Piątek, 10 lipca 2020

Ostatni tydzień przed…

Sobota. Polska (choć już nie tak bardzo) dzielnica Greenpoint o siódmej rano robi wrażenie, jakby wcale nie spała poprzedniej nocy. Niedaleko skrzyżowania jej dwóch głównych ulic, Greenpoint Ave i Manhattan Ave, otwarte warzywniaki oferują świeże mleko i świeżo wyciśnięte soki.  Tu i ówdzie przemyka hipster z latte w ręku, mieszkańcy wyprowadzają na poranny spacer psy, ktoś spieszy do pracy. Otwierają się kawiarnie, a przed nimi momentalnie formują się kolejki.  Kiedy parkuję pod księgarnią, mój towarzysz już czeka. Zapominając, że dziś święto – Fourth of July – sprawdzam, o której muszę zapłacić za parking. Z samochodu wyciągam cały potrzebny do wypełnienia misji sprzęt – dwie rolki taśmy, dwie pary nożyczek i cały plik niebieskich plakacików, formatu zwykłej kartki, wczoraj wydrukowanych przez Jacka.

Pierwszy przyklejamy na latarni tuż przy kościele św. Antoniego z Padwy. Jakiś starszy pan mija nas wolno, przystaje, ogląda się. „Patrz – mówię do Rafała – zaraz wróci i zedrze”. Ale postanawiam wziąć byka za rogi, uśmiecham się do pana, który wciąż się nam przygląda i głośno wołam – dzień dobry! Mężczyzna wraca i mówi: „Moja żona głosuje na Trzaskowskiego”. Kamień spada mi z serca, nie musimy się niczego obawiać. „A pan?” – pytam. „E, nie, ja Słowak jestem. Ze Spiszu, ale już po słowackiej stronie” – odpowiada. Dopiero teraz zauważam miękki akcent południowych sąsiadów. „Wie pan, dam panu coś dla żony” – wracam do samochodu i wyjmuję duży lśniący plakat, który nie zmieściłby się na zwykłym słupie. „Proszę jej do dać i pozdrowić.” Pan Słowak wygląda na ucieszonego, bierze plakat i dziękuje. „Wszystkiego dobrego” – wołam jeszcze. 

Czytaj dalej „Piątek, 10 lipca 2020”

Dlaczego Czwarte Miejsce?

Kiedy w 2002 roku przyjechałam do Nowego Jorku, by zacząć pracę w Brooklyn Public Library, w oddziale bibliotecznym w polskiej dzielnicy, na Greenpoincie, znalazłam dwa rzędy półek z polskimi książkami. Większość z nich stanowiły poradniki feng shui, zaczytane do imentu powieści Danielle Steel i trochę starych wydawnictw paryskiej Kultury. Książki kupowano raz w roku w miejscowej polonijnej księgarni. Nazywało się to big buy i polegało na zgarnianiu z półek dość przypadkowych tytułów według klucza słów brzmiących podobnie lub nawet tak samo po polsku i po angielsku oraz znanych nazwisk autorów. W ten sposób raz na rok uzupełniano braki na półkach i wydawano przeznaczone na ten cel pieniądze.

W bibliotecznym departamencie World Languagues szybko zorientowano się, że mogę być pomocna przy selekcji tytułów i wkrótce zaczęłam uczestniczyć w corocznych zakupach. Podeszłam do tego z dużą energią, bo – co tu dużo mówić – uczucie, że ma się wpływ na to, co czytają inni jest niezwykłe, elektryzujące, a jednocześnie obciążające odpowiedzialnością. Postarałam się więc najpierw wypracować reguły: kupujemy jeden lub co najwyżej dwa egzemplarze tego samego tytułu – zamiast pięciu, kładziemy większy nacisk na książki polskich autorów oraz tłumaczenia z innych niż angielski języków, staramy się o więcej literatury popularnonaukowej z różnych dziedzin. Kilka lat później zaproponowałam, żeby budżet na polskie książki rozdzielić na comiesięczne zakupy, co umożliwiłoby bycie na bieżąco z tym, co ukazuje się w Polsce. Wkrótce potem mój budżet powiększył się nieco, a potem wzrósł co najmniej pięciokrotnie! I wtedy statystki pokazujące czytelnictwo ponad pięćdziesięciu grup etnicznych Brooklynu zaczęły się drastycznie zmieniać, a polscy nowojorczycy poszybowali na CZWARTE MIEJSCE! Na tymże czwartym miejscu pozostawali przez następne 14 lat, czytając zachłannie, namiętnie, entuzjastycznie… Wokół biblioteki na Greenpoincie utworzyła się wcale niemała grupa jej wielbicieli; potrafili zaglądać do biblioteki kilka razy w tygodniu, już to by wymienić książki, już to by zapytać o nowości, a wreszcie po to, by zwyczajnie porozmawiać. Przyczyniła się do tego ilość nowych tytułów, ale pewnie także fakt, że przez wiele lat miałam swoją kolumnę w miejscowym tygodniku, w której polecałam tytuły, pisarzy i wydarzenia, które organizowałam. Do oddziału na Greenpoincie przyjeżdżali czytelnicy ze wszystkich, nawet najbardziej odległych zakątków nowojorskiej metropolii, wypożyczając po kilkanaście, czasem kilkadziesiąt tytułów. Potem wracali, skrupulatnie je oddając i domagali się nowych…

To właśnie na cześć tych wszystkich czytelników, którzy polegali na moich książkowych wyborach ten blog – poświęcony książkom – nosi nazwę CZWARTE MIEJSCE.

Pierwszy „big buy” w księgarni Polonia na Greenpoincie, 2002