienie, że powietrze może drgać i że zaciera kontury dalekich zabudowań, czyniąc je jeszcze bardziej odległymi. Nie, to nie były oddzielne uczucia, to była jedna emocja, jedno całościowe wrażenie. Miałam siedem lat i nie potrafiłam nazwać tej mieszanki odpowiednim słowem, a jednocześnie wiedziałam, a raczej czułam, że takie słowo nie istnieje. Ponad pół wieku później dalej go nie znajduję.

Czytaj dalej „Piątek, 15 maja”

Piątek, 8 maja 2020

„A przecież niewątpliwie żyję…”

Nie liczę dni, nie jestem do końca pewna, czy upłynęło dopiero sześć czy już siedem tygodni od chwili naszego zamknięcia. Pisząc „nasze zamknięcie” przez chwilę miałam na myśli moje miejsce pracy, bibliotekę, z której wyszłam w piątek po południu, 13 marca. Sądziłam, że po weekendzie, w poniedziałek, wsiądę rano do podmiejskiej kolejki, a potem do metra, by o 8:45 pokonać ostatnie stopnie pięciu pięter, na które muszę się wspiąć każdego dnia w drodze na Brooklyn, uśmiechnę się do witającego mnie w drzwiach oficera Vasqueza i kwadrans potem usiądę przy biurku w History and Religion Division, czekając na czytelników. Ale pomyślałam, że przecież to „nasze” rozciąga się na osiem milionów ludzi mieszkających w moim mieście i na 328 milionów mieszkańców tego kraju, i na miliony mieszkańców innych krajów. Pozamykaliśmy muzea, galerie, biblioteki. Czynne są szpitale. I kostnice.

Czytaj dalej „Piątek, 8 maja 2020”

Dlaczego Czwarte Miejsce?

Kiedy w 2002 roku przyjechałam do Nowego Jorku, by zacząć pracę w Brooklyn Public Library, w oddziale bibliotecznym w polskiej dzielnicy, na Greenpoincie, znalazłam dwa rzędy półek z polskimi książkami. Większość z nich stanowiły poradniki feng shui, zaczytane do imentu powieści Danielle Steel i trochę starych wydawnictw paryskiej Kultury. Książki kupowano raz w roku w miejscowej polonijnej księgarni. Nazywało się to big buy i polegało na zgarnianiu z półek dość przypadkowych tytułów według klucza słów brzmiących podobnie lub nawet tak samo po polsku i po angielsku oraz znanych nazwisk autorów. W ten sposób raz na rok uzupełniano braki na półkach i wydawano przeznaczone na ten cel pieniądze.

W bibliotecznym departamencie World Languagues szybko zorientowano się, że mogę być pomocna przy selekcji tytułów i wkrótce zaczęłam uczestniczyć w corocznych zakupach. Podeszłam do tego z dużą energią, bo – co tu dużo mówić – uczucie, że ma się wpływ na to, co czytają inni jest niezwykłe, elektryzujące, a jednocześnie obciążające odpowiedzialnością. Postarałam się więc najpierw wypracować reguły: kupujemy jeden lub co najwyżej dwa egzemplarze tego samego tytułu – zamiast pięciu, kładziemy większy nacisk na książki polskich autorów oraz tłumaczenia z innych niż angielski języków, staramy się o więcej literatury popularnonaukowej z różnych dziedzin. Kilka lat później zaproponowałam, żeby budżet na polskie książki rozdzielić na comiesięczne zakupy, co umożliwiłoby bycie na bieżąco z tym, co ukazuje się w Polsce. Wkrótce potem mój budżet powiększył się nieco, a potem wzrósł co najmniej pięciokrotnie! I wtedy statystki pokazujące czytelnictwo ponad pięćdziesięciu grup etnicznych Brooklynu zaczęły się drastycznie zmieniać, a polscy nowojorczycy poszybowali na CZWARTE MIEJSCE! Na tymże czwartym miejscu pozostawali przez następne 14 lat, czytając zachłannie, namiętnie, entuzjastycznie… Wokół biblioteki na Greenpoincie utworzyła się wcale niemała grupa jej wielbicieli; potrafili zaglądać do biblioteki kilka razy w tygodniu, już to by wymienić książki, już to by zapytać o nowości, a wreszcie po to, by zwyczajnie porozmawiać. Przyczyniła się do tego ilość nowych tytułów, ale pewnie także fakt, że przez wiele lat miałam swoją kolumnę w miejscowym tygodniku, w której polecałam tytuły, pisarzy i wydarzenia, które organizowałam. Do oddziału na Greenpoincie przyjeżdżali czytelnicy ze wszystkich, nawet najbardziej odległych zakątków nowojorskiej metropolii, wypożyczając po kilkanaście, czasem kilkadziesiąt tytułów. Potem wracali, skrupulatnie je oddając i domagali się nowych…

To właśnie na cześć tych wszystkich czytelników, którzy polegali na moich książkowych wyborach ten blog – poświęcony książkom – nosi nazwę CZWARTE MIEJSCE.

Pierwszy „big buy” w księgarni Polonia na Greenpoincie, 2002