Zawsze pamięć, ciągle pamięć. „Powrót” Adama Zagajewskiego

Poeta wraca do Miasta. Po miesiącach, latach. Po wieczności. Gazety rozpisują się o powrocie, ukazują się wywiady i wszyscy zadają pytanie „dlaczego?” Potem ukazuje się tomik poezji, nazwany skromnie i cicho: ‚Powrót”.

Dwadzieścia dziewięć nowych wierszy Adama Zagajewskiego, wydanych przez „Znak”, to osobisty dziennik poety, to wyznanie uczynione przede wszystkim samemu sobie. Także zapis intymnej rozmowy z własnym „ja”, rozmowy pełnej gorzkich żalów, wspomnień i rozważań i postawionych pytań, na które niekoniecznie trzeba dawać odpowiedź.

Można się zastanawiać, kto jest bardziej bohaterem „Powrotu” – ów powracający z dalekiej drogi (którego nie możemy nie utożsamić z Zagajewskim), czy też miejsce, do którego wraca; miasto, nazwane na wiele sposobów, określone wieloma nazwami, wśród których najważniejszą wydaje się zaimek dzierżawczy „moje”:

Późnym wieczorem wjeżdżasz do swojego miasta,

Do ciemnych ulic, do czarnych plam okien (…) 

I jeszcze nie wiesz, czy to miasto jest nieobecne, 

Czy to jest miasto plagi albo miasto cieni (…)

                                                          („Wieczorem”)

Miasto to oczywiście Kraków; nie mityczne niedookreślone miejsce, w którego opisie symbole zastępują konkretne miejsca. Kraków, rozpoznany choć nigdy nie nazwany, jest w Powrocie oddychającym konkretem, miejscem pięknym i brzydkim zarazem, niechętnym i czułym, znanym i obcym jednocześnie. Jest jak człowiek, którego się opuściło i do którego się wraca, nie wiedząc jak też ono – porzucone – rozumie owo niegdysiejsze odejście. Czy jako młodzieńczą niefrasobliwą zdradę, czy jako konieczność nieuchronnego losu, czy jako wyprawę po doświadczenie, na którą wyruszało się z radością, a z której wraca się ze smutkiem. Na ile miasto które kocham podejrzliwą miłością/ i któremu nic nie mogę ofiarować zrozumie, że „powrót” jest następstwem „odjazdu”, że najpierw trzeba zdobyć się na trudny gest pożegnania, wyruszyć w poszukiwaniu siebie, by móc wrócić i próbować zrozumieć, ile się zyskało, ile się straciło. 

Czytelnik Powrotu wędruje razem z bohaterem przez Karmelicką, gdzie (…) niebieski tramwaj, słońce (…), przez Urzędniczą [(…) cicha ulica, ulica milczenia (…) ulica-myślnik, ulica mysia,] przez Piłsudskiego wreszcie [Jedna z tych ulic, które zmieniają nazwy/ posłuszne kaprysom dyktatorów]. Wszystko jest znajome, budzi dreszcz przypomnienia, wzruszenie. Ulice zostały, są prawie takie same, może drzewa zestarzały się nieco i nie ma już ludzi spotykanych dawniej: urzędników w szarych ubraniach, ubranego na czarno Tadeusza Kantora i niemego marszu bezsilnych żałobników – kolegów zamordowanego studenta.

Poeta obserwuje (podgląda?) znane sobie miejsca; gdzieś po drodze napotyka na pijaków o sinych twarzach, wstępuje do antykwariatów, gdzie zebrały się zapomniane książki, zahacza o Kazimierz, rozpoznaje smukły miłorząb u progu ogrodu botanicznego (miłorząb jest, rośnie, istnieje – w tym samym znanym miejscu, gramatyka czasu przeszłego nie ima się drzew). Odnajduje dawne sprawy ważne, te które go kształtowały i te, które po tylu latach stanowią tylko anegdotę. A przecież tej mozaice krakowskich detali, spacerom, odwiedzinom towarzyszy element nowy: pamięć miejsc obcych. Kraków już nie jest „miejscem jedynym”. Trawa i glina, domy i kościoły, kolor nieba, dachów stały się porównywalne z innymi miejscami na świecie. Mogą w czułej pamięci pozostawać jako jedyne i niepowtarzalne, ale prawda jest okrutna: wędrowiec, podróżny nie potrafi i nie może zachować niewinnej pamięci o najdroższym nawet miejscu. Wraz z podróżą przychodzi skażenie. Pamięć wzbogaca się o nowe elementy, ale też traci swą dziewiczość, rezygnuje z wyłączności, którą dawała jednemu tylko miejscu. Pamięć dokonując porównań dokonuje zdrady. 

Kiedy w wierszach tomu Powrót pojawia cień francuskich katedr, greckich drzew oliwnych, ośnieżonych Alp i chybotliwych skrzydeł samolotu nad Seattle wiemy, że chodzi o ustępstwo na rzecz samego siebie, o próbę wytłumaczenia się: „oto wzbogaciłem się, wiem, widziałem, czułem o tyle więcej.” Ale odpowiedź na pytanie: czy warto było czekać w konsulatach (…) czy warto było odjechać i wrócić, czy warto brzmi: tak nie tak nie – /nic nie skreślić. A zatem, odpowiedzi jednoznacznej nie ma i nie będzie. Żaden bilans nie jest możliwy, jakakolwiek próba zsumowania nie ma żadnego sensu. Jest tylko jedna niezaprzeczalna konkluzja; ta, która mówi o poezji: 

Poezja jest poszukiwaniem blasku.

Poezja jest królewską drogą, 

Która prowadzi nas najdalej (…)

Może zatem trzeba dać się prowadzić jak najdalej. Dla poezji.

                                                            *

Czytam wiersze z tomu Powrót po wielokroć. Najwięcej czasu poświęcam im w pociągu linii E wiozącym mnie co dzień z Queens na Manhattan. Jeśli nie ma tłoku i mam siedzące miejsce, wyjmuję ołówek i robię na marginesach notatki. Podkreślam bolące mnie fragmenty: o młodości, która nie chciała na mnie czekać i zgasła, o tym, że jesteśmy niemal zawsze w obcym mieście. Wczytuję się w psalmy pochwalne Zagajewskiego, ozdobione koronką detalu, kolorem, szczegółem architektonicznym. Napawam się balansem opisu materii i odczucia. Czasem tracę oddech, nie mogę nadążyć za rytmem wiersza (tym samym, który zachwycił mnie wiele lat temu w Jechać do Lwowa), za nagłymi zmianami głosu – od silnego tonu prawdy niezaprzeczalnej do cichego wstydliwego wyznania. Czuję radość czytając frazy takie jak Ale po południu miasto spało/ z otwartymi ustami, jak dziecko w wózku albo dominikanie i norbertanki wymieniają telegramy.Bawi mnie ironia na temat dam które trochę mdlały.

Czasami czuję się zawstydzona, bo myślę, że wkraczam w rejony zbyt intymne, osobiste.

Poznaję dziewczynę, której sukienka otwierała się jak okładki neoplatońskiego traktatu i młodzieńca w za długim płaszczu wojskowym. Wkraczam przez bramę owych dwudziestu dziewięciu wierszy w cudzą pamięć, w cudze życie. Zarazem czuję się tych wierszy uzurpatorską współwłaścicielką; nie zamierzam ich nikomu oddawać, nie chcę się nimi z nikim dzielić. 

Wracam tym samym pociągiem, w nie wiem już którym mieście mojego życia. I mojego także czoła dotknęła ręka władcy zegarów i cieni. Zazdroszczę Zagajewskiemu jego Powrotu. 

Zagajewski, Adam. Powrót. Kraków: Znak, 2003.

3 myśli w temacie “Zawsze pamięć, ciągle pamięć. „Powrót” Adama Zagajewskiego

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.