1 października 2023

Parada Pułaskiego

Marsz Miliona Serc, zapowiadany od miesięcy przez Donalda Tuska i opozycję demokratyczną, dziś pięknie ziścił się w Warszawie. My, Jacek Duda i ja, odwieczni organizatorzy wszelkich opozycyjnych wydarzeń nowojorskich, stanęliśmy przed pytaniem, jak logistycznie rozwiązać sprawę naszego odpowiednika warszawskiego marszu.

Od ośmiu lat organizujemy wydarzenia symetryczne do tych, które organizuje w Polsce opozycja demokratyczna. Jeśli tylko ludzie wychodzą na ulicę i zbierają się w jakimś miejscu, by zaprotestować przeciwko pisowskiemu nierządowi, my także czujemy się w obowiązku zwołać zwolenników demokracji i spotkać się – najczęściej pod Konsulatem RP przy Madison Ave. Nie wiem, ile takich spotkań zorganizowaliśmy przez osiem lat, ale było ich sporo. Zaraz po powstaniu KOD-u, w pierwszej, bardzo intensywnej fazie protestów będących odpowiedzią na równie intensywne demolowanie Polski, spotykaliśmy się w miarę często. Potem, kiedy emocje nieco opadły, a my – co tu dużo mówić – przyzwyczailiśmy się do przejeżdżającej po nas jak ruski czołg pisowskiej władzy, nasze spotkania zwolniły, choć wciąż pamiętaliśmy o obowiązku reagowania na wydarzenia w Polsce. W jakimś momencie postanowiliśmy – z oczywistych względów – nie utożsamiać się z KOD-em i zdecydowaliśmy się na zmianę nazwy. Jacek wymyślił niezwykle trafny zamiennik – Obywatelski NYC.

I cóż ma na celu nasza organizacja? Przyłączyć się może do nas każdy, komu tu, w Nowym Jorku, leży na sercu dobro Polski. Nie, nie chodzi wyłącznie o zbieranie się na ulicy i wykrzyczenie kilku haseł. Chodzi także o to, żeby zmieniać nasz obraz, obraz Polonii, w oczach polskiego społeczeństwa, które z jakiegoś dziwnego powodu oskarża nas o to, że w Polsce rządzi PiS. Chodzi również o to, żeby przekonywać nieprzekonanych do korzystania z prawa, które daje nam Art. 62 Konstytucji RP, czyli z prawa do głosowania. Uważamy bowiem, że żadna odległość się nie liczy, że niezależnie od miejsca zamieszkania wciąż mamy prawo decydowania o kształcie naszej ojczyzny, prawo, które jest zarówno przywilejem, jak i obowiązkiem.

Kiedy w Polsce zbliżały się poprzednie wybory parlamentarne, a potem prezydenckie, ożywiliśmy znów naszą działalność. Znów odbyło się wiele spotkań pod konsulatem, którym towarzyszyły inne przedsięwzięcia, jak na przykład akcja rozdawania na Greenpoincie ulotek z instrukcją, jak zagłosować, bo wielu ludzi, zwłaszcza starszych, miało z tym problem. A potem znów emocje na chwilę opadły. Nastał covid, śmierć tańczyła wokół nas… Spotykaliśmy się w maskach i zachowywaliśmy odstępy.   

Pierwsza niedziela października to tradycyjnie dzień Parady Pułaskiego, największej demonstracji polskości w Stanach Zjednoczonych, celebracji, która niemal nieprzerwanie trwa od 86. lat.  Zainicjowana w 1937 roku przez prawnika Francisa Wazetera, syna Leona Wazetera, który zdaje się prowadził kilka polskich gazet i który także mieszkał wraz z rodziną niecałą milę od mojego domu, przetrwała w przedziwnym cepeliowsko-religijnym kształcie. Rządzona od lat przez komitet, który nie przyjmuje nowych członków bez osoby wprowadzającej, co zapewnia jej jednomyślność i stagnację, ma swój kalendarz celebracji, w którym jednym z najważniejszych punktów jest sashing, czyli wręczenie szarfy wybranemu przez tenże komitet marszałkowi parady. 

W tym roku parada przypadła 1 października, dokładnie w tym samym dniu, w którym Donald Tusk zwołał Marsz Miliona Serc. Szybko przedyskutowaliśmy sytuację. Wiedzieliśmy, że naszym obywatelskim obowiązkiem jest zorganizowanie podobnego wydarzenia tutaj, w Nowym Jorku. Takie wydarzenia zaplanowali też nasi przyjaciele w Chicago, w LA, na Florydzie i w wielu innych miejscach. Wiedzieliśmy także, że w samym marszu nie moglibyśmy pójść, bo w tym celu trzeba złożyć specjalne podanie, które zapewne i tak zostałoby negatywnie rozpatrzone ze względu na wywrotowy charakter naszej organizacji. Zdecydowaliśmy więc, że starym zwyczajem zbierzemy się pod konsulatem, a potem przejdziemy do 42 ulicy i staniemy z naszymi transparentami naprzeciwko głównej trybuny, mieszczącej się na schodach biblioteki nowojorskiej. Na kilka dni przed samą paradą dowiedzieliśmy się, że zaszczyci ją swoją obecnością Andrzej Duda. Nie zdziwiło nas to, bo jednodniowe wycieczki Dudy i wożenie się po świecie na koszt podatnika nie są niczym nowym. Na trzy dni przed poprzednimi wyborami prezydenckimi w Polsce w 2020 Duda przyleciał sobie do Waszyngtonu, żeby spotkać się z Trumpem, przyklęknąć przed pomnikiem Kościuszki (generał zapewne przewrócił się grobie), a nade wszystko, żeby pomachać konserwatywnej Polonii przez okno czarnej limuzyny i zapewnić sobie trochę głosów.  Nie ma wątpliwości, że i dzisiejsza wizyta, kompletnie ni priczom, miała tylko jeden cel – pomachanie Polonii z wyżyn trybuny i zapewnienie PiS-owi poparcia w wyborach 15 października. 

Nasze spotkanie ogłosiliśmy gdzie się dało, wciąż w niewielu miejscach, bo resztki mediów polonijnych, które ostały się w Nowym Jorku z zapałem popierają konserwatystów i skwapliwie współpracują z tymi organizacjami polonijnymi, które miziają się z PiSem. Pozostają nam więc social media, ale one w tym wypadku spełniły swoją rolę. Przez cały tydzień, jaki minął od ogłoszenia, dostaliśmy dziesiątki głosów poparcia i deklaracje przybycia, 

Kiedy dotarłam pod konsulat zobaczyłam, że jest obstawiony policją. Już przed dwunastą czekała tam spora grupa ludzi i wciąż pojawiali się nowi. Okazało się też, że na brzegu chodnika wyznaczono nam wąską przestrzeń ograniczoną barierkami. Tam mieliśmy się ustawić, bo, według panów policjantów, chciano nam w ten sposób zapewnić bezpieczeństwo. Dodatkowo, policjanci ustawili się przed drzwiami konsulatu, chcąc – zapewne w porozumieniu konsulem – zabezpieczyć je przed zostawieniem przez nas ulotek i transparentów. Prawdę mówiąc, nie wyobrażałam sobie, że mamy wejść do tej pewnego rodzaju klatki, stanęliśmy więc na jej końcu, formując grupę w niejakim oddaleniu od konsulatu. Chwilę potem dotarł do nas Jacek Duda, który miał trudności w dojechaniem z Queens. Przytargał przepiękny, własnoręcznie przez siebie zrobiony transparent – z jednej strony widniał na nim napis KONSTYTUCJA, z drugiej – nasze logo i napis – Milion Serc. Poza tym przywiózł też rolkę serduszek. Moje – przywiezione z Gdańska – już się kończyły, a każdy chciał sobie takie nakleić. Do tego doszły małe plakaciki – Bye, bye PiS, Szczęśliwej Polski już czas, Czekam na wiatr, co rozgoni ciemne skłębione zasłony… i tak dalej i tak dalej. Były też i inne napisy – Kocham Tuska, PiS off my womb, Polska to nie PiS, czy Chcę kiedyś wrócić do wolnej Polski. Nie zabrakło Ośmiu Gwiazdek. 

Tam, pod konsulatem, powiedzieliśmy sobie kilka rzeczy: że w Polsce trwa dewastacja systemu sądowniczego, że edukacja cofa się o dziesięciolecia, że pisowska kasta spasła się na rodzinnych koneksjach. I że w zasadzie – czego by się nie dotknąć – jest w rozsypce: szpitale nie leczą, rzeki są zatrute, gazety nie popierające PiS – zagrożone, lasy wycięte, a demokracja powoli zanika. Mówiliśmy też o Kościele, który przestał być organizacją ludzi wierzących, a stał się siedliskiem kłamstwa i rozpusty. Padły gorzkie i jakże prawdziwe słowa. A potem jeszcze poprosił o głos Brendan Fay, działacz nowojorskiego ruchu LGBTQ+, który przypomniał krótko swoją historię o tym, jak to jego i jego partnera ślubne zdjęcie zostało wykorzystane przez nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego do nienawistnej propagandy. Brendan mocno powiedział o nietolerancji i wrogości szerzących się w Polsce i dostał wielkie oklaski.

A potem zostawiliśmy panów policjantów i swoją własną niewielką paradą przemieściliśmy się na róg 41 Ulicy i Piątej Avenue. Tam postanowiliśmy pokazać swoje własne hasła i poczekać na początek pochodu. 

Czekaliśmy długo, bo ktoś na trybunie naprzeciwko zasłabł – wezwano ambulans, chorego człowieka wniesiono do środka, zapewne go tam cucono i dopiero po dłuższej chwili karetka odjechała i parada mogła ruszyć. Tak jak przewidywaliśmy – w tradycyjnym odtańczeniu poloneza wzięli udział i Duda i Gliński. Tak, krzyczeliśmy. Tak, buczeliśmy. Tak, zagłuszaliśmy przemówienie Dudy. Tak, ktoś w pewnym momencie zainicjował okrzyk „J**** PiS”, który rozległ się głośno i wyraźnie.

I tu nie mogę powstrzymać się od refleksji… Są takie słowa w polszczyźnie, których samo brzmienie jest nieprzyjemne, by nie rzec odpychające, pomijając ich znaczenie. Słówko na „j” zawsze było dla mnie takim właśnie określeniem, którego użycia unikałam zawsze jak ognia. Nie, nie chcę tu powiedzieć, że wystrzegam się wulgaryzmów. Och, zdarza mi się przekląć nie raz. Ale to właśnie słowo napawało mnie zawsze obrzydzeniem. Może dlatego, że istnieje ono w języku rosyjskim i kojarzy mi się z sowieckimi sołdatami, rabunkiem, gwałtem i zniszczeniem? Może dlatego, że promotor mojej pracy magisterskiej, Profesor Jan Miodek, także nie lubi tego słowa? Nie mówię zatem „jebać”, nie używam przymiotnika „zajebisty”. Po prostu – nie. Ale… Ośmiogwiazdkowa fraza utorowała sobie miejsce w polskiej stylistyce, stała się znakiem czasów i zawołaniem ludzi, których łączy sprzeciw przeciwko PiS-owi. Czy można zatem oponować? Cóż, vox populi, vox dei i trudno się temu sprzeciwiać. Nieeleganckie, nieładne sformułowanie jest kwintesencją uczuć rozgniewanego do granic możliwości narodu i nic na to nie poradzimy. 

Nasza obecność wśród tłumu, nasze hasła budziły różne reakcje – od pokrzykiwań jakiejś zacietrzewionej pani, że „sobie nie życzy” i ironicznych spojrzeń mojej byłej czytelniczki z Greenpointu, która bardzo starała się mnie zasłaniać czymś, co według niej było polską flagą, po uśmiechy, potakiwania, prośby o serduszka i głosy poparcia. Już kiedy się rozchodziliśmy doszła do mnie informacja o tym, że jakaś rozjuszona zwolenniczka PiS uderzyła w twarz młodą dziewczynę, która obok niej stała. Jakie to przykre, jakie podłe! Mam nadzieję, że matka dziewczyny opublikuje zdjęcie tej pani. Inna żałosna sytuacja, o której muszę napisać to obecność dwóch starszych pań, które ni stąd, ni zowąd pojawiły się koło naszej grupy i podniosły w górę swoje transparenty. Na obu wypisane były treści antysemickie i antyukraińskie, związane z Dudą, ale nie będę ich cytować. Nie jestem też pewna, czy ta ich obecność nie miała jakiegoś prowokacyjnego charakteru, bo kiedy zwróciłam im uwagę, że te napisy są haniebne, szybko zwinęły swoje transparenty i uciekły. Tak czy inaczej, jeśli ktoś je zauważył, niech nie łączy ich z naszą grupą. 

Za 14 dni wybory. W USA wciąż jest mało zarejestrowanych. Dziwi mnie to rozdwojenie – w paradzie wzięło udział z całą pewnością kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, demonstrując swoje przywiązanie, ba, miłość do ojczyzny. Skąd zatem na niechęć do wzięcia udziału w wyborach? Mam tylko nadzieję, że rejestracja, do końca której mamy jeszcze ponad tydzień, nabierze tempa. 

Nie wiem, kto wygra wybory. Wiem, czego bym chciała, czego chcę – chcę Polski wolnej i demokratycznej, Polski, którą nie rządzi kłamliwa zgraja, Polski, w której nikt nikogo nie straszy i nie przekupuje, w której rodziny nie są tak strasznie podzielone i w której wszyscy się uśmiechają. Ta Polska jest możliwa tylko wtedy, gdy PiS odejdzie od władzy.

Szczęśliwej Polski już czas.

W tym roku marszałkiem (Grand Marshal) został mianowany niejaki Franciszek R. Piwowarczyk, zastępca szefa policji w Irvington, w New Jersey, a także dyrektor Rady Dyrektorów Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej. Niestety, na niecałe półtora miesiąca przed Paradą Pułaskiego, 18 sierpnia, Piwowarczyk został zauważony przez policję, kiedy to o drugiej nad ranem pomykał przez bezdroża New Jersey w czarnym fordzie pozbawionym jednego z przednich kół. Zaniepokojona sypiącymi się spod samochodu iskrami policja, szybciutko odkryła, że Piwowarczyk był zalany w pestkę. A ponieważ z dokumentów publicznych wynika, że zajmował on stanowisko zastępcy szefa spraw wewnętrznych i był zaangażowany w rozpatrywanie różnych skarg dotyczących niewłaściwego postępowania policji wobec mieszkańców Irvington, natychmiast zawieszono go w obowiązkach służbowych. Żadna z tych informacji nie przedostała się do polonijnych mediów i zdjęcie Piwowarczyka w szarfie w dalszym ciągu widnieje na, nawiasem mówiąc, bardzo amatorskiej stronie pulaskiparade.org. On sam miał się pojawić w sądzie w Clifton cztery dni temu i zapewne to jest przyczyną jego nieobecności na paradzie i tego, że szarfę założono ministrowi Glińskiemu, który pofatygował się z Warszawy do Nowego Jorku jako ratunek dla zagrożonej imprezy. Niestety, nie udało mi się dowiedzieć, jaki był wynik owego pojawienia się i jaka jest w tej chwili sytuacja Piwowarczyka. . Mogę sobie tylko wyobrazić, jaka panika ogarnęła komitet parady Pułaskiego, kiedy jej przyszły Wielki Marszałek okazał się zaaresztowanym, zdegradowanym i skompromitowanym pijusem.

2 thoughts on “1 października 2023

  1. Bardzo dziękuję organizatorom. Podziwiam nieustający zapał! Atmosfera była wspaniała, szkoda tylko, że znowu musimy bronić praworządności.
    Może 8 gwiazdek nie jest eleganckie, ale bądźmy szczerzy, czy ten rząd nas elegancko traktuje? Z przyjemnością 15 października zaprotestuję elegancko, dopóki emigracji i kto wie, kobiet nie pozbawiono praw wyborczych. Do zobaczenia!

    Liked by 1 person

Leave a comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.