Piątek, 3 lipca 2020

Być obywatelem

Trzy i pół miesiąca bez porannego alarmu o szóstej, bez pospiesznego pakowania drugiego śniadania, biegu do pociągu, żeby zdążyć na 7:22, bez powrotów z pracy w zatłoczonym metrze i zasypiania późno, znacznie później niż się powinno, jeśli chciałoby się na drugi dzień być wyspanym i rześkim… Trzy i pół miesiąca wzmożonej ostrożności, unikania znajomych, wkładania masek na twarz przy zejściu po pocztę do lobby, dokładnego mycia wszystkich produktów przyniesionych ze sklepu… Trzy i pół miesiąca samotności, oddzielenia, niepokoju graniczącego z przerażeniem, troski o bliskich, słuchania trudnych relacji od tych, którzy w domach nie mogli pozostać… Trzy i pół miesiąca przebywania razem z najbliższą osobą 24/7, siadania razem do stołu, niespiesznych spacerów, wypadów w góry w najbardziej odosobnione miejsca, głośnego czytania, troszczenia się o siebie i lęku, gdy to drugie zakaszle, poskarży się na ból głowy…

Czytaj dalej „Piątek, 3 lipca 2020”

Piątek, 26 czerwca

Wstyd

Wieści o tej wizycie docierały do nas od kilku dni, przyjmowałam je z niedowierzaniem. Jak to? Kraj, który z powodu pandemii wprowadził ograniczenia dotyczące wjazdu cudzoziemców, zawiesił loty z 26 europejskich krajów, nagle przyjmie prezydenta obcego państwa wraz z ekipą ministrów, wiceministrów, sekretarzy stanu i towarzyszącym im tłumem dziennikarzy? Prezydent kraju, cztery dni przed wyborami, poświęci czas, który powinien przeznaczyć na ostatnie spotkania, zdecyduje się wyrwać z kalendarza co najmniej półtorej doby, by zobaczyć się z człowiekiem, który każe mu stać przy podpisywaniu dokumentów? Po co? W jakim celu? Nie, nie sądzę, żeby to było możliwe… A jednak. Wizyta została potwierdzona. Zastanawialiśmy się, jak w ogóle możliwy był taki pomysł i dlaczego Duda zgodził się na niezwykle ryzykowny dla niego manewr, mogący raczej mu zaszkodzić niż pomóc, wbrew opiniom polityków amerykańskich, że ta wizyta jest co najmniej niestosowna. Argumentem przeważającym była zapewne nadzieja, że uściśnięcie ręki Trumpowi zmobilizuje zapatrzoną w obu prezydentów konserwatywną Polonię. 

Czytaj dalej „Piątek, 26 czerwca”

Sobota, 20 czerwca 2020

Prawa i ofiary

Jechałam rowerem po Łukasiewicza. Minęłam działki. Z daleka pomachałam Babci, schylonej nad grządką młodej kapusty i pojechałam dalej. Od mostu dzieliło mnie jeszcze jakieś sto metrów prostej drogi, więc zdecydowałam, że sprawdzę, czy nie zapomniałam poprzedniego dnia nabytej umiejętności – jazdy bez trzymanki. Puściłam kierownicę. Jak fajnie! Umiem! Ja, łamaga, zawsze ostatnia w biegu na 60, 100, czy ile tam metrów, przepuszczająca każdą, nawet najbardziej łagodnie podaną w grze w dwa ognie piłkę, wreszcie umiałam coś, na co nie odważyłaby się żadna inna dziewczynka. Przejechałam jeszcze kilkanaście metrów, odchylając się do tyłu dla zachowania równowagi i zbliżyłam się do mostu na ulicy Mickiewicza. Od strony komendy MO, szedł milicjant. Zobaczywszy mnie, przystanął i zgiętym palcem przywołał do siebie. Zsiadłam z roweru i ze spuszczoną głową podeszłam do niego. „Wiesz, że tak nie wolno jeździć?” – zapytał. „Tak” – cichutko wyszeptałam. „Gdzie mieszkasz? Tutaj? – kiwnął ręką w kierunku ulicy, z której wyjechałam. Spuściłam głowę jeszcze niżej, przekonana, że każe mi zaprowadzić się do mamy. „Masz pieniądze? – indagował dalej. „Nie? To pójdziesz do domu, weźmiesz 11 złotych i przyniesiesz na komendę” – rozkazał szorstko i odszedł. Odwrócił się jeszcze i dodał: „Ja tam zaraz przyjdę”. 

Czytaj dalej „Sobota, 20 czerwca 2020”

Piątek, 12 czerwca 2020

Wybór, moje prawo. Wybór, mój obowiązek

To wspomnienie towarzyszy mi od ponad trzydziestu lat, ale każdego roku w czerwcu staje się wyraźniejsze i bardziej kolorowe. I z roku na rok staje się dla mnie, dla moje własnego życiorysu, coraz bardziej ważne. Kiedy to piszę, nie muszę szukać słów ani przypominać sobie szczegółów. Czuję zapach świeżej kawy i kuszących ciastek, oblanych miodem, dochodzący z kawiarni Vouli, słyszę sączącą się ze sklepowych głośników muzykę, która jeszcze kilka miesięcy przedtem była mi zupełnie obca. Waga i znaczenie zdarzenia, które chcę opisać, miesza się z moją przenikliwą tęsknotą za tamtym czasem powitań i pożegnań, ale także czasem późnego dojrzewania.

Czytaj dalej „Piątek, 12 czerwca 2020”

Piątek, 5 czerwca

I can’t breathe

I powtórzę jeszcze raz, bo powtarzania tej historii nigdy dosyć. 46-letni George Floyd, zamieszkały w Minneapolis, 25 maja około ósmej wieczorem wszedł do sklepu, chcąc kupić paczkę papierosów. Płacąc, położył na kontuarze 20-dolarowy banknot. Sprzedawca popatrzył na banknot pod światło i stwierdził, że jest on podrobiony. Wkrótce potem pojawiła się policja i czterech policjantów postanowiło aresztować George’a, który nie stawiał oporu. Kiedy mimo to powalono go na ziemię, jeden z policjantów ukląkł na jego szyi (UKLĄKŁ NA JEGO SZYI) i pozostał w tej pozycji przez osiem minut i czterdzieści sześć sekund. George, zanim umarł, wzywał matkę i powtarzał zdanie, które słyszeliśmy wiele razy w ostatnich latach: I can’t breathe. Trzech pozostałych policjantów stało obok, nie reagując. W jakimś momencie George przestał błagać o zwolnienie ucisku, bo stracił przytomność. Po chwili przyjechał ambulans, ale policjant jeszcze przez minutę trzymał kolano na szyi George’a. Przypadkowy przechodzień nagrał całą scenę telefoniczną kamerą.

Czytaj dalej „Piątek, 5 czerwca”

Piątek, 29 maja

Fejkniusy

Jesteśmy w żałobie. Kiedy rzucam okiem na pierwszą stronę niedzielnego New York Timesa, ściska mnie w gardle. Tysiąc nazwisk, drobnym drukiem, wybranych z prawie stu tysięcy, a u góry tytuł: U.S. Deaths Near 100.000, An Incalculable Loss. I jeszcze dalej: They were not simply names on a list. They were us. 

Jedno z pierwszych nazwisk, które wpada mi w oko, to Bucky Pizarelli – master of jazz guitar. Nigdy nie słyszałam Bucky’ego, gitarzysty grającego na siedmiostrunowym instrumencie, na żywo, ale czasem chodziliśmy z mężem do Birdland, znanego nowojorskiego klubu jazzowego, na koncerty jego syna Johna. Z czarno-białej strony wyławiam inne nazwiska, przy każdym proste zdanie z nekrologu, coś ważnego o zmarłym, o zmarłej, mówiące o tym, co ich najlepiej określało: Thomas – dumny ze swojego litewskiego pochodzenia, Denise – uwielbiała pisać urodzinowe kartki, wiersze i listy, Alby – solista w żydowskim zespole folkowym,  Louvenia – samotna matka trojga dzieci, Stanley – puzonista, który pewnego razu nie przyjął pracy w orkiestrze Duke’a Ellingtona, Helen – znana ze swojej greckiej nadziewanej papryki. W szóstej szpalcie u dołu – Jerzy Główczewski – ostatni z polskich pilotów Royal Air Force. 

Czytaj dalej „Piątek, 29 maja”

Piątek, 22 maja

Życie upomni się o swoje…

„The world is a mess” – powiedział mój mąż, rozkładając szerokie płachty niedzielnego „New York Timesa” na kuchennym stole. „Widziałaś? – zapytał. – W Wenezueli brak paliwa, płyną do nich statki z Iranu.” „O, a to? Widziałaś to? Zajączek!” – stuknął w zdjęcie, wymawiając ostatnie słowo po polsku z tym swoim zabawnym akcentem, jednocześnie zacinając się, jak zwykle wtedy, gdy usiłuje powiedzieć coś w języku, którego nie zna. „Zajączek” to jedno z tych słów, które zapamiętał, oczywiście w zdrobniałej formie, bo w czasach narzeczeństwa mówiłam do niego pieszczotliwie i uczyłam go rodzimych czułych słówek. Zresztą dalej tak do niego mówię…

Czytaj dalej „Piątek, 22 maja”

Piątek, 15 maja

Nienazwane uczucia

Nasz słownik uczuciowy, słownik stanów serca, jest na pierwszy rzut oka niezwykle bogaty. Dysponujemy całym zasobem słów, które są z nami od zawsze. Popatrzmy: Jesteśmy smutni, weseli, czasem radośni, zadumani, melancholijni, wściekli, zrozpaczeni. Kochamy, nienawidzimy, gardzimy, lubimy, podziwiamy, lekceważymy, podlizujemy się, zazdrościmy…  Skomplikowane, choć w jakimś sensie proste, bo znane uczucia, znane od wieków słowa. Ale co zrobić z uczuciami, które znajdują się na pograniczu stanów, zahaczają jedne o drugie, jawią się jako coś mglistego, niejasnego, nieoczywistego? Jakimi słowami je nazwać?  Bo czy tak naprawdę zawsze jesteśmy tylko smutni albo tylko weseli? Czy to, gdy nam się chce płakać, bo odwiedzamy stare znajome miejsce pierwszego pocałunku to tylko sentyment? Tylko smutek? A może jest w tym odrobina radości, że się wydarzył, właśnie w tym miejscu, z tym, a nie innym człowiekiem?

Byłam małą dziewczynką, kiedy zabrano mnie na wakacje do wujostwa pod Opole. Wieś nosi zabawną nazwę Pępice i nikt z rodziny już tam nie mieszka, ale wspomnienia, a zwłaszcza jedno, mam zawsze w pamięci, bo wizyta na wsi była atrakcją – kuzynki w moim wieku, inne dzieci, żniwa, wozy naładowane sianem, jednym słowem – nowy, nieznany świat. Otóż, w letnie późne popołudnie nagle znalazłam się za wsią, na opustoszałym lotnisku, zbudowanym w czasie I wojny światowej, a po 1945 roku „zagospodarowanym” przez wojska radzieckie stacjonujące w Polsce. Czerwone słońce ciężko wisiało nad horyzontem, z daleka słychać było porykiwania krów wracających z pastwisk. Nad drogą kołowania, po której dzielnie maszerowałam, zbudowaną z potężnych betonowych płyt, pomiędzy którymi wyrastał zielono-srebrzystymi pęczkami perz, drgało nagrzane powietrze. Byłam sama. Czy się bałam? Zapewne tak. Pamiętam przenikający mnie dreszcz emocji i obawy, czy trafię do domu, pragnienie, by jak najszybciej znaleźć się wśród ludzi i dumę z tego, że zawędrowałam samiusieńka aż tu, taka dorosła i samodzielna. A także zdziwienie, że powietrze może drgać i że zaciera kontury dalekich zabudowań, czyniąc je jeszcze bardziej odległymi. Nie, to nie były oddzielne uczucia, to była jedna emocja, jedno całościowe wrażenie. Miałam siedem lat i nie potrafiłam nazwać tej mieszanki odpowiednim słowem, a jednocześnie wiedziałam, a raczej czułam, że takie słowo nie istnieje. Ponad pół wieku później dalej go nie znajduję.

Czytaj dalej „Piątek, 15 maja”

Piątek, 8 maja 2020

„A przecież niewątpliwie żyję…”

Nie liczę dni, nie jestem do końca pewna, czy upłynęło dopiero sześć czy już siedem tygodni od chwili naszego zamknięcia. Pisząc „nasze zamknięcie” przez chwilę miałam na myśli moje miejsce pracy, bibliotekę, z której wyszłam w piątek po południu, 13 marca. Sądziłam, że po weekendzie, w poniedziałek, wsiądę rano do podmiejskiej kolejki, a potem do metra, by o 8:45 pokonać ostatnie stopnie pięciu pięter, na które muszę się wspiąć każdego dnia w drodze na Brooklyn, uśmiechnę się do witającego mnie w drzwiach oficera Vasqueza i kwadrans potem usiądę przy biurku w History and Religion Division, czekając na czytelników. Ale pomyślałam, że przecież to „nasze” rozciąga się na osiem milionów ludzi mieszkających w moim mieście i na 328 milionów mieszkańców tego kraju, i na miliony mieszkańców innych krajów. Pozamykaliśmy muzea, galerie, biblioteki. Czynne są szpitale. I kostnice.

Czytaj dalej „Piątek, 8 maja 2020”

Sobota, 19 kwietnia

Kwarantanna na szlakach Harriman State Park

Spod woalki olbrzymiego kapelusza wyziera końska twarz, z szeroką męską szczęką. To Mary Williamson Averell Harriman.  Zdjęcie pochodzi z początku XX wieku, jest czarno-białe i niewyraźne. Trudno co prawda zorientować się, jakie ptaszydło siedzi na kapeluszu Mary, ale za to widać w miarę wyraźnie, że przy bardzo szczupłej talii, zapewne podkreślonej gorsetem, góruje nad stojącym obok mężem, Edwardem… Czytaj dalej „Sobota, 19 kwietnia”