“A przecież niewątpliwie żyję…”
Nie liczę dni, nie jestem do końca pewna, czy upłynęło dopiero sześć czy już siedem tygodni od chwili naszego zamknięcia. Pisząc „nasze zamknięcie” przez chwilę miałam na myśli moje miejsce pracy, bibliotekę, z której wyszłam w piątek po południu, 13 marca. Sądziłam, że po weekendzie, w poniedziałek, wsiądę rano do podmiejskiej kolejki, a potem do metra, by o 8:45 pokonać ostatnie stopnie pięciu pięter, na które muszę się wspiąć każdego dnia w drodze na Brooklyn, uśmiechnę się do witającego mnie w drzwiach oficera Vasqueza i kwadrans potem usiądę przy biurku w History and Religion Division, czekając na czytelników. Ale pomyślałam, że przecież to „nasze” rozciąga się na osiem milionów ludzi mieszkających w moim mieście i na 328 milionów mieszkańców tego kraju, i na miliony mieszkańców innych krajów. Pozamykaliśmy muzea, galerie, biblioteki. Czynne są szpitale. I kostnice.