3. rocznica śmierci Janusza Głowackiego

Siedemnaście lat temu, pod koniec grudnia 2003 roku zadzwoniła do mnie Julita Karkowska, naczelna „Przeglądu Polskiego”, dla którego wówczas pracowałam i podała mi numer telefonu. „Zadzwonisz do Janusza Głowackiego i umówisz się z nim na wywiad – powiedziała. On już o tym wie.” Kiedy po paru dniach znów rozmawiałyśmy, oznajmiłam: „Jesteśmy umówieni. Pan Głowacki chciał, żebym przyszła w poniedziałek, ale powiedziałam, że nie mogę, bo mam próbę chóru”. Oczyma wyobraźni zobaczyłam, jak Julita wznosi oczy ku niebu: „No wiesz? Odmówiłaś Głowackiemu?” 

Cóż, chyba niezupełnie odmówiłam, bo w końcu umówiliśmy się na któryś piątek. Kiedy zjawiłam się w nowojorskim mieszkaniu Janusza, bo zaraz zaproponował mówienie sobie po imieniu, gospodarz usadowił mnie w fotelu i zapytał, co to za sprawa z tym chórem. „Ach, to taka grupa, chór kameralny, śpiewamy muzykę barokową” – odpowiedziałam i zaraz przestałam się bać tej rozmowy i samego Głowackiego – słynnego pisarza.

Czytaj dalej „3. rocznica śmierci Janusza Głowackiego”

Niedziela, 16 sierpnia 2020

Ach, kochany Augustynie…

Kiedy wczoraj wyszłam z domu, uderzyła mnie fala gorącego powietrza. W kapeluszu i masce, w ciemnych okularach, biegłam do samochodu i już w drodze zdejmowałam po kolei kapelusz i maskę. Okulary zostawiłam. Wyraźnego słońca nie było, ale po mojej stronie horyzontu światło raziło jaskrawym blaskiem. Jechałam do pobliskiego miasteczka, na południe, naprzeciw ciemniejącemu, wezbranemu ciężkim grafitem niebu. Kiedy po załatwieniu spraw w urzędzie wyszłam na zewnątrz, rozproszone chmury odsłaniały lazurowe niebo, a jezdnia parowała niedawną ulewą. Letnia burza przeszła nad miastem w dziesięć minut, zrosiła rabaty w parkach, zmyła nieco kurzu. Przyroda odetchnęła, ale tylko na chwilę, zaraz potem wyschły kałuże, rośliny znów omdlewały z upału, a ludzie na ulicy przyspieszali kroku. A jednak wyglądało na to, że upał się łamie, że sam jest już sobą znużony, wyczerpany…. Tak jakby nastąpiło jakieś apogeum letniej rozpusty kolorów, skwaru, gorących nocy i tropikalnych ulew o świcie i każda następna próba zapanowania nad miastem była już tylko ospałym, neurotycznym gestem.  „To chyba już ostatnia noc, kiedy będziemy potrzebować klimatyzatora” – powiedział wieczorem mąż. Wzruszyłam ramionami i wyciskając z wody kostium kąpielowy, bo właśnie wróciłam z pływania, skwitowałam jego przepowiednię: „Uwierzę, gdy zobaczę”. 

Czytaj dalej „Niedziela, 16 sierpnia 2020”

Sobota, 8 sierpnia 2020

Nie ma światła…

Kiedy o piątej rano w czwartek otwieram oczy, podnoszę się na łokciu i z nadzieją przesuwam włącznik nocnej lampki. Niestety, dalej ciemno. Wzdycham, patrzę przez chwilę na budzące się wczesnym świtem cienie drzew na przeciwległej ścianie sypialni i zasypiam jeszcze na godzinę. Właśnie rozpoczyna się trzeci dzień bez prądu, bez Internetu, bez ciepłej wody. We wtorek dotarł do nas huragan Isaias. Kiedy zaglądam do Wikipedii, Isaias ma już swój opis: „Wywołał tornado najsilniejsze od 2005 r. i przekształcił się w cyklon tropikalny. Isaias dotknął części wschodnich Karaibów i Bahamów, zanim spowodował znaczne szkody na większości wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych”. Ten opis, niestety, nie podaje szczegółowych danych na temat zniszczeń, nie cytuje liczb, nie wspomina o mężczyźnie z nowojorskiej dzielnicy Queens, który z jakiejś przyczyny wsiadł do samochodu, na który po chwili upadł odłamany konar. Nie opisuje wszystkich zwalonych drzew ani latarni, zgniecionych i poczerniałych od deszczu kwiatów. A już na pewno notka ta nie mówi o tym, że od wtorkowego popołudnia tkwię w dziwacznym popłochu, ciągle mając nadzieję, że za chwilę błyśnie światło, że zaszumi klimatyzator, że z radia popłynie głos Marii Callas, urwany na słowach Spargi in terra quella pace…

Czytaj dalej „Sobota, 8 sierpnia 2020”

Piątek, 31 lipca 2020

Długi tydzień

Zanim usiądę do pisania tego felietonu, odkrywam, że skończyła się kawa, a tę od czasu lockdown piję codziennie w południe. Kawę kupujemy w Antoinette Patisserie, małej kawiarni na obrzeżu pobliskiej wioski. Mogłabym wsiąść w samochód i w pięć minut dotrzeć na miejsce, ale pomna na to, że od kiedy z powodu upałów skończyły się nasze wędrówki po górach ruszam się znaczniej mniej, postanawiam się przejść. Życie układa mi się ostatnio tak, że większość dnia spędzam przy biurku. W domu, ale przy biurku. Wiele z moich zawodowych zajęć już dawno przeniosło się do Internetu i wciąż dochodzi ich coraz więcej. Niby nie tracę czasu na dojazdy, a jednak cały boży dzień tkwię ze wzrokiem utkwionym w ekran komputera: tłumaczę różnego rodzaju broszurki i ogłoszenia, prowadzę reference chat, organizuję spotkania klubu książki, próbuję ułożyć listę dziesięciu tytułów w literaturze polskiej, które mówiłyby o rasizmie, etc., etc.

Czytaj dalej „Piątek, 31 lipca 2020”

Piątek, 24 lipca 2020 roku

Loteria

Rok po przyjeździe do Kanady zaczęłam uczęszczać do szkoły języka angielskiego i po pierwszym, trzymiesięcznym kursie trzeciego stopnia, zaproponowano mi przejście do najwyższej klasy, piątej. Ucieszyło mnie to i jednocześnie przestraszyło. Nie byłam pewna, czy sobie poradzę. Ale radziłam sobie nieźle, podobał mi się powrót do szkoły, lubiłam się uczyć. Dlatego zaraz po końcowych testach zarejestrowałam się na kurs przygotowujący do zdania eksternistycznego egzaminu maturalnego i zaczęłam zgłębiać literaturę amerykańską w oryginale – przy czym „zgłębiać” jest tu pewnym nadużyciem, bo przecież dopiero przyzwyczajałam się do nowego języka. Z głową wypełnioną regułami gramatycznymi i z bardzo niewielkim jeszcze zasobem słów próbowałam czytać, wiedząc, że to pierwszy etap w procesie osiągnięcia płynności języka w pisaniu i mówieniu. Program zawierał klasyczne pozycje literatury anglojęzycznej, z których wiele znałam ze studiów w Polsce. Wtedy również dowiedziałam się, że nie ma egzaminu kończącego szkołę średnią w Kanadzie, podczas którego uczniowie nie dostaliby fragmentu prozy Josepha Conrada do analizy.

Czytaj dalej „Piątek, 24 lipca 2020 roku”

Nie stawiam światu horoskopów

Z Julią Hartwig rozmawia Izabela J. Bożek (Barry)

Trzy dni temu minęła trzecia rocznica śmierci Julii Hartwig, jednej z najwybitniejszych polskich poetek. Postanowiłam przypomnieć mój wywiad z Panią Julią, przeprowadzony częściowo w Bostonie, gdzie spotkałyśmy się na dziedzińcu Isabella Stewart Gardner Museum, a częściowo na Brooklynie, we wrześniu 2006 roku. Do Bostonu wysłała mnie wtedy Julita Karkowska, naczelna Przeglądu Polskiego, dodatku kulturalnego do Nowego Dziennika. Moim zadaniem było nie tylko przeprowadzić wywiad z poetką, ale także wziąć udział w spotkaniu zorganizowanym przez Prof. Irenę Grudzińską Gross, a odbywającym się w ramach cyklu „Poetry and Nations” na Uniwersytecie Bostońskim. Nagranie tego spotkania można znaleźć tutaj.


Spotykamy się w południe, przed wydarzeniem, w którym weźmie Pani udział dzisiejszego wieczoru w Institute for Human Sciences w Uniwersytecie Bostońskim, zatytułowanym „Poetry and Nations”. Proszę powiedzieć, jakiego rodzaju będzie to spotkanie?

To będzie spotkanie poetyckie, a właściwie rozmowa ze znakomitą poetką amerykańską, Rosanną Warren, której nazwisko jest mi zresztą dobrze znane skądinąd, bo jej ojciec był świetnym krytykiem literackim. Wieczór ma charakter czysto poetycki. W programie przewidziane jest czytanie przez nas wierszy, pani Rosanna i ja będziemy czytały najpierw nasze wiersze, moje w przekładzie państwa Carpenterów. Następnie zaplanowana jest rozmowa między nami i, oczywiście, z udziałem publiczności. Jest to wieczór zaplanowany przede wszystkim dla tych, których naprawdę interesuje poezja. Tytuł spotkania „Poeci i narody” wynika z tego, że będą rozmawiać ze sobą dwie poetki, przedstawicielki dwóch różnych narodów, obie bardzo blisko obcujące z poezją europejską.

Rosanna jest, podobnie jak ja, tłumaczką, tłumaczy z języka francuskiego. Kiedy przejrzałam bibliografię jej twórczości, zobaczyłam, że tak się pięknie złożyło, iż tłumaczyła ona tych samych poetów, których tłumaczyłam ja. To jest naprawdę niezwykły zbieg okoliczności. Istnieje zatem wiele punktów zbieżnych między nami: do tej pory się nie znałyśmy się i  jestem ogromnie ciekawa spotkania z nią. Rosanna to osoba bardzo uznana w świecie literackim, otrzymała wiele nagród literackich, jest członkiem Academy of American Poets i podobno jest też osobą nadzwyczaj sympatyczną…

Czytaj dalej „Nie stawiam światu horoskopów”

Piątek, 17 lipca 2020 roku

Życie. Miłość. Śmierć

Jest połowa lat siedemdziesiątych i wszystko wokół jest szare i smutne. Z budynków odpada tynk, a w jezdniach nikt nie łata dziur. Szarość jest narodowym kolorem Polski. Tramwaje wiozą rankiem smutnych, odzianych w szare kurtki i płaszcze ludzi, którzy po pracy tłoczą się w sklepach mięsnych, czekając na kawałek żylastego mięsa lub połówkę chudego, sinego kurczaka. Pod księgarniami ustawiają się kolejki po wiersze Franka O’Hary, w studyjnych kinach wyświetla się francuskie filmy Nowej Fali i polskie filmy moralnego niepokoju, które natychmiast lądują na półkach i nigdy nie wchodzą do szerokiego rozpowszechniania. Polska wygląda jakby przykryła ją niedobrana do barwnej sukienki podszewka – wypłowiała, znoszona, podziurawiona.

Czytaj dalej „Piątek, 17 lipca 2020 roku”

Piątek, 10 lipca 2020

Ostatni tydzień przed…

Sobota. Polska (choć już nie tak bardzo) dzielnica Greenpoint o siódmej rano robi wrażenie, jakby wcale nie spała poprzedniej nocy. Niedaleko skrzyżowania jej dwóch głównych ulic, Greenpoint Ave i Manhattan Ave, otwarte warzywniaki oferują świeże mleko i świeżo wyciśnięte soki.  Tu i ówdzie przemyka hipster z latte w ręku, mieszkańcy wyprowadzają na poranny spacer psy, ktoś spieszy do pracy. Otwierają się kawiarnie, a przed nimi momentalnie formują się kolejki.  Kiedy parkuję pod księgarnią, mój towarzysz już czeka. Zapominając, że dziś święto – Fourth of July – sprawdzam, o której muszę zapłacić za parking. Z samochodu wyciągam cały potrzebny do wypełnienia misji sprzęt – dwie rolki taśmy, dwie pary nożyczek i cały plik niebieskich plakacików, formatu zwykłej kartki, wczoraj wydrukowanych przez Jacka.

Pierwszy przyklejamy na latarni tuż przy kościele św. Antoniego z Padwy. Jakiś starszy pan mija nas wolno, przystaje, ogląda się. „Patrz – mówię do Rafała – zaraz wróci i zedrze”. Ale postanawiam wziąć byka za rogi, uśmiecham się do pana, który wciąż się nam przygląda i głośno wołam – dzień dobry! Mężczyzna wraca i mówi: „Moja żona głosuje na Trzaskowskiego”. Kamień spada mi z serca, nie musimy się niczego obawiać. „A pan?” – pytam. „E, nie, ja Słowak jestem. Ze Spiszu, ale już po słowackiej stronie” – odpowiada. Dopiero teraz zauważam miękki akcent południowych sąsiadów. „Wie pan, dam panu coś dla żony” – wracam do samochodu i wyjmuję duży lśniący plakat, który nie zmieściłby się na zwykłym słupie. „Proszę jej do dać i pozdrowić.” Pan Słowak wygląda na ucieszonego, bierze plakat i dziękuje. „Wszystkiego dobrego” – wołam jeszcze. 

Czytaj dalej „Piątek, 10 lipca 2020”

Piątek, 3 lipca 2020

Być obywatelem

Trzy i pół miesiąca bez porannego alarmu o szóstej, bez pospiesznego pakowania drugiego śniadania, biegu do pociągu, żeby zdążyć na 7:22, bez powrotów z pracy w zatłoczonym metrze i zasypiania późno, znacznie później niż się powinno, jeśli chciałoby się na drugi dzień być wyspanym i rześkim… Trzy i pół miesiąca wzmożonej ostrożności, unikania znajomych, wkładania masek na twarz przy zejściu po pocztę do lobby, dokładnego mycia wszystkich produktów przyniesionych ze sklepu… Trzy i pół miesiąca samotności, oddzielenia, niepokoju graniczącego z przerażeniem, troski o bliskich, słuchania trudnych relacji od tych, którzy w domach nie mogli pozostać… Trzy i pół miesiąca przebywania razem z najbliższą osobą 24/7, siadania razem do stołu, niespiesznych spacerów, wypadów w góry w najbardziej odosobnione miejsca, głośnego czytania, troszczenia się o siebie i lęku, gdy to drugie zakaszle, poskarży się na ból głowy…

Czytaj dalej „Piątek, 3 lipca 2020”

Piątek, 26 czerwca

Wstyd

Wieści o tej wizycie docierały do nas od kilku dni, przyjmowałam je z niedowierzaniem. Jak to? Kraj, który z powodu pandemii wprowadził ograniczenia dotyczące wjazdu cudzoziemców, zawiesił loty z 26 europejskich krajów, nagle przyjmie prezydenta obcego państwa wraz z ekipą ministrów, wiceministrów, sekretarzy stanu i towarzyszącym im tłumem dziennikarzy? Prezydent kraju, cztery dni przed wyborami, poświęci czas, który powinien przeznaczyć na ostatnie spotkania, zdecyduje się wyrwać z kalendarza co najmniej półtorej doby, by zobaczyć się z człowiekiem, który każe mu stać przy podpisywaniu dokumentów? Po co? W jakim celu? Nie, nie sądzę, żeby to było możliwe… A jednak. Wizyta została potwierdzona. Zastanawialiśmy się, jak w ogóle możliwy był taki pomysł i dlaczego Duda zgodził się na niezwykle ryzykowny dla niego manewr, mogący raczej mu zaszkodzić niż pomóc, wbrew opiniom polityków amerykańskich, że ta wizyta jest co najmniej niestosowna. Argumentem przeważającym była zapewne nadzieja, że uściśnięcie ręki Trumpowi zmobilizuje zapatrzoną w obu prezydentów konserwatywną Polonię. 

Czytaj dalej „Piątek, 26 czerwca”