Piątek, 18 września 2020

Rocznica

Michael wybiegł z budynku szpitala i w strugach ulewnego deszczu wsiadł do samochodu. Ruszyliśmy przez zatłoczoną Madison Avenue w kierunku autostrady. W czwartki kończę pracę o siódmej wieczorem, przed ósmą podjeżdżam pod Mt. Sinai Hospital i razem wracamy. To jedna z tych dziwnych przyjemności nowojorskiego życia: spotkać się po pracy na Manhattanie i razem wracać do domu. Oznacza to dodatkowe 45 minut, a czasem nawet całą godzinę wspólnie spędzonego czasu – minuty wyrwane Miastu i jego bezlitosnej rutynie, miły dodatek do prywatnego życia.  Skręcając z Madison Ave Bridge w trzypasmową, i tylko z nazwy szybką Major Deegan Expressway, w ostatniej chwili zauważyłam narastający korek. W dali migały światła samochodów policyjnych. Ostro skręciłam w równoległą, biegnącą pod zawieszoną w powietrzu autostradą, drogę. Tam czekały nas co prawda światła na skrzyżowaniach, ale omijaliśmy wypadek, który już pojawił się w aplikacji Waze jako major accident. Jechaliśmy przez moment w milczeniu, kiedy nagle przypomniałam sobie: „Dziś przecież dziesiąty września. Jutro rocznica”. Michael natychmiast podchwycił: „Pojedziesz?”. Kiwnęłam głową.

Czytaj dalej „Piątek, 18 września 2020”

Sobota, 20 czerwca 2020

Prawa i ofiary

Jechałam rowerem po Łukasiewicza. Minęłam działki. Z daleka pomachałam Babci, schylonej nad grządką młodej kapusty i pojechałam dalej. Od mostu dzieliło mnie jeszcze jakieś sto metrów prostej drogi, więc zdecydowałam, że sprawdzę, czy nie zapomniałam poprzedniego dnia nabytej umiejętności – jazdy bez trzymanki. Puściłam kierownicę. Jak fajnie! Umiem! Ja, łamaga, zawsze ostatnia w biegu na 60, 100, czy ile tam metrów, przepuszczająca każdą, nawet najbardziej łagodnie podaną w grze w dwa ognie piłkę, wreszcie umiałam coś, na co nie odważyłaby się żadna inna dziewczynka. Przejechałam jeszcze kilkanaście metrów, odchylając się do tyłu dla zachowania równowagi i zbliżyłam się do mostu na ulicy Mickiewicza. Od strony komendy MO, szedł milicjant. Zobaczywszy mnie, przystanął i zgiętym palcem przywołał do siebie. Zsiadłam z roweru i ze spuszczoną głową podeszłam do niego. „Wiesz, że tak nie wolno jeździć?” – zapytał. „Tak” – cichutko wyszeptałam. „Gdzie mieszkasz? Tutaj? – kiwnął ręką w kierunku ulicy, z której wyjechałam. Spuściłam głowę jeszcze niżej, przekonana, że każe mi zaprowadzić się do mamy. „Masz pieniądze? – indagował dalej. „Nie? To pójdziesz do domu, weźmiesz 11 złotych i przyniesiesz na komendę” – rozkazał szorstko i odszedł. Odwrócił się jeszcze i dodał: „Ja tam zaraz przyjdę”. 

Czytaj dalej „Sobota, 20 czerwca 2020”

Piątek, 8 maja 2020

„A przecież niewątpliwie żyję…”

Nie liczę dni, nie jestem do końca pewna, czy upłynęło dopiero sześć czy już siedem tygodni od chwili naszego zamknięcia. Pisząc „nasze zamknięcie” przez chwilę miałam na myśli moje miejsce pracy, bibliotekę, z której wyszłam w piątek po południu, 13 marca. Sądziłam, że po weekendzie, w poniedziałek, wsiądę rano do podmiejskiej kolejki, a potem do metra, by o 8:45 pokonać ostatnie stopnie pięciu pięter, na które muszę się wspiąć każdego dnia w drodze na Brooklyn, uśmiechnę się do witającego mnie w drzwiach oficera Vasqueza i kwadrans potem usiądę przy biurku w History and Religion Division, czekając na czytelników. Ale pomyślałam, że przecież to „nasze” rozciąga się na osiem milionów ludzi mieszkających w moim mieście i na 328 milionów mieszkańców tego kraju, i na miliony mieszkańców innych krajów. Pozamykaliśmy muzea, galerie, biblioteki. Czynne są szpitale. I kostnice.

Czytaj dalej „Piątek, 8 maja 2020”

Wiosna, co nie bardzo rymuje się z „radosna”

Tej wiosny miałam zamiar fotografować Miasto i jego mieszkańców, przyłapanych na spotkaniu z wiosną. Zaczęłam nawet album na Facebooku, gdzie jedno z pierwszych zdjęć przedstawiało tę oto dziewczynę, a właściwie jej nogi. Był 2 marca, dziewczyna wsiadła do metra przy Times Square i rozbawiła mnie swoją niecierpliwością i gotowością na przyjęcie wiosny, która miała pojawić się dopiero za 19 dni. Pomalowane na seledynowo paznokcie u stóp i letnie sandały (co z tego, że przyozdobione futerkiem!) chyba podobały się pasażerom wagonu, bo wszyscy gapiliśmy się na nią bez skrępowania. Temperatura tego dnia sięgnęła prawie 15 stopni Celsjusza, ale wieczór był dość chłodny i dziewczę wyraźnie trzęsło się z zimna. Rozumiałam ją świetnie! Czytaj dalej „Wiosna, co nie bardzo rymuje się z „radosna””