Kiedy myślę o P(olsce)
Tekstów zaczynających się od słów “Kiedy myślę o Polsce” albo “Kiedy myślę – Polska” są w sieci dziesiątki. Bywają wiersze rozpoczynające się od tej frazy, są wypracowania uczniów, są poważne eseje, ba! w 2019 roku pod hasłem “Myśląc Polska” odbyła się konwencja programowa partii politycznej Prawo i Sprawiedliwość. Wiele w tych tekstach szumu – czasem skrzydeł orlich, a czasem husarskich, a także wiele w nich szumu medialnego, monotonnych litanii narzekań, pretensji i wzajemnych oskarżeń. Nie brakuje połamanych krzyży, żołnierskich hełmów błyszczących w słońcu, zwycięstw militarnych okupionych krwią i – rzecz jasna – nie brakuje Pana Boga, który zawsze stoi po naszej stronie. Są też bociany, złociste kłosy, mazurskie chaty i pochylone wierzby, czasem zdarza się i rozpłakane dziewczę, wszystko podlane sosem z mazurków Chopina. Jednym słowem – ojczyzna z landszaftu, patriotyczne monidło, nieznośny ersartz szkolnych czytanek i tromtadracja do sześcianu. Ale tak właśnie postanowiłam zatytułować moje refleksje – trochę na przekór, a może także trochę jako ostrzeżenie dla samej siebie, żeby nie popaść w sentymentalizm i łzawość.
Nie, nie wyśmiewam się, broń Boże. Każdy mówi o Polsce tak jak potrafi i na ile wystarcza mu wyobraźni. No właśnie – wyobraźni. Boję się, że nasze myślenie o Polsce jest często ograniczone smutnymi nakazami źle pojętego patriotyzmu, które nie pozwalają przekroczyć pokrytych pozłotkiem ram obrazków tyleż pięknych, co niekoniecznie prawdziwych.
Polska, czyli kraj Polan to kraj rozległych pól, jezior i lasów, maków i bławatków i majaczącej na horyzoncie sylwetki Giewontu, gdzie w skalnych jaskiniach śpią zbrojni rycerze; kraj, którego granice przesuwano w tę i z powrotem bez naszej – Polaków – zgody; kraj różnorakich dialektów i gwar, które socjalistyczna urawniłowka postanowiła zniszczyć i prawie jej się to udało. To kraj, w którym na wschodzie wszyscy się znają z dziada pradziada i kraj ziem zachodnich, gdzie jeszcze niedawno nikt nie naprawiał płotu, bo po co, skoro zaraz przyjdą Niemcy. To kraj lęków i niepokojów, tak trwale zapisanych w naszym kodzie genetycznym, że odżywają w każdym pokoleniu bez specjalnego wysiłku ze strony tych, którym zależy na tym, by te niepokoje nigdy nie gasły. Polska… kraj, na którego cmentarzach leżą nie tylko Polacy, ale i żołnierze obcych armii, bo tędy przetaczały się szlaki wojennych wypraw wschodnich i zachodnich mocarstw, które chętnie ten kraj traktowały jako szlak swoich podbojów. Tędy maszerowały setki tysięcy bezimiennych mężczyzn i kobiet w wojskowych szynelach, których guziki rdzewieją zagrzebane w ziemi. Owe groby w kraju, w którym śmierć jest fetyszem, a szacunek do niej świadczy o prawości człowieka niejednokrotnie stają się powodem karczemnych awantur o to, kto ma prawo tu spoczywać i kto ma prawo do pamięci. Wreszcie – Polska – kraj, który wciąż istnieje, a mógł już zniknąć zupełnie kilka razy.
Polska to także – od zawsze – kraj ludzi ciężko pracujących, próbujących związać koniec z końcem, kraj byle jakiej niedoinwestowanej służby zdrowia, edukacji kiedyś podległej rosyjskiej propagandzie, potem wydanej na żer kościelnym hipokrytkom; kraj wewnętrznych konfliktów, które zwykle nabierają rumieńców w obliczu historycznych zmian i konieczności podejmowania ważnych decyzji. Polska to kraj zmęczonych ludzi, którzy lubią wzajemnie się oskarżać o najgorsze zbrodnie, a w swojej frustracji nie raz popadają w absurdy rodem z filmowych komedii. Kraj, w którym wszystko, absolutnie wszystko – od miejsca urodzenia po końcówkę nazwiska ma polityczne znaczenie. Dziwny kraj. Mój kraj.

Polska jest ze mną zawsze, bo tak mnie nauczono. Uczono mnie domowej historii, historii niefałszowanej odgórnymi nakazami, historii dziwnej, pokrętnej, pełnej tajemniczych małżeństw, etnicznych nienawiści i sporów zwyciężanych miłością, pełnej duchów schłopiałej ale dumnej szlachty, zapomnianych grobów na zarośniętych wołyńskich cmentarzach i wiśniowych sadów, wspominanych w przedśmiertnej gorączce, na istnienie których dowodami są wyblakłe dokumenty pisane cyrylicą.
Co zatem widzę ja, kiedy myślę – Polska? Mam w głowie całą kolekcję wspomnień, obrazów, migawek. Jedne są przymglone, inne bardzo wyraźne, jeszcze inne, kiedyś niezapamiętane i zlekceważone, pojawiają się nagle i dodają się same do mojej pamięci..
- Oto ja, czteroletnia, postawiona na krześle przez wuja Witolda, deklamuję “W pamiętniku Zofii Bobrówny” Słowackiego. Rodzina cichnie, wuj ociera łzy. To rodzinne misterium będzie się powtarzać jeszcze przez wiele lat, dłużej aniżeli czas, kiedy jako podium potrzebne jest mi krzesło.
- Oto ja – zdobywam mój pierwszy górski szczyt. Razem z Mamą wchodzimy na Stóg Izerski. Mam siedem lat i pierwszy raz w życiu jestem tak wysoko. Bardzo mi się tam podoba, po drodze zbieramy nagrzane słońcem poziomki i tak pięknie widać leżące w dole miasteczko. Wtedy słyszę opowieść o Górze Bony, jeszcze piękniejszej, która jest gdzieś daleko, gdzie nigdy nie będziemy mogły pojechać.
- Oto moja Babcia – opowiada mi historię sześciotygodniowej podróży w towarowym wagonie i pokazuje książki, które przywiozła ze sobą. Wiele z nich ma pieczątkę Liceum Krzemienieckiego, Babcia opowiada o tym, jak je ratowała ze sterty woluminów wyrzuconych przez okno na bruk i przeznaczonych na spalenie. To moje pierwsze spotkanie z serią Biblioteki Narodowej. Sięgam po “Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki”, z których niewiele jeszcze rozumiem.
- Oto ja – mam jedenaście lat. Dziadziuś bezskutecznie kręci gałka radia Stolica – głos spikera wciąż się urywa, więc korzystając z długiej przerwy pytam: “Dziadziu, a dlaczego milicja bije tych studentów?” Dziadek odwraca się, szybko gasi radio i proponuje grę w bierki.
- Oto ja – rozpoczyna się nowy rok szkolny 1968. Stoimy na boisku, ale wśród koleżanek i kolegów brakuje ślicznej Anitki G., z którą dopiero co byłam na koloniach w Szczecinie, a której wielkie ciemne oczy wzbudzały mój podziw. Nikt nie wie, co się z nią stało, po prostu zniknęła z dnia na dzień. Dopiero wiele lat później, dzięki Internetowi, odkrywam jej losy i dowiaduję sie o jej podróży do Tel-Avivu i wtedy wszystko staje się jasne.
- Oto ja – w białej bluzce i granatowej spódnicy siedzę na ławce w parku przy placu Nankiera i czekam na rozpoczęcie egzaminów wstępnych na polonistykę. Przechodząca obok Romka proponuje, że mi powróży. “Pojedziesz daleko i będziesz szczęśliwa” – mówi, a ja wzruszam ramionami, bo przecież nigdzie się nie wybieram…
- Oto ja – studentka polonistyki. Na zadymionym korytarzu czekamy na zajęcia z literatury współczesnej, z Lotharem Herbstem. Lothar czyta wiersze Miłosza, o którym coś słyszałam, ale nie widziałam nigdy żadnej jego książki. Za kilka dosłownie lat Jan Kaczmarek zaśpiewa “Stoję w kolejce, Panie Czesławie, bo Pańskie wiersze dowieźli…”, a cała Polska oszaleje ze szczęścia.
- Oto ja – wracam z miasta, komunikacja stoi. Stoi całe miasto. Stoi cała Polska. Idę przez most Warszawski na Karłowice, mimo upału nie czuję zmęczenia. Za kilka dni poznamy człowieka o ciemnych włosach i gęstym wąsie, w zniszczonej marynarce i elastycznym golfie, dzierżącego wielki długopis. Ta znajomość, znajomość z Lechem, zmieni moje życie na zawsze.
- Oto ja i ludzie z mojego miasteczka. Siedzimy na ławkach parkowego amfiteatru. Na scenie Andrzej Piesiak, kiedyś sąsiad w akademiku małżeńskim, dziś przewodniczący zarządu regionu jeleniogórskiego Solidarności. Andrzej wyciąga rękę w zwycięskim geście. Za rok zostanie internowany i będą go trzymali przez rok następny.
- Oto mój ojczym, Maryś. Jest grudniowy wieczór 81 roku. Wiemy już, kogo zaaresztowano, domyślamy się, kto się ukrywa. Mama wybucha płaczem, kiedy ktoś naciska dzwonek drzwi wejściowych. To znajomy. Chowa pod czapką zmiętą zmęczoną twarz, a Maryś mówi, że musi wyjść, ale wróci przed godziną milicyjną. Oto nowe w moim życiu pojęcie – godzina milicyjna.
- Oto moja Mama – stoi w sali sądu administracyjnego we Wrocławiu, a sędzia odczytuje wyrok kasujący decyzję dyrektora liceum, w którym od dwudziestu lat jest nauczycielką. Dyrektor bowiem postanowił ją zwolnić za poglądy polityczne. Wyrok przywraca ją do pracy, ale Mama już nigdy tam nie wróci.
- Oto ja – na odgłos łomotania do drzwi otwieram niechętnie, bo wiem, kogo zobaczę, słyszałam, kiedy na ulicy zaparkował polonez “marki MOA”. Na progu stoi trzech tajniaków i milicjant. “Mamy nakaz rewizji” – mówi jeden z tajniaków, po czym panoszy się jak u siebie: wywala na podłogę zawartość sekretarzyka, podnosi wieko wersalki, rozsuwa stół, wreszcie skopuje z podłogi dywan i puka w dębowe klepki.
- Oto moja córka, Paulinka. Jest drugi miesiąc stanu wojennego. Każdy pasażer pociągu, którym podróżujemy, musiał postarać się o przepustkę na opuszczenie swojego miejsca zamieszkania. Paulinka ma trzy latka i w zatłoczonym przedziale obwieszcza głośno i radośnie: Jadę do dziadziusia. Mój dziadziuś jest przewodniczącym – tu zatrzymuje się, ale po chwili bezbłędnie skanduje – NSZZ Solidarność
- Oto moi rodzice – wracamy z Kozienic, z pogrzebu. Zatrzymujemy się w jakiejś podkieleckiej wsi, żeby coś zjeść. Chcemy kupić chleb, ale chleba nie ma. Pod sklepem umęczone słońcem i pracą w polu kobiety czekają na dostawę. W sklepie półki zapełnione są ciasno butelkami z czerwonym węgierskim szampanem. “Ten szampan to policzek wymierzony narodowi” – mówi Maryś.
- Oto mój dom – poniemiecki bliźniak o nierównych ścianach. Mamy dwa psy i kota, w ogrodzie rośnie grusza, której owoce dojrzewają w kopcu dopiero gdzieś w grudniu. Mam dziewięć lat, kiedy dom przechodzi remont generalny i dostaję swój własny pokój na mansardzie. Tam będę mieszkać aż do wyjazdu na studia. Tam wracam bezustannie.

- Oto ja – na posterunku milicji odbieram pierwszy w życiu paszport i zostawiam tam swój zielony dowód osobisty. Jeszcze nie wiem, że już nigdy go nie dostanę z powrotem.
- Oto ja – jest piąty czerwca 1989. Mieszkamy w małej garsonierze z widokiem na Zatokę Meseńską. Zbiegam do kiosku z gazetami i kupuję dziennik Ελευθερία – na pierwszej stronie widnieje wielke zdjęcie Tadeusza Mazowieckiego. Potem z pomocą rozsypująego się słowniczka grecko-polskiego tłumaczę cały artykuł. Potem płaczę i nie mogę się utulić w tym płaczu.
- Oto ja – jadę do Polski po raz pierwszy po sześciu latach nieobecności. Zamierzam napisać i obronić zaległą pracę magisterską. Piszę ją w ciągu trzech tygodni, bronię i jednocześnie poznaję mój kraj na nowo – to kraj, w którym milicja obywatelska nosi nazwę „policja”, a w dawnej siedzibie komitetu powiatowego PZPR mieści się teraz urząd miasta.
- Oto ja – właśnie skończylam drugie studia w bardzo obcym mi do niedawna języku i jestem dyplomowanym bibliotekarzem. Za chwilę polecę do Nowego Jorku na rozmowę kwalifikacyjną i ku swemu własnemu zaskoczeniu – dostanę propozycję pracy. Rok później Maria Fung z działu World Languages zaproponuje mi robienie list tytułów polskich książek, które powinna zakupić biblioteka. Na poczatek dostaję budżet w wysokości 4 tysięcy dolarów. Kilka lat później pieniędzy jest dziesięć razy więcej, a polskie czytelnictwo na Brooklynie plasuje się na czwartym miejscu wśród ponad pięćdziesięciu grup etnicznych tu zamieszkałych. W polskiej dzielnicy Nowego Jorku wszyscy mnie znają. Przychodzą po książki, albo zwyczajnie porozmawiać. Wierzą mi, kiedy mówię, że tego pisarza, tego poetę koniecznie należy czytać.
- Oto ja, oto my – po raz pierwszy do Polski przylatuje Michael. Jesteśmy ze sobą już trzy lata, czas, żeby wszedł do rodziny. Po kilku dniach spędzonych u rodziców, wynajętym samochodem jedziemy na Podlasie. Bitą drogą dojeżdżamy do Krasnogrudy. Nad portykiem białego dworku widnieje napis: “Biada temu, kto wyrusza w drogę i nie powraca”. Biada mi – myślę.

- Oto my – Michael i ja – gościmy u siebie jedną z najwybitniejszych polskich współczesnych poetek i wpadam na pomysł, by zaprosić dwójkę polskich poetów stąd, z Nowego Jorku. Dopiero co kupiliśmy mieszkanie, nawet nie mamy jeszcze firanek. Przy świecach płyną słowa, rozbrzmiewają wiersze. Ten wieczór jest pierwszym z wielu, które potem się wydarzą, podczas których będziemy czytać prozę, poezję, rozmawiać o książkach. I o Polsce.
- Oto ja – jest czerwiec 2016. PiS rządzi już od trzech kwartałów. Późną nocą otrzymuję email od redaktor naczelnej polonijnego tygodnika, z którym współpracuję od 14. lat. W prostych żołnierskich słowach redaktor naczelna zrywa ze mną współpracę bo “organizujesz KOD-owskie demonstracje”. Szkoda mi mojej cotygodniowej kolumny w tygodniku, gdzie pisałam o wydarzeniach bibliotecznych i omawiałam książki. Szkoda, ale poradzę sobie.
- Oto ja – biegnę rano do podmiejskiej kolejki, która zabierze mnie na Grand Central, kiedy dzwoni Anita. W słuchawce brzmi jej przejęty głos: “Czy już słyszałaś? Olga dostała Nobla!” Milknę na chwilę, a potem wybucham radosnym śmiechem. Mijają mnie jacyś ludzie, którym obwieszczam, że a Polish writer got a Nobel prize.
- Oto ja i Rafał W., który zawsze przychodzi na demonstracje. Poproszony przeze mnie wstaje wcześnie i pomaga mi w rozwieszaniu plakatów Rafała Trzaskowskiego na Greenpoincie, który walczy o prezydenturę. Piszę potem o tym na moim blogu. https://czwartemiejsce.com/2020/07/10/piatek-10-lipca-2020/
- Oto my, Michael i ja – jedziemy na jedną z niezliczonych już demonstracji, które jako Obywatelski NYC, bo tak się nazwaliśmy – zorganizowaliśmy przez ponad osiem lat PiSu. Od dawna nie jestem zapraszana do konsulatu, za to często widać mnie pod konsulatem. Raz jest nas tu mniej, raz więcej. Mamy transparenty, hasła, trzymamy je w rękach, potem zostawiamy na drzwiach i płocie okalającym Konsulat. Zwykle śpiewamy hymn, czytamy głośno preambułę do konstytucji. Rozmawiamy o Polsce, załamujemy ręce nad tym, co wyprawia PiS i z pisowskiej łaski pożal się Boże prezydent. Staramy się, by nasze zgromadzenia odbywały się w tego samego dnia co marsze i demonstracje w Polsce. Mamy więc swój lustrzany czarny marsz, w lipcu 2017 zbieramy się w takim samym proteście w obronie sądów, jaki odbywa się w Warszawie. Czcimy rocznicę śmierci księdza Popiełuszki, odnajdujemy na Brooklynie zapomniany pomnik polsko-amerykańskich weteranów II wojny światowej. Jest tam parę setek polskich nazwisk: Ankwicz, Bartnik, Fabiszak, Kotlarz, Romejko… Składamy tam kwiaty, razem z Ludką i Henrykiem Wujcami, którzy właśnie odwiedzają Nowy Jork…

- Kiedy dołączamy do Parady Pułaskiego, na zaledwie kilka dni przed wyborami parlamentarnymi w Polsce w 2023, jest nas cały tłum i jesteśmy głośni. Prezydent Duda wciąż się uśmiecha, mimo że wyraźnie go zagłuszamy. Przechodzący obok redaktor Wrona przybija mi piątkę. Za kilka dni odbędą się wybory parlamentarne i jesteśmy pełni nadziei.
- W dniu ogłoszenia wyników wyborów parlamentarnych, kiedy już wiadomo co i jak, piszę na FB, że jeśli ktoś chciałby się spotkać pod konsulatem, to zaraz tam będę. Jadę i rzeczywiście przychodzi kilka osób. Patrzymy na wywieszone listy i jesteśmy bardzo, bardzo szczęśliwi. Piszę potem tak: To zwołane impromptu spotkanie pod Konsulatem RP na Madison Ave nie zgromadziło wielu uczestników. Było nas kilkoro zapaleńców, entuzjastów. Przyszliśmy pod konsulat, żeby popatrzeć na wywieszone listy, gdzie nazwiska naszych bohaterów miały fantastycznie wysokie cyfry, wielokrotnie przekraczające liczbę głosów oddanych na kandydatów PiS. Przyszliśmy, żeby się uściskać i ucieszyć. Kiedy zebraliśmy się o 7 pm, we Wrocławiu była pierwsza w nocy i ludzie wciąż czekali przed drzwiami komisji wyborczych w nadziei na to, że zagłosują. Byliśmy pewni, że to nasi ludzie, bo tylko “nasi” mogliby czekać pół nocy po to, żeby oddać głos w słusznej sprawie. Po to, by nie oglądać wykrzywionych złością twarzy, po to by nie słuchać wyzwisk, wreszcie po to, by mieć pewność, że wszyscy w Polsce jesteśmy równi, że mamy równe prawa.
Myślę o Polsce codziennie – z miłością, z szacunkiem, z oddaniem, na swój własny, tylko mnie właściwy sposób. Każdy dzień zaczynam od prasówki, potem słucham radia, rozmawiam z Michaelem. Przez 21 lat naszego małżeństwa mój mąż skonstruował sobie swój osobisty poldar – Polish radar, dlatego kiedy otwiera NYT, natychmiast wyławia wiadomości o Polsce. W tym roku, w styczniu, minęło 35 lat od kiedy zamieszkałam w Ameryce północnej. Jeśli dodać do tego dwa lata pobytu w Grecji to łatwo policzyć, że poza Polską jestem dłużej niż w niej mieszkałam. Wyjeżdżałam z Polski na chwilę, najpierw na trzy miesiące, potem na sześć, potem już chciałam tylko doczekać roku i pędzić tam z powrotem. Ale życie idzie swoją drogą, nie zwraca uwagi na nasze indywidualne plany i postanowienia. Nie udało mi się wrócić. Czasy się zmieniły, rozmowy telefoniczne z Polską kosztują tyle co nic, loty do Berlina, Pragi czy Warszawy są w miarę krótkie i wygodne. Jeżdżę tam, uporczywie wracam. Kocham moje małe miasteczko, jego renesansowy ratusz, wybrukowany kocimi łbami rynek, ciemniejące na horyzoncie Karkonosze. Mieszkam w Nowym Jorku i każdego dnia pracuję dla Polski.
Dlatego w sobotę będę głosować na nowego prezydenta – światłego, wykształconego, który przywróci obywatelom wiarę w prawość władzy, w uczciwych polityków, który zapewni Polsce dobre imię w świecie. Skorzystam z mojego KONSTYTUCYJNEGO PRAWA do oddania głosu i będe współdecydować o Polsce i jej przyszłości. TRZASNĘ z miłością dla mojej ojczyzny, po to, by zniknęły z niej typy spod ciemnej gwiazdy jak Braun i Nawrocki, po to, żeby o losach mojego kraju nie decydowała zaciętość, nienawiść, obłuda i kłamstwo. Po to, by nikt nigdy nie traktował nikogo z pogardą.

Serdecznie…
LikeLike
Sie dołaczam!
LikeLike
Pięknie napisane wzruszające wspomnienie i refleksja nad teraźniejszością. Te winiety przypominają mi również momenty w moim życiu…
Dziękuję Ci za Twoje pomysły przemyślenia! A w sobotę na głosowanie w Nowym Jorku! 😄
LikeLiked by 1 person