Poniedziałek, 21 grudnia 2020

Włoskie orzechy

Ostra feta z koziego mleka, dziwaczne w smaku wino, pite pół na pół z Coca colą, mętniejąca po dodaniu wody anyżowa wódka, błotnista, gotowana w briki, miedzianym naczyniu z długą rączką kawa, wijące się na talerzu odnóża kalmarów i ośmiornic, zjadane w całości smażone w oliwie szprotki i wreszcie sama oliwa – ciężka, zielonkawa tłusta ciecz, pozostawiająca w gardle uczucie pieczenia. I jeszcze inne dziwaczności – makaron jedzony z bułką, gęsty, niesłodki jogurt, ciastka kąpiące się w miodzie, gotowane w wodzie z oliwą zielsko, zbierane na zboczu gór.  Niełatwo było Polakowi z biednego zimnego kraju, w którym prawdziwą atrakcją stały się sine, wychudzone kurczaki i kawałek tłustej kiełbasy, wyżyć w kraju położonym nad Morzem Śródziemnym…

Świeża χόρτα na targu w Kalamacie

Takie były moje pierwsze doświadczenia w kraju, do którego przybyłam jesienią 1988 roku: nieznane i niesmakujące mi jedzenie, muzyka, którą uparcie nazywałam „ludową”, gołe, kamieniste góry i słońce. Znałam jedno słowo w tym obcym, niepodobnym do żadnego innego, języku: δουλειά i wymawiałam je ze złym akcentem, podkreślając „u”. Ale wkrótce ktoś mnie poprawił, a potem nauczyłam się podstawowych słów. Jeszcze potem zaczęłam je składać w zdania. Przydała się dobra znajomość rosyjskiego i semestr starocerkiewnosłowiańskiego na studiach. Polubiłam rytmiczną muzykę i to dziwne jedzenie. Zamieszkałam w Kalamacie, małym miasteczku położonym nad Zatoką Meseńską, Mesiniakos Kolpos. Uczyłam się życia w nowych warunkach, z minimalną ilością sprzętów w mieszkaniu i brakiem książek. Pracowałam fizycznie. Do moich drzwi pukały kalamatiańskie kυρίες, którym ktoś powiedział, że nikt tak dobrze nie prasuje męskich koszul jak ta Polka, Izavela, która co prawda jest o φιλόλογος, ale świetnie zna się na żelazku…

Minęły prawie cztery miesiące w nowym kraju i zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Na moją pierwszą wigilię w Kalamacie chciałam przygotować wieczorną kolację dokładnie tak, jak robiły to moja Mama i Babcia w Polsce. Miałam 31 lat i do tego czasu wszystkie dorosłe wigilie spędzaliśmy z mężem i córką w domu mojej Mamy lub z rodziną męża. We Wrocławiu, gdzie mieszkaliśmy w akademiku z dzieloną z innymi kuchnią i łazienką, brak było miejsca na gotowanie skomplikowanych potraw i na elegancką kolację przy stole nakrytym talerzami ze złotym brzegiem i  błyszczącymi kryształowymi półmiskami, w których odbijało się światło rozjarzonej choinki.

W Kalamacie też nie było ani takiego stołu, ani białego obrusa, ani kryształowych mis. Mieszkaliśmy w małej kawalerce na piątym piętrze budynku położonego zaledwie dwie przecznice od głównego placu. Spaliśmy na materacu rzuconym na podłogę, jedliśmy przy małym składanym stoliku i mieliśmy dwa twarde krzesła i stary, czarno-biały telewizor. Jedliśmy na talerzach, które dał nam ktoś, kto wyjeżdżał do Kanady. Z sufitu zwisał żyrandol ze złamanym kloszem; co kilka dni poruszał się lekko, dając nam znać, że ziemia pod Kalamatą znowu zadrżała. Ale szybko przyzwyczailiśmy się do tych prawie niezauważalnych trzęsień ziemi. Gdy budziły nas w nocy, szłam do kuchni i wyciskałam świeży sok pomarańczowy – luksus w Polsce, tutaj, w Kalamacie, normalny, codzienny, prawie nudny napój.

Mama przysłała mi już kilka polskich składników do bożonarodzeniowych potraw, w tym mak. Paparuna? Kalamatiańskie panie były zaskoczone, kiedy opowiadałam im, co mam zamiar przygotować. „Ależ to trucizna!” – oburzały się, zachwycone jednocześnie tym, że dowiedziały się czegoś nowego i że mają okazję do wyrażenia swojego zdania. 

Zaplanowałam kolację: kapusta z grzybami (przysłanymi przez Mamę), barszcz z torebki, trochę owoców morza, bacaliaros tiganitos, czyli zwykły smażony dorsz (choć wcale nie taki zwykły, bo świeży, dopiero co złowiony i smakujący zupełnie inaczej niż polskie, zamrażane Bóg wie, ile razy, kostki rybiego mięsa. I – oczywiście – kutia – przepyszne połączenie gotowanej pszenicy, miodu, maku i wszelkich możliwych suszonych owoców i orzechów. Miałam już migdały, rodzynki, daktyle i piękne figi z miejscowej suszarni. I to musiało wystarczyć. Żadnych dwunastu dań, żadnych placków smażonych na oleju, żadnego karpia w galarecie ani śledzia w oleju. Zamiast tego – kalmary i ośmiornice! Usilnie starałam się zastosować egzotyczne, dziwne, zabawne potrawy jako zamienniki tradycyjnych polskich dań, jednocześnie ignorując miejscową tradycję pieczonego indyka na Boże Narodzenie.

 Gotując to wszystko w mojej małej kuchni z oknem wychodzącym na ciemną, złowieszczą o tej porze roku górę Taygetos, jeszcze raz sprawdziłem, czy mam wszystko, czego potrzebowałem. Orzechy włoskie! Nie miałam orzechów! Jak mogłam zapomnieć! Szybko umyłam ręce, narzuciłam kurtkę i zbiegłam na dół do najbliższego pantopoleio – sklepu spożywczego.

Taygetos

Właśnie zamykali. Voula, starsza kobieta, zawsze ubrana w czarną spódnicę i czarny wełniany sweter, bez względu na to, jak gorąco było na zewnątrz, zamiatała podłogę. Przy kasie stali Kostas i Jorgos, dwaj bracia i właściciele sklepu. „Ti psachneis, koritsi mou? Czego szukasz, dziewczynko? – zapytał Kostas. „Czy masz włoskie orzechy?” – zapytałam, rozglądając się po sklepie. Byłam pewna, że orzechy będą gdzieś na półce, w zasięgu wzroku. „Co to są włoskie orzechy?” Kostas spojrzał na mnie, a potem na Jorgosa. Jorgos wzruszył ramionami. „Nie mam pojęcia” – powiedział. „Nie wiesz, co to są włoskie orzechy? Duże, w twardej skorupie, wyglądają jak dwie połówki mózgu” – starałam się wyjaśnić na tyle, na ile pozwalała mi moja świeżo nabyta znajomość języka. „Włoskie orzechy?” – powtórzył Kostas, patrząc na mnie swoimi maślanymi, czarnymi oczami. „Ela, koritsi mou, nie wiem, o czym mówisz”. Sięgnąłem do torebki, szukając kartki i długopisu. „W porządku, spróbuje ci to narysować” – zaczynałam się niecierpliwić. Czułam się lekko zdezorientowana, bo jak mogli nie wiedzieć, co to są włoskie orzechy? Czy to w ogóle było możliwe?

Moje umiejętności rysowania były raczej słabe, ale wciąż udało mi się stworzyć coś, co w jakimś stopniu przypominało włoski orzech bez łupiny. Kostas i Jorgos spojrzeli na siebie. Jorgos już się nie uśmiechał. Kostas wyglądał na urażonego. Voula przestała zamiatać podłogę. W końcu Kostas spojrzał na mnie i powiedział: „Chodź za mną”. Razem podeszliśmy do półki, Kostas  sięgnął po małą paczkę, dał mi ją i powiedział: „To nie są WŁOSKIE orzechy. To są GRECKIE orzechy”. I dodał przechodząc na oficjalną formę: „KATALAVAINETE?” Ostatnie słowo zniweczyło naszą niemal czteromiesięczną przyjaźń, wszystkie te „moja laleczko, dziewczynko, ptaszku”, wszystkie powłóczyste spojrzenia i uśmiechy. KATALAVAINETE – czy wy, MADAME, rozumiecie? Uśmiechnęłam się blado, położyłam na ladzie sto drachm, cicho wymamrotałam Kala Christougenna i szybko wyszłam ze sklepu.

Przez lata wspominałam tę historię jako przykład fiksacji mieszkańców małego kraju, rodzaj obsesji pozwalającej poczuć własną ważność – grecka kawa, greckie orzechy, Grecja jako kolebka cywilizacji, Grecy wymyślili dramat i komedię, a także filozofię. To nic innego jak przemożna potrzeba pokazania światu, że coś nosi nazwę MEGO kraju, MEGO narodu. Cały świat powinien wiedzieć, że kawa parzona w miedzianym rondlu została wynaleziona przez Greków, a orzechy zostały osobiście zasadzone przez Pana Boga u podnóża góry Taygetos. To było poruszające i irytujące jednocześnie, to ciągłe słuchanie, ileż to świat zawdzięcza Grekom, tym samym Grekom, którzy bez żadnych obiekcji spluwali na trotuar i dłubali w zębach specjalnie zapuszczonym do tego celu paznokciem. Ale przecież wiemy dobrze, że my, Polacy, robimy to samo – chorujemy na tę samą idée fixe. Szczycimy się ludźmi, którzy od dawna nie żyją, a z którymi nie byliśmy spokrewnieni, wynalazkami, w których nie mieliśmy udziału, osiągnięciami naukowymi, z których mało co rozumiemy. Zawsze tak było, ale dopiero później, już w Kanadzie, stało się to dla mnie naprawdę widoczne. Ustawicznie i bez większego powodzenia staramy się przekonać świat, że jesteśmy wyjątkowi, wspaniali, wielcy, i że wszystko, co istotne i przydatne ludzkości tak naprawdę, gdzieś w zamierzchłych czasach, miało swój początek w Polsce…

Raz na jakiś czas odwiedzam rosyjski sklep w Queens, Gastronom, przy 108. Ulicy. Można tam kupić kawior, przepiórcze jajeczka, sześć lub siedem rodzajów sera feta za niespotykaną w Nowym Jorku cenę, kiszoną marchewkę, mrożone czerwone i czarne porzeczki i wiele innych przysmaków, nigdzie indziej niedostępnych. I właśnie jestem tam, proszę moim zardzewiałym dziś rosyjskim o кусочек румынской феты, wybieram suszone owoce i orzechy do mojej tradycyjnej świątecznej kutii. Włożyłam do koszyka uzbeckie rodzynki, izraelskie figi i… greckie orzechy. Pod znajomą angielską, aczkolwiek upiększoną nazwą, znajduje się dowód na to, że świat jednak wierzy w przemożną grecką siłę i grecki wpływ na jego losy – Грецкие орехи. Nie włoskie. GRECKIE.

Грецкие орехи

9 myśli w temacie “Poniedziałek, 21 grudnia 2020

  1. Przemiłe wspomnienie…
    Niby zwyczajne, proste, takie nienachalne. A niesie w sobie szmat czasu i przestrzeni. Bogactwo doświadczeń, wiedzę i osobowość. Tylko słowa-klucze sygnalizują sytuację czy warunki; a Święta Bożego Narodzenia spinają je klamrą…
    Z przyjemnością przeczytałam tekst, udało się uciec od smutnej rzeczywistości.
    P. S. Potem tylko gdzieś z tyłu głowy powróciła narracja Morawieckiego..jacy to my dzielni i wspaniali.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Piękna historia, choć nieco smutna. Co do naszego polocentryzmu zgadzam się w 100%. My- naród wybrany, a wokół tylko same kacapy, pepiki, makaroniarze, żabojady, ciapaci i – jakże by inaczej- mośki. Trochę to irytujące i wstydliwe.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Iza-dziekuję za przywołanie Twojej greckiej historii utrzymania bożonarodzeniowych tradycji. Ja w tym roku wszystkiego nie przygotuję,choć orzechy włoskie kupiłam. Dopadł mnie skunks covid i zamknął z Bogusiem w domu. Żeby mi się chcialo-tak bardzo jak mi się nie chce- to zrobię namiastkę mojego menu. Brak smaku i węchu ograniczył łaknienie i pozbawił woli oblizywania palców, mieszając świąteczne potrawy. Pozdrawiam serdecznie i życzę zdrowych Świąt Bożego Narodzenia z międzynarodowym menu.

    Polubione przez 1 osoba

  4. Bardzo ładne, pięknie napisane wspomnienie! Otworzyłaś sezam naszych wspomnień ze świąt Bożego Narodzenia w Algierii.. Cztery tam spedziliśmy, inne, ale przecież też polskie..:-) Przepadam za ośmiornicami i w Grecji jadam je jak najczęściej, Tylko jakie placki na oleju w Wigilię??

    Polubione przez 1 osoba

    1. Według domowej tradycji u mnie na Wigilię nie je się chleba, tylko placki drożdżowe, smażone na oleju.
      Takie jak tu:
      Składniki:
      pełna szklanka mleka – 250 ml
      niecałe 1,5 szklanki mąki pszennej – 210 g
      25 gramów świeżych drożdży lub 7 g suchych
      łyżka cukru
      2 żółtka dużych jajek
      szczypta soli

      I smażymy na oleju… Z karpiem, którego nie jadłam 10 lat, czyli od ostatniej Wigilii w Polsce – małmazja.

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.