Piątek, 24 lipca 2020 roku

Loteria

Rok po przyjeździe do Kanady zaczęłam uczęszczać do szkoły języka angielskiego i po pierwszym, trzymiesięcznym kursie trzeciego stopnia, zaproponowano mi przejście do najwyższej klasy, piątej. Ucieszyło mnie to i jednocześnie przestraszyło. Nie byłam pewna, czy sobie poradzę. Ale radziłam sobie nieźle, podobał mi się powrót do szkoły, lubiłam się uczyć. Dlatego zaraz po końcowych testach zarejestrowałam się na kurs przygotowujący do zdania eksternistycznego egzaminu maturalnego i zaczęłam zgłębiać literaturę amerykańską w oryginale – przy czym „zgłębiać” jest tu pewnym nadużyciem, bo przecież dopiero przyzwyczajałam się do nowego języka. Z głową wypełnioną regułami gramatycznymi i z bardzo niewielkim jeszcze zasobem słów próbowałam czytać, wiedząc, że to pierwszy etap w procesie osiągnięcia płynności języka w pisaniu i mówieniu. Program zawierał klasyczne pozycje literatury anglojęzycznej, z których wiele znałam ze studiów w Polsce. Wtedy również dowiedziałam się, że nie ma egzaminu kończącego szkołę średnią w Kanadzie, podczas którego uczniowie nie dostaliby fragmentu prozy Josepha Conrada do analizy.

Czytaj dalej „Piątek, 24 lipca 2020 roku”

Piątek, 17 lipca 2020 roku

Życie. Miłość. Śmierć

Jest połowa lat siedemdziesiątych i wszystko wokół jest szare i smutne. Z budynków odpada tynk, a w jezdniach nikt nie łata dziur. Szarość jest narodowym kolorem Polski. Tramwaje wiozą rankiem smutnych, odzianych w szare kurtki i płaszcze ludzi, którzy po pracy tłoczą się w sklepach mięsnych, czekając na kawałek żylastego mięsa lub połówkę chudego, sinego kurczaka. Pod księgarniami ustawiają się kolejki po wiersze Franka O’Hary, w studyjnych kinach wyświetla się francuskie filmy Nowej Fali i polskie filmy moralnego niepokoju, które natychmiast lądują na półkach i nigdy nie wchodzą do szerokiego rozpowszechniania. Polska wygląda jakby przykryła ją niedobrana do barwnej sukienki podszewka – wypłowiała, znoszona, podziurawiona.

Czytaj dalej „Piątek, 17 lipca 2020 roku”

Piątek, 10 lipca 2020

Ostatni tydzień przed…

Sobota. Polska (choć już nie tak bardzo) dzielnica Greenpoint o siódmej rano robi wrażenie, jakby wcale nie spała poprzedniej nocy. Niedaleko skrzyżowania jej dwóch głównych ulic, Greenpoint Ave i Manhattan Ave, otwarte warzywniaki oferują świeże mleko i świeżo wyciśnięte soki.  Tu i ówdzie przemyka hipster z latte w ręku, mieszkańcy wyprowadzają na poranny spacer psy, ktoś spieszy do pracy. Otwierają się kawiarnie, a przed nimi momentalnie formują się kolejki.  Kiedy parkuję pod księgarnią, mój towarzysz już czeka. Zapominając, że dziś święto – Fourth of July – sprawdzam, o której muszę zapłacić za parking. Z samochodu wyciągam cały potrzebny do wypełnienia misji sprzęt – dwie rolki taśmy, dwie pary nożyczek i cały plik niebieskich plakacików, formatu zwykłej kartki, wczoraj wydrukowanych przez Jacka.

Pierwszy przyklejamy na latarni tuż przy kościele św. Antoniego z Padwy. Jakiś starszy pan mija nas wolno, przystaje, ogląda się. „Patrz – mówię do Rafała – zaraz wróci i zedrze”. Ale postanawiam wziąć byka za rogi, uśmiecham się do pana, który wciąż się nam przygląda i głośno wołam – dzień dobry! Mężczyzna wraca i mówi: „Moja żona głosuje na Trzaskowskiego”. Kamień spada mi z serca, nie musimy się niczego obawiać. „A pan?” – pytam. „E, nie, ja Słowak jestem. Ze Spiszu, ale już po słowackiej stronie” – odpowiada. Dopiero teraz zauważam miękki akcent południowych sąsiadów. „Wie pan, dam panu coś dla żony” – wracam do samochodu i wyjmuję duży lśniący plakat, który nie zmieściłby się na zwykłym słupie. „Proszę jej do dać i pozdrowić.” Pan Słowak wygląda na ucieszonego, bierze plakat i dziękuje. „Wszystkiego dobrego” – wołam jeszcze. 

Czytaj dalej „Piątek, 10 lipca 2020”

Piątek, 3 lipca 2020

Być obywatelem

Trzy i pół miesiąca bez porannego alarmu o szóstej, bez pospiesznego pakowania drugiego śniadania, biegu do pociągu, żeby zdążyć na 7:22, bez powrotów z pracy w zatłoczonym metrze i zasypiania późno, znacznie później niż się powinno, jeśli chciałoby się na drugi dzień być wyspanym i rześkim… Trzy i pół miesiąca wzmożonej ostrożności, unikania znajomych, wkładania masek na twarz przy zejściu po pocztę do lobby, dokładnego mycia wszystkich produktów przyniesionych ze sklepu… Trzy i pół miesiąca samotności, oddzielenia, niepokoju graniczącego z przerażeniem, troski o bliskich, słuchania trudnych relacji od tych, którzy w domach nie mogli pozostać… Trzy i pół miesiąca przebywania razem z najbliższą osobą 24/7, siadania razem do stołu, niespiesznych spacerów, wypadów w góry w najbardziej odosobnione miejsca, głośnego czytania, troszczenia się o siebie i lęku, gdy to drugie zakaszle, poskarży się na ból głowy…

Czytaj dalej „Piątek, 3 lipca 2020”

Piątek, 26 czerwca

Wstyd

Wieści o tej wizycie docierały do nas od kilku dni, przyjmowałam je z niedowierzaniem. Jak to? Kraj, który z powodu pandemii wprowadził ograniczenia dotyczące wjazdu cudzoziemców, zawiesił loty z 26 europejskich krajów, nagle przyjmie prezydenta obcego państwa wraz z ekipą ministrów, wiceministrów, sekretarzy stanu i towarzyszącym im tłumem dziennikarzy? Prezydent kraju, cztery dni przed wyborami, poświęci czas, który powinien przeznaczyć na ostatnie spotkania, zdecyduje się wyrwać z kalendarza co najmniej półtorej doby, by zobaczyć się z człowiekiem, który każe mu stać przy podpisywaniu dokumentów? Po co? W jakim celu? Nie, nie sądzę, żeby to było możliwe… A jednak. Wizyta została potwierdzona. Zastanawialiśmy się, jak w ogóle możliwy był taki pomysł i dlaczego Duda zgodził się na niezwykle ryzykowny dla niego manewr, mogący raczej mu zaszkodzić niż pomóc, wbrew opiniom polityków amerykańskich, że ta wizyta jest co najmniej niestosowna. Argumentem przeważającym była zapewne nadzieja, że uściśnięcie ręki Trumpowi zmobilizuje zapatrzoną w obu prezydentów konserwatywną Polonię. 

Czytaj dalej „Piątek, 26 czerwca”

Sobota, 20 czerwca 2020

Prawa i ofiary

Jechałam rowerem po Łukasiewicza. Minęłam działki. Z daleka pomachałam Babci, schylonej nad grządką młodej kapusty i pojechałam dalej. Od mostu dzieliło mnie jeszcze jakieś sto metrów prostej drogi, więc zdecydowałam, że sprawdzę, czy nie zapomniałam poprzedniego dnia nabytej umiejętności – jazdy bez trzymanki. Puściłam kierownicę. Jak fajnie! Umiem! Ja, łamaga, zawsze ostatnia w biegu na 60, 100, czy ile tam metrów, przepuszczająca każdą, nawet najbardziej łagodnie podaną w grze w dwa ognie piłkę, wreszcie umiałam coś, na co nie odważyłaby się żadna inna dziewczynka. Przejechałam jeszcze kilkanaście metrów, odchylając się do tyłu dla zachowania równowagi i zbliżyłam się do mostu na ulicy Mickiewicza. Od strony komendy MO, szedł milicjant. Zobaczywszy mnie, przystanął i zgiętym palcem przywołał do siebie. Zsiadłam z roweru i ze spuszczoną głową podeszłam do niego. „Wiesz, że tak nie wolno jeździć?” – zapytał. „Tak” – cichutko wyszeptałam. „Gdzie mieszkasz? Tutaj? – kiwnął ręką w kierunku ulicy, z której wyjechałam. Spuściłam głowę jeszcze niżej, przekonana, że każe mi zaprowadzić się do mamy. „Masz pieniądze? – indagował dalej. „Nie? To pójdziesz do domu, weźmiesz 11 złotych i przyniesiesz na komendę” – rozkazał szorstko i odszedł. Odwrócił się jeszcze i dodał: „Ja tam zaraz przyjdę”. 

Czytaj dalej „Sobota, 20 czerwca 2020”

Piątek, 12 czerwca 2020

Wybór, moje prawo. Wybór, mój obowiązek

To wspomnienie towarzyszy mi od ponad trzydziestu lat, ale każdego roku w czerwcu staje się wyraźniejsze i bardziej kolorowe. I z roku na rok staje się dla mnie, dla moje własnego życiorysu, coraz bardziej ważne. Kiedy to piszę, nie muszę szukać słów ani przypominać sobie szczegółów. Czuję zapach świeżej kawy i kuszących ciastek, oblanych miodem, dochodzący z kawiarni Vouli, słyszę sączącą się ze sklepowych głośników muzykę, która jeszcze kilka miesięcy przedtem była mi zupełnie obca. Waga i znaczenie zdarzenia, które chcę opisać, miesza się z moją przenikliwą tęsknotą za tamtym czasem powitań i pożegnań, ale także czasem późnego dojrzewania.

Czytaj dalej „Piątek, 12 czerwca 2020”

Piątek, 5 czerwca

I can’t breathe

I powtórzę jeszcze raz, bo powtarzania tej historii nigdy dosyć. 46-letni George Floyd, zamieszkały w Minneapolis, 25 maja około ósmej wieczorem wszedł do sklepu, chcąc kupić paczkę papierosów. Płacąc, położył na kontuarze 20-dolarowy banknot. Sprzedawca popatrzył na banknot pod światło i stwierdził, że jest on podrobiony. Wkrótce potem pojawiła się policja i czterech policjantów postanowiło aresztować George’a, który nie stawiał oporu. Kiedy mimo to powalono go na ziemię, jeden z policjantów ukląkł na jego szyi (UKLĄKŁ NA JEGO SZYI) i pozostał w tej pozycji przez osiem minut i czterdzieści sześć sekund. George, zanim umarł, wzywał matkę i powtarzał zdanie, które słyszeliśmy wiele razy w ostatnich latach: I can’t breathe. Trzech pozostałych policjantów stało obok, nie reagując. W jakimś momencie George przestał błagać o zwolnienie ucisku, bo stracił przytomność. Po chwili przyjechał ambulans, ale policjant jeszcze przez minutę trzymał kolano na szyi George’a. Przypadkowy przechodzień nagrał całą scenę telefoniczną kamerą.

Czytaj dalej „Piątek, 5 czerwca”

Piątek, 29 maja

Fejkniusy

Jesteśmy w żałobie. Kiedy rzucam okiem na pierwszą stronę niedzielnego New York Timesa, ściska mnie w gardle. Tysiąc nazwisk, drobnym drukiem, wybranych z prawie stu tysięcy, a u góry tytuł: U.S. Deaths Near 100.000, An Incalculable Loss. I jeszcze dalej: They were not simply names on a list. They were us. 

Jedno z pierwszych nazwisk, które wpada mi w oko, to Bucky Pizarelli – master of jazz guitar. Nigdy nie słyszałam Bucky’ego, gitarzysty grającego na siedmiostrunowym instrumencie, na żywo, ale czasem chodziliśmy z mężem do Birdland, znanego nowojorskiego klubu jazzowego, na koncerty jego syna Johna. Z czarno-białej strony wyławiam inne nazwiska, przy każdym proste zdanie z nekrologu, coś ważnego o zmarłym, o zmarłej, mówiące o tym, co ich najlepiej określało: Thomas – dumny ze swojego litewskiego pochodzenia, Denise – uwielbiała pisać urodzinowe kartki, wiersze i listy, Alby – solista w żydowskim zespole folkowym,  Louvenia – samotna matka trojga dzieci, Stanley – puzonista, który pewnego razu nie przyjął pracy w orkiestrze Duke’a Ellingtona, Helen – znana ze swojej greckiej nadziewanej papryki. W szóstej szpalcie u dołu – Jerzy Główczewski – ostatni z polskich pilotów Royal Air Force. 

Czytaj dalej „Piątek, 29 maja”

Piątek, 22 maja

Życie upomni się o swoje…

„The world is a mess” – powiedział mój mąż, rozkładając szerokie płachty niedzielnego „New York Timesa” na kuchennym stole. „Widziałaś? – zapytał. – W Wenezueli brak paliwa, płyną do nich statki z Iranu.” „O, a to? Widziałaś to? Zajączek!” – stuknął w zdjęcie, wymawiając ostatnie słowo po polsku z tym swoim zabawnym akcentem, jednocześnie zacinając się, jak zwykle wtedy, gdy usiłuje powiedzieć coś w języku, którego nie zna. „Zajączek” to jedno z tych słów, które zapamiętał, oczywiście w zdrobniałej formie, bo w czasach narzeczeństwa mówiłam do niego pieszczotliwie i uczyłam go rodzimych czułych słówek. Zresztą dalej tak do niego mówię…

Czytaj dalej „Piątek, 22 maja”