Nie stawiam światu horoskopów

Z Julią Hartwig rozmawia Izabela J. Bożek (Barry)

Trzy dni temu minęła trzecia rocznica śmierci Julii Hartwig, jednej z najwybitniejszych polskich poetek. Postanowiłam przypomnieć mój wywiad z Panią Julią, przeprowadzony częściowo w Bostonie, gdzie spotkałyśmy się na dziedzińcu Isabella Stewart Gardner Museum, a częściowo na Brooklynie, we wrześniu 2006 roku. Do Bostonu wysłała mnie wtedy Julita Karkowska, naczelna Przeglądu Polskiego, dodatku kulturalnego do Nowego Dziennika. Moim zadaniem było nie tylko przeprowadzić wywiad z poetką, ale także wziąć udział w spotkaniu zorganizowanym przez Prof. Irenę Grudzińską Gross, a odbywającym się w ramach cyklu „Poetry and Nations” na Uniwersytecie Bostońskim. Nagranie tego spotkania można znaleźć tutaj.


Spotykamy się w południe, przed wydarzeniem, w którym weźmie Pani udział dzisiejszego wieczoru w Institute for Human Sciences w Uniwersytecie Bostońskim, zatytułowanym „Poetry and Nations”. Proszę powiedzieć, jakiego rodzaju będzie to spotkanie?

To będzie spotkanie poetyckie, a właściwie rozmowa ze znakomitą poetką amerykańską, Rosanną Warren, której nazwisko jest mi zresztą dobrze znane skądinąd, bo jej ojciec był świetnym krytykiem literackim. Wieczór ma charakter czysto poetycki. W programie przewidziane jest czytanie przez nas wierszy, pani Rosanna i ja będziemy czytały najpierw nasze wiersze, moje w przekładzie państwa Carpenterów. Następnie zaplanowana jest rozmowa między nami i, oczywiście, z udziałem publiczności. Jest to wieczór zaplanowany przede wszystkim dla tych, których naprawdę interesuje poezja. Tytuł spotkania „Poeci i narody” wynika z tego, że będą rozmawiać ze sobą dwie poetki, przedstawicielki dwóch różnych narodów, obie bardzo blisko obcujące z poezją europejską.

Rosanna jest, podobnie jak ja, tłumaczką, tłumaczy z języka francuskiego. Kiedy przejrzałam bibliografię jej twórczości, zobaczyłam, że tak się pięknie złożyło, iż tłumaczyła ona tych samych poetów, których tłumaczyłam ja. To jest naprawdę niezwykły zbieg okoliczności. Istnieje zatem wiele punktów zbieżnych między nami: do tej pory się nie znałyśmy się i  jestem ogromnie ciekawa spotkania z nią. Rosanna to osoba bardzo uznana w świecie literackim, otrzymała wiele nagród literackich, jest członkiem Academy of American Poets i podobno jest też osobą nadzwyczaj sympatyczną…



Zaledwie kilka tygodni temu ukazała się Pani najnowsza książka, tom wspomnień „Wybrańcy losu”. To wydarzenie łączy się z Pani podwójnym jubileuszem, bo i z Pani osiemdziesiątymi piątymi urodzinami i z pięćdziesięcioleciem Pani debiutu.

„Wybrańcy losu” są wynikiem pewnego przypadku, odpowiedzią na propozycję wydawnictwa, bo właściwie nie zamierzałam takiej książki publikować. Jednakże muszę powiedzieć, że jestem zadowolona z tego, że powstała, ponieważ spotkała się z dużym zainteresowaniem czytelników. To są moje wspomnienia i artykuły dotyczące twórczości pisarzy, z którymi zetknęłam się osobiście. Nie ma w tym zbiorze ani jednego pisarza, którego bym nie znała i mogę nawet śmiało powiedzieć, z którym bym się nie przyjaźniła. Wiele z tych wspomnień było przedtem drukowanych, głównie w „Tygodniku Powszechnym” i w „Gazecie Wyborczej”. Oczywiście, miałam także artykuły dotyczące pisarzy zagranicznych, ale w tym zbiorze ograniczyliśmy się tylko do Polaków i myślę, że to dobrze. Powstała skromna książeczka, która zawiera wiele mojego osobistego ciepła w stosunku do ludzi, z którymi łączyły mnie bliskie stosunki. Niestety, prawie nikogo z nich już nie ma… Są to więc wspomnienia o osobach, z którymi się przyjaźniłam i z którymi już się spotykać nie mogę.

Z Nowego Jorku przywiozłam cztery Pani książki, które są w posiadaniu nowojorskich bibliotek publicznych. Dwa inne tytuły są w tej chwili wypożyczone. Chcę powiedzieć, że wszystkie Pani książki, które można w nowojorskich bibliotekach znaleźć, są w nieustannym ruchu, w nieustannym czytaniu.

Bardzo mnie to cieszy i doprawdy, nie spodziewałam się tego. To są wszystko książki wydane w ostatnich latach. Rzeczywiście, tak się stało, że w ciągu tych kilku lat wydałam więcej książek niż w ciągu wszystkich lat, które minęły. Znalazłam się w sytuacji, w której pisanie stało się dla mnie najważniejszą sprawą. Moje życie prywatne załamało się, ale przeniosłam je na plan pisarski. To, co widzę wśród książek przywiezionych przez panią to między innymi „Dzikie brzoskwinie” – antologia poetek amerykańskich. Jest dla mnie niepowetowaną stratą, że nie mogłam tu zamieścić wierszy Elizabeth Bishop, która jest moją ulubioną poetką. O tym, że nie zgodziła się ona na umieszczanie jej wierszy w antologiach kobiecych dowiedziałam się zbyt późno, bo z pewnością w ogóle nie zaczęłabym pracować nad podobną książką. Bishop jest dla mnie absolutnie numerem pierwszym, razem z Marianną Moore. To dwie poetki, które są mi najbliższe, a myślę, że ich godność poetycka jest największa.

Czy w innych antologiach, niekobiecych, można wiersze Bishop zamieszczać?

Naturalnie. Jej wiersze są na przykład w antologii Barańczaka. Taka decyzja Bishop może wydawać się nieco antyfeministyczna i zapewne nie spotyka się dziś z powszechną akceptacją. Trudno też dziś powiedzieć, jaki był powód takiej decyzji. Była to osoba o wielkim wykształceniu, otwartych horyzontach, swobodnie myśląca. Samotnica i na pewno niełatwa osoba, przyjaźniła się z poetami swojego czasu, między innymi właśnie z Marianną Moore. Ja trochę rozumiem tę decyzję. No bo niby dlaczego wydawać osobno kobiety piszące? One powinny być razem z pisarzami odmiennej płci.

A skąd wziął się pomysł wydania takiej antologii?

Czytałam bardzo dużo poezji amerykańskiej, od lat, to znaczy od czasu, kiedy tu zamieszkałam, od roku 1974. Nietrudno było zauważyć, że w antologiach są tylko najwybitniejsi pisarze i że antologie mają znacznie szerszy zasięg czytelniczy niż pojedyncze tomiki autorskie. Uznałam, że dobrym poetkom, które w jakiś sposób pokazują życie amerykańskie, odznaczają się wielką wrażliwością, znajomością użycia języka poetyckiego dzieje się pewna krzywda poprzez to, że poza swoimi tomikami, które nigdy nie rozchodzą się szeroko – bo taki jest los małych książeczek – nigdy nie zostaną pokazane publiczności. Uważałam, że są one godne przetłumaczenia, że jest wiele dobrych poetek, którym należy się to, by znalazły się w jakiejś antologii i jedyną drogą do tego było wydanie właśnie wyboru poezji kobiecej.

Jak dokonywała Pani wyboru owych poetek? Czy kierowała się Pani wyłącznie swoją intuicją czy też były inne, bardziej ogólne kryteria wyboru?

To była najtrudniejsza część mojej pracy. Dobrych poetek jest w Ameryce mnóstwo. Brakowało mi klucza do tego, kogo naprawdę powinnam tłumaczyć. Mój pomysł na tę antologię był zatem dość ryzykowny. Ponieważ bywałam wówczas dość często w Nowym Jorku, przychodziłam do księgarni, znajdowałam półkę z poezją, siadałam na podłodze i przeglądałam tomiki wierszy. Kupiłam tych tomików znacznie więcej niż mogłabym potem wykorzystać. W domu dokonywałam drugiej selekcji. Muszę powiedzieć, że dopiero potem sięgałam do wstępów do tych tomików i do tego, co o owych autorkach napisano. To było ogromne ryzyko, ale okazało się, że miałam szczęśliwą rękę – wszystkie one okazały się w jakiś sposób znane, niezależne, rozpoznawane przez czytelników. Na końcu mojej antologii znajdują się życiorysy autorek, świetnie zresztą skomponowane przez panią Renatę Lis, i te życiorysy pokazują, z kim ja mam do czynienia. Otóż mam do czynienia z poezją w jakimś sensie rewolucyjną. Nie jest ona aktem poetyckiej rewolucji w sensie absolutnym, ale jest to poezja wyzwolona i poszukująca. Zatem dobór poetek był najtrudniejszym zadaniem. Jestem szczęśliwa, że nikt tego do tej pory nie skrytykował, być może znajdzie się ktoś, kto zna się na poezji amerykańskiej i zarzuci mi, że nie uwzględniłam kogoś, ale sądzę, że to, co najważniejsze, co ukazywało się w ostatnich latach, znalazło się w mojej książce.

Czy poetce łatwiej jest tłumaczyć innych poetów?

Jestem głęboko przekonana, że poezji nie powinien tłumaczyć nikt oprócz poetów. To jest zadanie dla poetów, bowiem tylko poeta może wniknąć w strukturę wiersza, wejść w jego atmosferę, wyczytać drugie intencje w wierszu. Poeta ma bogatszy dostęp do wiersza. Uważam, że najbardziej udane tłumaczenia są dokonywane przez poetów. Wobec tego ja śmielej zabieram się do tłumaczenia wierszy, bo uważam, że mam większe prawo to robić, a jednocześnie trzymam się zasady, by tłumaczyć tylko poetów, których lubię albo kocham. I z tym udało mi się przetrwać do dzisiaj, może z pewnym wyjątkiem, kiedy przygotowywaliśmy antologię poezji amerykańskiej z moim mężem, Arturem Międzyrzeckim. Ta książka jest wynikiem kilku lat pracy i prawie w całości zawiera tłumaczenia dokonane przez nas samych. W tym przypadku trzeba było tłumaczyć poetów, którzy nie byli nam najbliżsi, ale nie odczuwałam żadnego przymusu, bo poezja tam umieszczona jest naprawdę wysokiej klasy.

W jaki sposób to, że Pani tłumaczy poezję innych uzupełnia Panią?

Jestem bardzo zadowolona z tego pytania. Pisząc poezję czerpie się z wielu źródeł: z własnej wrażliwości i z cudzej wrażliwości. Moje zamiłowanie do malarstwa jest czymś bardzo prawdziwym, niezmyślonym i gdziekolwiek jestem, idę oglądać obrazy. To daje mi pewien impuls, żeby zrobić coś idącego w podobnym kierunku; to, co oglądam, jest fantastycznie piękne, zachęca, by temu w jakiś sposób sprostać, odpowiedzieć. Podobnie jest z poezją. Mam swoich ulubionych poetów, jest ich bardzo wielu. Uważam poezję amerykańską za bardzo ciekawą i antologia, którą układaliśmy z mężem dała nam ogromne nowe doświadczenie poetyckie. To był dla nas inny, świeży świat, odkryty przez poezję nieznaną w Polsce. Jak to poznawanie, tłumaczenie wpływa na mnie? Każdy artysta wciąż coś nowego zbiera. To spływa na poetę. Pozwala się odnowić, zobaczyć wszystko w innym świetle. Są poeci, których tłumaczenie dało mi ogromnie wiele, dało wiele mojej własnej poezji, choć to nie jest wyraźne, tego nie widać.

Mam wrażenie, że w swej twórczości poetyckiej dystansuje się Pani od sytuacji politycznej, nie dotyka Pani spraw teraźniejszości. Wydaje się, żę od czasu stanu wojennego porzuciła Pani tę sferę na rzecz rozważań niezwiązanych bezpośrednio z tym, co dzieje się wokół nas w życiu politycznym.

Niekoniecznie. Ostatnio ukazało się kilka moich wierszy, w których „rozprawiam się” z wielkimi poetami, którzy okazali się antysemitami. Miałam zresztą z tym problem i zatelefonowałam do Miłosza, który powiedział: „Trzeba rozszerzać przestrzeń poezji”. Te wiersze umieszczone są w moim ostatnim tomiku poetyckim, mowa jest tam o wielkich poetach amerykańskich i angielskich, którzy nie mają dobrej sławy pod tym względem. To mnie zresztą zadziwia, bo zawsze mi się wydawało, że wielkie umysły powinny być wielkie pod każdym względem. Oczywiście, jestem bardzo zainteresowana sytuacją w Polsce, nigdy od tego nie uciekam. Maniakalnie czytam gazety codzienne i doskonale wiem, co mi się nie podoba, a głównie mi się nie podoba to, co się dzieje w tej chwili. Natomiast poezja nigdy nie jest bezpośrednią odpowiedzią na aktualność. Jeżeli biorę udział w dyskursie wewnętrznym, który nurtuje naród, to szukam czegoś, co jest naprawdę głębokie i co jest ważkie. I mam nadzieję, że to co dzieje się w Polsce w tej chwili jest przejściowe. Ale, oczywiście, mogę się mylić. Nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba wyciągnąć pióro i przestać milczeć.

W swoich wspomnieniach pisze Pani wiele o Herbercie, o Państwa przyjaźni z nim. Zapewne Pani zauważyła, że w istnieje w Polsce wiele mniejszych i większych grup politycznych, które starają się przywłaszczyć sobie Herberta i uczynić z jego twórczości sztandar dla swoich działań, które Herbert – jak mi się wydaje – niekoniecznie by popierał czy akceptował.

To był nasz wielki przyjaciel. Znaliśmy go jeszcze w okresie, kiedy był młodym człowiekiem, bardzo uroczym. Był częstym gościem w naszym domu. Kiedy byliśmy w Ameryce, Herbertowie właśnie stamtąd wrócili i zamieszkali w naszym domu. Nawet były taka zabawna sytuacja, kiedy do Herberta przyszła telewizja, której udzielał wywiadu właśnie w naszym mieszkaniu, siedząc przy naszym stole i znajomi ze zdziwieniem rozpoznawali to wnętrze. Widać więc, że nasze stosunki były naprawdę bliskie. Jeśli chodzi o sprawę jego poglądów, to tu zaszło jakieś wielkie nieporozumienie, bo Herbert został zawładnięty przez ludzi, którzy nie powinni byli mieć dostępu do niego w trudnych dla niego chwilach. To działo się wtedy, kiedy był słaby i chory, kiedy próbował się jakby odciąć od dawnych przyjaciół, oświadczając, że mają oni inne poglądy polityczne, zbyt lewicowe. Było to bardzo przykre dla nas wszystkich, nigdyśmy nie przewidywali takiej sytuacji. Tutaj wielką pomocą okazała się żona Herberta, Katarzyna Herbertowa, która wprowadziła dużo porządku w te sprawy. Udzieliła obszernego wywiadu Jackowi Żakowskiemu w Gazecie Wyborczej i bardzo sprawiedliwie oceniła stan Herberta i ludzi, którzy go otaczali. Była bardzo zmartwiona tym, że jego przyjaciele ponieśli szkodę z tego powodu, że znaleźli się w bardzo bolesnej sytuacji. W eseju o Herbercie napisałam, że najstraszniejsze jest to, że „wytyczne”, zawarte w jego poezji w jakimś sensie mi obrzydły. To okropne tak powiedzieć, bo „Przesłanie pana Cogito” to bardzo piękny wiersz, ale ja go już nie bardzo mogę czytać, głównie dlatego, że jest tak wykorzystywany, także przez prawicę, i to tę najbardziej skrajną, bardzo antypatyczną. Nie sądzę, że Herbert byłby zadowolony z tego, że treść jego wierszy podstawia się pod każdy sztandar. To jest niebezpieczeństwo, które może czekać poetę: banalizacja. Tego wiersza trudno słuchać, bo wszyscy go recytują i wszyscy się na niego powołują. Traci na tym poezja i traci na tym sam poeta jako człowiek. Przecież poezja jest absolutnie odbiciem osobowości i pewne interpretacje działają na jego szkodę.

W Pani wierszach amerykańskich jest bardzo wiele momentów, które mnie osobiście poruszają jako emigrantkę. A przecież Pani nigdy nie miała statusu pełnego emigranta, człowieka, który nie zamierza wracać do ojczyzny.

Cztery lata nieobecności poza krajem to jest pewne doświadczenie, naturalnie w jakiś sposób ograniczone i nieporównywalne z poczuciem człowieka, który nie zamierza czy też nie może wrócić do kraju. Wyjechaliśmy z powodu trudnej sytuacji, ale kiedy nasi przyjaciele zaczęli naciskać, abyśmy wrócili, natychmiast to uczyniliśmy i byliśmy bardzo z tego powodu szczęśliwi. Nasze najlepsze rzeczy powstały po powrocie z Ameryki, ponieważ nabrały horyzontów, zaokrągliły się. Ameryka weszła w naszą świadomość, ale poprzez nią także Polska. Żałuję, że tomik „Wiersze amerykańskie” jest stosunkowo mało znany. Nie wiem, jaki jest powód tego, bo inne moje tomiki były często omawiane, a ten został nieco na boku. I chyba niesłusznie, bo kiedy na jednym z ostatnich moich spotkań w PEN Clubie przeczytałam kilka wierszy z niego pochodzących, słuchacze natychmiast rozkupili zapas. „Wiersze amerykańskie” zabawiły ich, bo tam jest wiele humoru, światła, zieleni, miasta, równocześnie trochę nostalgii, ale takiej zdrowej, opisu ludzi, Amerykanów, którzy mnie ogromnie interesowali. W tym zbiorze jest wyrażone moje całe uczucie do Ameryki.

Przygotowywany jest, tu w Ameryce, tom Pani wierszy w tłumaczeniu na angielski…

Tak, Bogdana i John Carpenterowie, którzy są tłumaczami, przysłali mi już teksty nowej książki, która, miejmy nadzieję, tutaj się ukaże. Przejrzałam całość i uważam, że są to bardzo dobre tłumaczenia. Oczywiście, poeta zawsze coś znajdzie drobnego, państwo Carpenterowie byli mi zresztą wdzięczni za uwagi. Uważam, że to jest wielka szansa, jeżeli poeta ma okazję sprawdzić język tłumaczenia. Miłosz zawsze współtłumaczył swoją poezje, miał bardzo dobre oko i słuch, zawsze twierdził, że jest szczęśliwy, że może współuczestniczyć w procesie tłumaczenia. Właściwie wszystkie jego wiersze, które ukazały się po angielsku są tłumaczone pod jego okiem. Czasem można zmarnować wiersz w tłumaczeniu, a my nic nawet o tym nie wiemy.

W Pani wierszach jest niesłychany dystans do świata i do siebie samej, nie ma fajerwerków, a jednocześnie poprzez ten dystans Pani bardzo głęboko porusza czytelnika. Mówię tu przede wszystkim o Pani wierszu „Koda”, który jest chyba jednym z najbardziej Pani osobistych wierszy.

Jeśli ktoś umie czytać, to znajdzie w „Kodzie” prawie wszystko. Tam są najbardziej intymne rzeczy powiedziane w sposób bezpośredni, ale i nieobnażający. Mam wrażenie, że ja się bardzo otwarłam; zwłaszcza „Koda” jest tego świadectwem. Wpłynęły na to różne wydarzenia, między innymi odszedł mój mąż, z którym pracowaliśmy razem. Dwoje poetów obok siebie – to buduje bardzo bliską więź. Ślady jego odejścia są bardzo wyraźne w mojej poezji, wiadomo jak ja się zachowywałam potem, co pisałam potem, w chwili opuszczenia. Ale moje wiersze nie są płaczliwe, natomiast jest pokazana pewna sytuacja i ta sytuacja jest najbardziej osobista, jaka może być.

Oprócz dystansu, o którym mówiłyśmy, jest też w Pani wierszach tolerancja wobec świata. Czy Pani zawsze miała w sobie tę wyrozumiałość i czy nie sądzi Pani, że świat nie bardzo na nią zasługuje?

Och, światu nie bardzo zapewne zależy na tym, czy będę w stosunku do niego wyrozumiała (śmiech), to raczej mój osobisty problem. Wszystko polega na tym, o czym kiedyś powiedział Miłosz, a mianowicie, że poezja nie powinna zasmucać ludzi. Co nie znaczy, że ma ich rozweselać; ma ich raczej utrzymywać w stanie pewnej odwagi wobec życia i ja chciałabym to właśnie reprezentować. Myślę, że tolerancja jest rodzajem obowiązku, pod warunkiem, że nie idzie zbyt daleko, to znaczy, że nie pozwala, by ludzie czynili krzywdę jedni drugim. To jest właśnie granica tolerancji, może tradycyjna, ale wciąż aktualna.

Ale także niezaprzeczalnie w swoich wierszach ubolewa Pani nad marniejącą kondycją świata.

Myślę, że ma pani rację. To jest dusza moich wierszy, nie zawsze uzewnętrzniona, ale niewątpliwie z takiej refleksji pochodząca. W codziennym życiu szuka się czegoś piękniejszego, prawdziwszego – co tu ukrywać – nie chcemy opisywać samego zła świata. Przeciwnie – chcemy mówić o jego pięknie i dobru – ale coraz trudniej jest to robić. Równocześnie, myślę, że trzeba wydobyć, pokazywać jakieś wartości. Nie myślę tu o moralizatorstwie, to jest mi jak najbardziej obce, ale są sposoby, żeby świat pokazać na tle tego, co jest i tego, co mogłoby być. Trudno to sformułować, bo wiersze nie mówią tego wprost, one to po prostu pokazują. Nigdy nie odważyłabym się nikomu nic radzić w sprawach życia, ani tym bardziej stawiać horoskopów światu, ale to jest nieodłączne od refleksji, na którą poeta jest skazany.

A czy poezja – zapytam naiwnie – może uratować świat?

To nie jest naiwne pytanie. Miłosz mówił o tym w „Ocaleniu”. Ja też próbowałam zapytać samą siebie, co jest warta poezja, która nie może niczego uratować. Ale… nie wiadomo, czy może czy nie może. Brodski uważał, że może. Był tak przekonany o tym przekonany, że mogłam tylko podziwiać jego wiarę. Przecież on widział, a może jeszcze dogłębniej niż inni, co się dzieje i jaki jest świat współczesny. Nie był człowiekiem naiwnym, bardzo uważnie przyglądał się współczesności, a jednak uważał, że poezja ma wielkie zadanie przed sobą. Nawet mówił takie rzeczy, że jeżeli naród nie czyta poezji, to zagraża mu totalitaryzm. To jest bardzo ostre sformułowanie, oczywiście ogólnikowe, ale trzeba by wejść w to, co to naprawdę znaczy. A znaczy to tyle, że jeżeli wartości humanistyczne przestaną być dla nas ważne, to przyszłość świata jest krucha.

Więc jak to zrobić, żeby naród czytał poezję?

Wie pani, nie sądzę, żeby to można rzeczywiście osiągnąć. To tak jest, że jest jednak zawsze grupa wybranych, która czyta wiersze. To jest trudna rzecz – wiersze. One, jeżeli mają szerszy sens, to są wcale niełatwe i poeci często dodatkowo utrudniają do nich dostęp. Ja jestem zwolenniczką możliwie najprostszego podawania najtrudniejszych myśli. Nie zawsze to się udaje, ale myślę, że to jest jedyny sposób, bo jeżeli będziemy się bawić w formalne gry, to naprawdę mało kogo to interesuje i poezja zostaje tylko w gronie wybranych, kiedy poeci doceniają innego poetę, że on to świetnie zrobił, świetnie to umie. Odbiorcom poezji to się też czasami podoba, ale na ogół szukają tego, co chce im się powiedzieć albo szukają odbicia własnego myślenia. Największą pochwałą jest, kiedy czytelnik mówi poecie: „pani mówi to, co ja mam na sercu”. To jest wielka rzecz, oczywiście, natomiast trzeba powiedzieć więcej niż przeciętny człowiek czuje. Dążymy bowiem do wyrażenia myśli, obrazów bardziej uniwersalnych, które dopiero stwarzają pewną godność poezji. Ona nie może tak się wyłącznie oprzeć na codzienności. Poezja zatem jest, mimo wszystko, rzeczą dla wybranych, ale oni sami muszą siebie wybrać. Poezja wymaga pewnego przygotowania – byłoby pięknie, gdyby szkoła przygotowywała do czytania wierszy. Ale z tym są kłopoty. To jest bardzo ważna sprawa w życiu: jaki się ma stosunek do sztuki. Ludzie są strasznie zubożeni, jeżeli nie potrafią do niej dojść, jeżeli ona ich nic nie obchodzi. Chęć czytania poezji, umiejętność odgadnięcia, gdzie poezja się zaczyna, a gdzie kończy, tak by móc samemu dokonać pewnego wyboru – to wymaga osiągnięcia pewnej kultury literackiej i tego trzeba uczyć, namawiać do doświadczeń z tą materią.


Pani debiut w 1945 roku w zbiorowym „Wyborze wierszy poetów lubelskich” to była proza poetycka i od tego czasu pojawia się ona w Pani twórczości bardzo często. Podobnie często pojawiają się drobne zapiski, spostrzeżenia.

Prozę poetycką pisałam kiedyś bardzo intensywnie. Ostatnio zarzuciłam tę formę, a znalazłam sobie inną, którą nazwałam „błyskami” i która jest zupełnie czym innym niż poemat prozą. Przede wszystkim jest krótsza. Zawsze przy tym zastrzegam się, że nie ma ona nic wspólnego z aforyzmami, morałami czy „złotymi myślami”. To są impresje, zapiski, rozważania, refleksje. Często są to rzeczy, które przeczytałam dopiero co i rzuciły mi się w oczy jako coś bardzo mi bliskiego. Te błyski doczekały się wydania w osobnej książce, przy czym jest to wybór, bo tego, co jest, wystarczyłoby jeszcze na drugą książkę. Udało mi się więc uprawiać kilka gatunków: poza wierszami właśnie prozę poetycką, potem błyski – bo to w moim pojęciu oddzielny gatunek. W jakimś momencie zostałam też zaproszona przez „Więź” do pisania felietonów, które wyszły w osobnym tomie. Mam na swoim koncie także wspomnienia, książki biograficzne, no i dzienniki. Te ostatnie – wydaje mi się – są nawet chętnie czytane. Błyski natomiast są moją ulubioną formą, którą chętnie uprawiam, bo one poprzez swoją miniaturową formę zmuszają do precyzji. Czasami mają swoich bohaterów, czasami są cytatem, a czasami – nagłą myślą, którą udało mi się zatrzymać.

Dosłownie kilka dni temu ukazała się w Polsce książka zatytułowana „Zaułek Hartwigów”. Pomysłodawcą tej książki jest Tomasz Pietrasiewicz. Na czym ów pomysł polegał?

Ta książka i cały pomysł były dla mnie zupełną niespodzianką. Wymyślono w Lublinie taki zaułek dla naszej rodziny. Ogromnie mnie to ucieszyło. Głównie chodziło o te osoby, które – muszę to tak niezbyt elegancko powiedzieć – są w encyklopedii. Jesteśmy tam we trójkę. Mój ojciec miał zasługi dla miasta – był radnym i także znakomitym fotografem – prawie każdy miał w rodzinie zdjęcie wykonane przez Ludwika Hartwiga. Ojciec nie był artystą, to był bardzo dobry rzemieślnik. Natomiast jego syn, Edward, to był naprawdę artysta. Był w pewnym okresie uznany za jednego z dziesięciu najwybitniejszych fotografików świata. Byłam na uroczystości związanej z otwarciem Zaułka; to nie jest ulica, to jest rzeczywiście zaułek, schody, bardzo malownicze, obok są drzewa. Wszystko to bardzo poetyckie… Znacznie przyjemniej jest mieć zaułek niż ulicę (śmiech). Nieczęsto wracam do Lublina, choć wracam, bo są tam groby moich rodziców, siostry, więc jeżdżę tam, by o nie zadbać. Nie mówiąc o tym, że zawsze też odwiedzam grób Czechowicza. Ale poprzez ten zaułek przywiązano mnie do Lublina na nowo. Ogłoszono tam sześć wierszy o Lublinie, no i album zatytułowany „Zaułek Hartwigów” – pięknie wydany. Nie chciałabym stracić tej bliskości, która się na nowo nawiązała. Sama książka składa się z fotografii i ze wspomnień mojego brata Edwarda i moich. To nie było specjalnie napisane na tę okazję; to były nasze różne wywiady, wypowiedzi. Edytorzy książki bardzo ładnie wyłowili to, co dotyczyło Lublina, a ja napisałam wstęp o Hartwigach. To bardzo sympatyczna książka, nie ma w niej żadnego zadęcia literackiego. Jest to naszą opowieść, krótka zresztą bardzo, o tym cośmy przeżywali. Myślę, że Zaułek należy się najbardziej mojemu ojcu i mojemu bratu, którzy dokumentowali Lublin, fotografując go objęli go swoją wrażliwością. To są przepiękne zdjęcia, bardzo romantyczne. Mój brat zmieniał później wielokrotnie w trakcie swoich twórczych poszukiwań swój styl, ale osobiście bardzo cenię ten okres, z którego pochodzą zdjęcia Lublina. Są to zdjęcia bardzo liryczne, ciepłe. Myślę, że ten Zaułek i książka bardzo mu się należały.

Czy obecny pobyt Pani w Bostonie i w Nowym Jorku zaowocuje nowym wierszem?

Nie wiem, czy będzie z tego wiersz, ale koniecznie chcę o tym napisać. Ten pobyt jest dla mnie nadzwyczajnie ciekawy. To powrót po wielu latach, wiele się zmieniło i mam tak żywe impresje, że sama sobie zazdroszczę (śmiech).


Julia Hartwig i Rosanna Warren
Julia Hartwig i Irena Grudzińska Gross, Boston, 2006

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.